« wrzesień 2005 | strona główna | listopad 2005 »

kto wciśnie pauzę?

31 październik 2005, 20:17| | Komentarze (12)

Ostatnio cicho tu, a to dlatego, że mam MASĘ zajęć i jeszcze więcej nauki. Żeby dodać wpis, muszę wcześniej posegregować zrobione zdjęcia, przeskalować te, którę chcę tu wrzucić, dopisać im html, no i napisać inteligentny komentarz. W ostatnim tygodniu nie udało mi się nawet godziny na to wygospodarować, ale w czwartek jest wolne, a potem weekend i 2 dni festiwalu, więc może uda mi się poprawić ;)

Ze spraw bieżących: zapłaciłam wszystkie rachunki (w tym miesiącu woda i gaz są gratis, hyhy) i z prostej matematyki wychodzi mi, że STAĆ MNIE na denshi jisho, elektroniczny słownik. Jako że MUSIMY wrócić do Tokio, bo na Harajuku przegapiłyśmy sklep z zabawkami, to przy okazji zajedziemy do Akihabara i nabędę sobie nowego gadżeta ;p czy ów słownik.

Ze spraw mniej ambitnych: w piątek, po raz drugi całkowicie samodzielnie wyprodukowałam onigiri, tym razem zaszalałam i ulepiłam 6 sztuk, z nadzieją, że w ten sposób zapewniam sobie sobotnie śniadanie. Figa. W tym samym czasie moje MASTERSKIE łącze internetowe dostarczyło mi 5 świeżutkich odcinków Lost'a. Rachunek był prosty, po męczącym tygodniu, zamiast iść na spotkanie TryMe!, urządzę sobie jednoosobową nockę. Nocka się udała, onigiri był pyszne, szkoda że zjadłam wszystkie 6 sztuk :]

W rowerze coś mi pyka, względnie klika. Jak się rozpędzę, to stuka. Czasme mam wrażenie że łańcuch jakby przeskakuje. Nie mam czasu na przegląd, ale chętnie przyjmę jakieś sugestie. Łańcuch jest cały ukryty w takiej metalowej obudowie , więc nie wiem, co sięmu dokładnie podczas jazdy dzieje.

BTW mam tu trochę NADAL-NIEZYDENTYFIKOWANEGO żarcia, więc pewnie na dniach urządzę konkurs dla czytelników. Tu w okolicy wszyscy siępoddali ^_^

trwały link do tego wpisu

Kolacja u Chie.

29 październik 2005, 17:05| | Komentarze (5)

W menu:

Zupa była extra, mimo że Jeannete, która ją robiła, zapomniała dodać tuńczyka. Chie jednak za głowę się nie złapała, gaijinom (Jeannete spędziła rok w Korei) wszystko uchodzi na sucho ^_^
Składniki pamiętam tylko częściowo, pewna jestem, że w środku była cebula i kimchi :] Hyhy.

Naleśnikosa pamiętam o wiele lepiej. Chie robiła go z takiego gotowego mixu, coś jak nasze (często je jemy) słodkie "hotto keeki", tyle że nie słodkie :)
Ejka nie dodawała, tylko wodę. Potem jeszcze wiecheć trawy morskiej (wygląda jak bardzo długa trawa ... może to substytut? ;> ) i pudełko owoców morza (krewetki, małuże i kalmary). Wymieszać i siu na patelnię. Starczyło na 2 giganaleśnikosy. Czyli w sam raz.

Potem ten sam naleśnik pojawi się na MutsumeSai w koreańsko-okinawskim stoisku. Skorzystam, of course.

Jako że był to dzień, w którym Carol i Lorainne nabyły komórki, nie obyło się bez cyrku wokół komórek. Nabyły sobie takie z menu po japońsku, a to dlatego, że żaden z telefonów z angielskim menu im się.... nie podobał. Bosh.
Pewnie strawią lata na pokonanie skrótów klawiszowych ;>

Carol, jej nowa komórka i "Choć, pstrykniemy sobie zdjęcia równocześnie.".

kolacja u Chie

Joe.

Zdjęcie "Joe i jego harem" nie wyszło.

kolacja u Chie

Chie.

kolacja u Chie

Ja-postoję-John i fragment Jeannete.

kolacja u Chie

"Nie wiem jak się robi zbliżenie. Przysuńcie się do mnie." Carol, Lorainne i Jeannete. I jedzenie ^_^

kolacja u Chie

Znowu Chie.

kolacja u Chie

A to perełka kolekcji: zaraz po wyśmianiu Carol i jej zachowania w związku z nowym telefonem otwierają się drzwi, wchodzi Chris, na co Lorainne na całe gardło i z wymachiwaniem: "Patrz! Mam nowy telefon!. Plask.

kolacja u Chie

trwały link do tego wpisu

Tokio2: Meguro, Harajuku - cd

23 październik 2005, 19:32| | Komentarze (10)

Pojechałyśmy na Harajuku, dzielnicy sklepów młodzieżowych i młodzieży.
Głodneśmy już były niczem wilcy, więc znak Krążącego Sushi ;p powitałyśmy z radością.

Sushi-Kaiten

Restauracja spora, miejsc siedzących pewnie dla 50 osób jest, a i tak była kolejka. Pani przy wejściu zapytała ile nas jest, zapisała, że "dwie" i kazała poczekać (POPROSIŁA uprzejmie, czy nie byłybyśmy łaskawe zaczekać) na ustawionych w tym celu krzesłach. Byłyśmy łaskawe.

Była szansa na parę zdjęć.

kaitensushi1
kaitensushi2

10 minut później byłyśmy łaskawe usiąść na przydzielonych nam miejscach.

Jedzenie w Kaiten Sushi odwołuje się do najniższych instynktów: czujnie skanujesz zbliżające się jedzenie, oceniasz kolor talerzyka i zawartość. Błyskawicznie dokonujesz oceny i podejmujesz decyzję. Jednak przed tobą są inni wygłodniali myśliwi, więc jednocześnie modlisz się, żeby odwalili się od TWOJEJ zdobyczy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to zwierzyna jest twoja.

Kolor talerzyka świadczy o jego cenie, najtańsze (maki-sushi) są po 60 jenów, najdroższe (nigiri z jeżowcem, kawiorem czy ukwiałem) po 190 jenów. Z reguły zadowalamy się średnią półką, po 130 (nigiri z gotowanymi krewetkami, "kotleciki" z sera) i 160 (nigiri z tuńczykiem, krewetki z sosem) jenów.
Do tego dowolna ilość zielonej herbatów, imbiru i shoyu.

Super sprawa. Napchałyśmy się jak się dało, poprawiłyśmy deserem, który poznany tydzień później japoniści uznali za pomysł pokręcony: ziemniaki na słodko z migdałami. Pycha. Głupii japoniści.

kaitensushi3

Harajuku

W końcu wytoczyłyśmy się z kaiten-sushi. Nadszedł czas przespacerowania się po Harajuku. Było tłoczno.

Tokio, Harajuku 1
Tokio, Harajuku 2
Tokio, Harajuku 3
Tokio, Harajuku 4
Tokio, Harajuku 5
Tokio, Harajuku 6
Tokio, Harajuku 7

Tłumy młodzieży na moście w Harajuku. To główne miejsce wystawania cosplay'owców.

Tokio, Harajuku 8
Tokio, Harajuku 9

Stacja Harajuku.
Te tłumy na zdjęciu to kolejki do automatów biletowych. Suppa.

Tokio, Harajuku 10

Jeden z licznych fotografów-amatorów, polujących na poprzebierane panienki. Inna kultura.
Ale aparacik ma fajny ^_^

Tokio, Harajuku 11

Świątynia Meiji (Meiji Jingu)

Świątynia Meiji Jingu jest poświęcona pamięci cesarza Meiji i jego małżonki, cesarzowej Shoken.

Brama wejściowa. Wybrałam prześwietlone zdjęcie, bo fajny efekt wyszedł.

meijishrine1
meijishrine2

Kolekcja beczek po sake. M. nie była pewna tego, co czyta, ale chyba cesarz je zbierał czy coś. Ale fajnie wyglądają ^_^

meijishrine3
meijishrine4
meijishrine5

Wystawa roślinek. Chryzantemy ominęłam, bo nie widzę nic fajnego w gigantycznych chryzantemach. Bonsai są fajne.

meijishrine6
meijishrine7

Ślub!
Oryginalny, japoński ślub!
Jeden ze źródeł przychodów świątyni to tradycyjne śluby, w tempie 1 ślub na 20 minut, czego stutkiem jest masa zdjęć i pewna liczba zatorów ;>

meijishrine8
meijishrine9
meijishrine10
meijishrine11

Tabliczki z życzeniami. 500 jenów, flamaster i gotowe. M. potraktowała tabliczką jakąś koleżankę. Nawet zdjęcie kazała zrobić, ale wam osczędzę.

meijishrine12

Jedni piszą ...

meijishrine13

... inni fotografują, względnie podśmiewają się z tekstów na powieszonych tabliczkach.

meijishrine14
meijishrine15
meijishrine16

A to już kolejny ślub:

meijishrine17
meijishrine18
meijishrine19
meijishrine20
meijishrine21
meijishrine22
meijishrine23
meijishrine24
meijishrine25
meijishrine26

No i tyle.
Świątynia nadal stoi.

Cosplayer's na moście:

cosplayerzy1
cosplayerzy2
cosplayerzy3
cosplayerzy4
cosplayerzy5
cosplayerzy6
cosplayerzy7
cosplayerzy8
cosplayerzy9
cosplayerzy10
cosplayerzy11
cosplayerzy12
cosplayerzy13

Jedyne słuszne linki:

trwały link do tego wpisu

Tokio2: Meguro, Harajuku

23 październik 2005, 19:31| | Komentarze (13)

Nadszedł czas kolejnej wycieczki do Tokio.
Tym razem wybrałyśmy się same, więc udało nam się w miarę punktualnie wybyć z akademika. Pogoda była nieziemska, niczym z najlepszego polskiego lata, upał, słońce, na niebie żadnej chmurki.

Pojechałyśmy na rowerach do Minami-Ono, nielegalnie zaparkowałyśmy rowery pod płotem i....
Niespodzianka!
Z peronu widać górę Fuji!

On a way to Tokyo: do u see Fuji-san?

Plan na dzisiaj: zagłosować, a potem dorwać kaitenzushi i obejrzeć co się da w Harajuku.

Widoki z pociągu:

On a way to Tokyo: view from Saikyou train
On a way to Tokyo: view from Saikyou train

Pierwszym błędem było niedocenienie japońskiego systemu adresowania....

Wysiadłyśmy w Meguro, dokładnie przestudiowałyśmy mapę, zlokalizowałyśmy Ambasadę RP, wyszłyśmy przed stację, zaczerpnęłyśmy powietrza, wróciłyśmy przed mapę, by jej zrobić zdjęcie (na wszelki wypadek) i tym razem wyszłyśmy naprawdę.
Pogoda piękna, instrukcja: prosto wzdłuż torów, potem w lewo - banalna, perspektywa Harajuku kusząca. Idziemy!

Adres ambasady: 2-13-5 Mita, Meguro-ku, Tokyo 153-0062. Proste.

Mapka dla potomnych:

Tokyo, map of Meguro

I kolejne widoki Tokio podczas tego jakże przyjemnego spaceru:

Meguro, Tokyo Meguro, Tokyo Meguro, Tokyo Meguro, Tokyo ... errr, Shibuya We're supposed to be in Meguro-ku!? But we're in Shibuya :]

Czy tylko ja mma problem z adresem na ostatnim zdjęciu?

Meguro-ku stało się Shibuya-ku, a zamiast w Mita jesteśmy w Ebisu minami .... grrrr.

Ebisu, swoją drogą, wielce interesujące miejsce:

Shibuya-ku lost in Shibuya Shibuya: the new, the old

Cóż było robić, wróciłyśmy po śladach do granicy Mita z Ebisu i zaczęłyśmy się UWAŻNIEJ rozglądać :]

Poniżej kolejna z licznie mijanych mapek, may it burn in hell. Uważny czytelnik zauważy, że trasa do 13 chome wiedzie przez 10 chome (logiczne), potem przez 9 chome (que pasa?), by na koniec zręcznie zakręcić i zostawić Los Turystos między 11 a 14 chome. Dzięki ci, panie, za takie mapy...

Ale nie bój nic, 3 godziny i ponad 500 jenów później udało się zostawić za sobą wyjącą bramkę ambasady i zagłosowałam! Yuupi ya jej.

In Meguro again. I love that choume numbering :] See the flag? We've found it! Polish Embassy plaque

Po spełnieniu obowiązku pozostało jedynie odnaleźć się w Meguro, a najlepiej odnaleźć stację JR. Pestka, gdyby nie to, że poszłyśmy drogą wyraźnie przyjaźniejszą, przez park i wzdłuż rzeki, przez co polazłyśmy za daleko i musiałyśmy się wracać .... bosh.
Ale pogoda była ładna ;>

I jeszcze dwa zagubione zdjęcia:

Polish Embassy in Meguro-ku, Tokyo
Sports Day in Meguro-ku, Tokyo

Dalsza część wpisu jest tu: Tokio2: Meguro, Harajuku - cd, bo coś za długa się ta notka zrobiła.

trwały link do tego wpisu

porządki on the way

22 październik 2005, 22:16| | Komentarze (11)

W końcu zaktualizowałam wybrakowane wpisy:

a jutro Tokio2

Miej litość, nie wciskaj kaczek do urn!

trwały link do tego wpisu

はじめましての会

22 październik 2005, 22:15| | Komentarze (3)

Według oficjalne rozpiski "Hajimemashite no kai" miał się rozpocząć o jakoś potwornie rano, więc jeszcze potworniejszą porą mieliśmy się zebrać na przystanku autobusowym przy głównej bramie.
Jako że poszłam spać po 2, to udało mi się jakoś wstać. Paul też wstał, choć ruszył na podbój soboty w tym samym stroju, w którym 8 godzin wcześniej leżał w krzakach. Jeannete nie wstała ^_^

Ticket-maszyna (i Carolin) w Minami Yono:

hajimemashite no kai

10:00 Registration
by volunteer Interpreters

No nic. Pojechaliśmy do Urawy, gdzie jest siedziba SAGA. Nie zgubiliśmy się ani nic, choć niektórzy szli jak śnięci - karaoke do 4 rano i brak śniadania robią swoje.

Na miejscu zaetykietkowali nas porządnie i kazali czekać. Była okazja by się przekimać na krzesełku.

Czekamy ...

hajimemashite no kai hajimemashite no kai

10:30 Opening
MC Intepreter by Koganei and Kudo
MC by Nakamoto & Kasuya
1. Greeting Mashita
Chair of International Exchange Committee
Self-intro by everyone
Name, Nationality, your country, Impression of Saitama

Potem zaczęło się Self-Introduction, które trwało i trwało, i trwało, i trwało, i trwało, i trwało, i trwało, i trwało, i trwało, i trwało, i trwało, i trwało, i trwało. Japończycy wolno reagują na polecenie "namae dake onegaishimasu". Bosh.

Na zdjęciu, po lewej, młody człowiek, który robił za tłumacza. Miał zwyczaj zwracania się do nas per "guys" ^_^, a wszystkie tłumaczone wypowiedzi zaczynał od "She said", co w zderzeniu z grzecznym językiem, jakiego używały panie w SAGA i jakim on sam się do nich po japońsku zwracał, było BARDZO zabawne.

hajimemashite no kai

Zaczęły się przygotowania do ceremonii herbacianej, więc dostaliśmy po soczku (Cola też soczek! ;)), bo już się zawieszaliśmy.
Poniżej sączą: tyły Caroline, John, Parris, Paul i Connie (siedzi).

hajimemashite no kai

Panie z SAGA starannie zapychały wolne miejsca kolejno dostarczanymi Japończykami. Przede mna, obok Johana, było sobie wolne miejsce. Przedsiębiorcza pani Japonka-organizatorka przyprowadziła matkę z dzieckiem i zapytała ją, czy dziecko może tu usiąść. Po chwili dzieciak już tam siedział, obok wysokiego, RUDEGO barbarzyńcy. Podczas gdy jego matka prowadziła z Johanem rozmowę, dziecko ani drgnęło, tylko gapiło się na Johana.
^_^

hajimemashite no kai

Still standin' (względnie siedzimy).
Pani Japonka na drugim zdjęciu, ta, która tak się usmiecha do aparatu, usiłowała ze mną porozmawiać, co przy moim japońskim, hałasie ogólnym i odległości było mało możliwe. Ale co tam ^_^

hajimemashite no kai hajimemashite no kai

3. Attraction I
Tea Ceremony demonstrated by Shibazaki

Wybaczcie niewielka liczbę zdjęć, ale reszta słabo wyszła, brak flasha wywołuje na zdjęciach paskownicę (to taka nowa choroba, mój aparat ją podłapał).

Connie z góry zapowiedziała, że zielonej herbaty, efektu ceremonii herbacianej, do ust nie wieźmie. Teraz już wiem dlaczego.

Zaczęło się niewinnie, dostaliśmy po okashi, "czymś słodkim". Pyszne było. Coś słodkiego przed zieloną herbatą to standardowa procedura, bo sama herbata jest potwornie gorzka.
Potem pani mistrzyni ceremoni robiła tę nieszczęsną herbatę, metodycznie odkładając kolejne utensylia na miejsca im przeznaczone, regularnie celebrując składanie serwetki i ogólnie robiąc WRAŻENIE. Niestety, potem każdy zarobił czarkę z tym koszmarem i Osobistego Strażnika w osobie którejś z tych miłych, starszych pań, które jednak w sprawie metody picia tego świństwa były nieugięte.
Korzystając z nieuwagi pilnującej mnie pani pozwoliłam sobie na 5 łyków, z radością zaczerpując powietrza po każdym kolejnym. W wersji PRO herbatę wypija się 3 łykami, obracając czarkę w regulaminowym kierunku o regulaminowy kąt ....

Lorraine nie miała tyle szczęścia, jej strażniczka do końca pozostała nieugięta i tak Lorainne przez dobre 3 minuty wysysała herbacianą pianę z dna czarki.

hajimemashite no kai

Ufff.

Na pocieszenie nadeszła pora lunchu!

4. Lunch & free talk

hajimemashite no kai

Do tej pory nie wiedziałam, że jestem w stanie wepchnąć w siebie 5 porcji yakisoby, 5 kanapek, ciastko i dziesiątki czekoladek. JESTEM W STANIE.
Lunch rządził, mimo że próba jedzenia ciastek (z czerwoną fasolą, b. słodkie) pałeczkami wychodziła wyłącznie co bardziej zdesperowanym Japonkom. Na szczęście ciastka należą do tej kategorii jedzenia, którą w Japonii można jeść palcami.

Przepisu na yakisobę jeszcze tak dokładnie nie znamy, ale się wywiemy.

Nie muszę chyba dodawać, że humory skacowanego towarzystwa poprawiły się znacząco.

5. Attraction II
Japanese Calligraphy demonstrated by Kitamura

Mimo że prewencyjnie napchaliśmy sobie kieszenie słodyczami, to gospodynie regularnie roznosiły kolejne talerze, więc poziom szczęścia na sali miał tendencję rosnącą.

Nadszedł czas pokazu kaligrafii (shodo).
Oprócz krótkiej historii samego pisma zabawiano nas zgadywanką, pokazując chińskie znaki, którym my mieliśmy przypisać wywodzące się z nich znaki kany. Hyhy.

Znaczenie sentencji, którą zapisuje ta pani, jakoś mi umkło, ale takie banery powstały w sumie trzy, po jednym dla każdego stylu kaligrafii.

hajimemashite no kai

Wszystkie 3 banery.

hajimemashite no kai

Pani od kaligrafii prezentuje prace swych uczniów, 5 i 10 latka :]
W tym miejscu powinniśmy pewnie wyjść z sali, no może oprócz Michelle, której kaligrafia była mistrzowska.

hajimemashite no kai

Nakręciłam film z panią od kaligrafii w akcji. Jakoś wam go kiedyś podeślę.

Potem każdy mógł się własnoręcznie umazać tuszem. Gdy pomyliłam kolejność kresek w pisanym znaku usłyszałam w ramach pocieszenia, że jako leworęczna i tak nie mam prawa opanować sztuki poprawnego pisania kanji, więc żebym się nie martwiła ^_^.
W Japonii nie ma leworęcznych.
Barbarzyńcy.

I jeszcze Horhe (Grupa B zawsze silna.) przy pracy:

hajimemashite no kai
hajimemashite no kai
hajimemashite no kai

6. One Talented-Performance by Harmonica by Sugiura

hajimemashite no kai

Pan Sugiura grał na harmonijce głównie melodie znane wyłącznie Japończykom, ale może właśnie dzięki temu wyszło na jaw, że panie z SAGA niesamowicie nucą i śpiewają.

Dostaliśmy kartki z tekstami, więc japońską wersję "Twinkle, twinkle, little star" wykonaliśmy bez zarzutu.

7. One Talented-Performance by International Student of Saitama

Pear zatańczyła narodowy taniej Tajlandii, taki z wachlarzami. Potem okazało się, że ona od lat 15 czy coś około tego ćwiczy ten taniec i występowała regularnie przed rodem królewskim Tajlandii.
Słaba?

hajimemashite no kai

14:20 Ending

Kimona!
Dla kimon jest oddzielna impreza, będzie w styczniu. Ale tu przedsmak, kimono z żurawiami. Długie rękawy świadczą, że to kimono dla panny.

hajimemashite no kai

14:30 Closng Remarks

Horhe i jego kaligrafia:

さるも木からおちる。
"Małpy też spadają z drzew". Każdy popełnia błędy.
Małpa powinna być zapisana w katakanie, a spadać w kanji, ale to i tak extra kaligrafia.

hajimemashite no kai

Laleczki:

hajimemashite no kaihajimemashite no kai

That's all folks!

Zagubieni chłopcy tak fajnie wyglądali, że aż dostali fotkę.

hajimemashite no kai

hajimemashite no kai

trwały link do tego wpisu

the welcome party

21 październik 2005, 23:24| | Komentarze (7)

Dowód, że nawet imprezka z oficjalną datą zakończenia o godzinie 20:00 może być udana ;)
Trza się po prostu umiejętnie przenosić z budynku do budynku ;>

Chie. Przekleństwo: na każdym zdjęciu wygląda dobrze. ;)

impreza TryMe!

1/5 z 1/15 czyli Paul z pierwszą puszką. For those concerned: żyje.

impreza TryMe!

John nie mieści się w japońskich standardach ;)

impreza TryMe!

Marie i Hans.
Nad ramieniem Marie widać M., pewnie konwersuje z tymi dwiema POTWORNIE GŁUPIMI Japonkami, które jej się trafiły ^_^. Na szczęście "kawaiiiiiii" i "sugoiiiiiii" na zdjęciach nie słychać.

impreza TryMe!

Tenshi i Peter.

impreza TryMe!

A jednak się kręci. Hans i Yuri.

impreza TryMe!

Misa, nie pamiętam i Ebe.

impreza TryMe!

Loan (Grupa B zawsze silna.) i Takumi, szef TryMe!. Palacze podli.

impreza TryMe!

Moi.

impreza TryMe!

Palacze podli. Joe (Grupa B zawsze silna.), Pear, Loan (Grupa B zawsze silna.) i Takumi. Pear to tylko ksywka, pełne imię jest niewymawialne, no i nie jest palaczem podłym.

impreza TryMe!

Przeprowadzka. Hans i Jeannete.

impreza TryMe!

Hans i Yuri i butelka.

impreza TryMe!

;) Wg. naszej wersji Yuri idealnie wpasowałaby się na kolejnego japońskiego "ajdoru".

impreza TryMe!

A to już B-Plant. Connie (Grupa B zawsze silna.) się znalazła, Chie je frytki pałeczkami, Peter siedzi sztywny.

impreza TryMe!

Fumio (Okinawa people are atama warui ;)).

impreza TryMe!

Bosh, jak ja mam rano wstać? Auuuuua.

trwały link do tego wpisu

offline

21 październik 2005, 17:03| | Komentarze (4)

Przez weekend prawdopodobnie nie będzie netu, więc do usłyszenia w przyszlym tygodniu.
BTW, właśnie dzwonili z Yamada Denki, jutro odpalam mojego ricecooker'a!

Zaktualizowałam częściowo wpis z niedzieli: ride, Forrest, ride, dołożyłam zdjęcia z produkcji onigiri. Bawcie się dobrze.

prognoza pogody

trwały link do tego wpisu

jodo in the dojo is not judo

20 październik 2005, 22:13| | Komentarze (3)

Po 6 godzinach japońskiego trochę już nam zlasowało szare komórki, ale nic tam, dziś były pierwsze zajęcia z jodo. Zajęcia te mają najwyraźniej same plusy (minusów jeszcze nie znalazłam):

Zabawa przednia, ale poczekajcie, jak dadzą nam kijki do rąk! ;p

Dla poszukujących wiedzy:

The stick always wins!

trwały link do tego wpisu

J-jazz police (i domek dla karaluchów)

19 październik 2005, 23:05| | Komentarze (9)

Fakit, zawiesił mi się Firefox i całego posta mi skasowało. Fakit, fakit, fakit.

Dzisiaj zatrzymała nas policja. Policja, w osobie jednego młodego człowieka, mogła co najwyżej uchodzić za przystojnego licealistę, gdyby nie fakt posiadania odznaki :]

Jako że obie z M. mamy wolne środowe popołudnia, wybrałyśmy się do Północnej Urawy, gdzie w sąsiedztwie przyjaznej stacji JR ulokowana jest masa sklepów, w tym garść tych 100-jenowych :)

Zgubić się niepodobna, od SaiDai do stacji droga wiedzie PROSTO.
Na miejscu okazało się, że parkowanie to nie taka prosta sprawa. W końcu ustawiłyśmy rowery w maksymalnej odległości od rysunku przekreślonego roweru, z nadzieją, że po powrocie nie będą na nas czekały duże, czerwone karteczki.

Na tej kartce na płocie jest całą litania, dlaczego NIE WOLNO tu parkować.
Ale my jesteśmy barbarzyńcy, krzaków nie rozumieć, kartek olewać.

Kita-Urawa

To nadal ten sam płot.
Jak widać na załączonym obrazku, Japończycy mają zakaz w głębokim poważaniu, co skutkuje czerwoną karteczką dla każdego. Jedną takich kartek widać na rowerze po prawej.

Kita-Urawa

W okolicy stacji znalazłyśmy kolejny sklep 100-jenowy, extra księgarnię (Albo książki w Japoni są TANIE, ale w Polsce POTWORNIE drogie), przegrałyśmy z napotkaną ATM i na koniec zastałyśmy rowery w stanie niezamandatowanym. Czym prędzej przestawiłyśmy się pod pobliski SATY, gdzie jest w pełni legalny parking dla rowerów.

Gdy już odjeżdzałyśmy spod SATY, gdy drogę M. zagrodził jakiś młody człowiek. Niestety, miał odznakę i kolegę, i ten kolega też miał odznakę. Poza tym mieli pełen ekwipunek japońskiego nastolatka, to jest komóry poobwieszane czym-się-da oraz plecaczki poobwieszane-czym-się-da.
Jako że M. wolała udawać głupka, rozmowa toczyła się po angielsku.

W centrum uwagi był czcigodny Nobunaga, którego oberwana naklejka miała świadczyć o kradzieży. Najwyraźniej przedawnienie ma w Japonii długi termin przydatności do spożycia, bo jeśli Nobunagę ukradziono, to napewno nie w tym stuleciu.

Trochę trwało, nim panowie skończyli telefoniczne sprawdzanie numerów roweru, przy okazji wielokrotnie terroryzując swych rozmówców informacją, że właścicielem roweru jest gaijin (grzecznie jest gaikokujin, ale oni pewnie założyli, że my serio ni w ząb ich nie rozumiemy).
W końcu sprawa się wyjaśniła, M. nie aresztowano, no i musi jeszcze w jakiś sposób zdobyć nową naklejkę, żeby sytuacja się nie powtórzyła.

Panowie Władza nas przeprosili i tyle z tego było. Ale przynajmniej mam o czym opowiadać ^_^

A to właśnie panowie policjanci.

Kita-Urawa

Domek dla kraluchów (ポイポイ)

Miałam jedzenie, herbatę, czekoladę i wieszaczki. Przygotowałam sobie pićko, książki i legowisko, i gotowam była na odrabianie japońskiego. I wtedy GO zobaczyłam. Miał o wiele za dużo energii i łaził po lodówce. Zwiał, nim go trafić zdołałam, więc co było robić, dzwonię do M.

Minutę później lecę do Office po trutkę.

Godzina późna, w Office siedzi już tylko Pan Strażnik, który jednak na słowo gokiburi reaguje ze stoickim spokojem. "Aaa, gokiburi? To ja dam PoiPoi.". Uśmiecham się jak debil i energicznie kiwam głową, gdy w wyobraźni mój zbiegły karaluch zakłada mi za lodówką rodzinę (LICZNĄ rodzinę) i urządza imprezę na podłodze (na MOJEJ podłodze).
W tym czasie Pan Straźnik podaje mi kolorowy, kartonowy domek :] Ja nie mogę.
Ma czerwony daszek i kolorowe, otwierane okienka. PoiPoi, bosh. Uśmiecham się jeszcze debilniej, zabieram domek, trutkę i zestaw plastrów i błyskawicznie ustawiam całość za lodówką. A że przy odsuwaniu lodówki znajduję zbiega, to go zamaszyścię morduję przy okazji.

Coś mi mówi, że dzisiaj sobie nie pośpię, bo cały czas próbuję złowić uchem tupot małych nóżek.

trwały link do tego wpisu

kolacja w ramach lekcji gotowania

18 październik 2005, 23:36| | Komentarze (8)

A co!

Jeśli chodzi o 料理方, to już jestem legendą :] Choć moje umiejętności wykraczają daleko poza zagotowanie wody, normą stają się kolejne zaproszenia na tutoriale ;p Ebe znalazł nawet w ISCu kurs dla dzieci i też mi go (na głos, qfa, na zajęciach, nie mógł chwilę poczekać?!) zaproponował.
I tak wylądowałam na kolacji u Jeanette, miała być prosta, bo ja się gubię przy wielu składnikach.

Przepis

Trza zacząć od cebuli (przydaje się patelnia i olej), potem dodać resztę, pokroić wcześniej.
Wbić do tego ejko i wymieszać, to zniknie ;p
Regularnie gapić się w cebulę, kiedy się zeszkli, to można przestać smażyć.

Do kompletu (to się nazywa gotowy obiad):

Tadaaaaa!

Warzywa można losowo wymieniać, więc w najbliższym czasie planuję samodzielny eksperyment w podobnej dziedzinie. Kiełki już mam.

dokumentacja fotograficzna

Tak to wygląda w stanie gotowości.

Kolacja u Jeanette

"I can never do the rice right." Hehe.
Jeanette.

Kolacja u Jeanette

Lorainne wybiera muzę: niemiecki hip-hop czy niemiecki rap?
Jak można przy dziecku mówić po niemiecku?
Na stole, na pierwszym planie, kimchi, czyli kiszona kapusta na ostro, BARDZO dobra :>

Kolacja u Jeanette

Pierożki z warzywami. Takie gotowe, tylko odgrzać. Nazwa mi umkła.

Kolacja u Jeanette

I kto dostał dwa pierożki?! No kto? Hyhyhy.

Kolacja u Jeanette

A to już deser i singapurska metoda rozpuszczania czekolady w herbacie. Jednocześnie zyskuje się płynną czekoladę, słodką herbatę i upackane palce. Phuun.
Czekolada jest dobra, bo koreańska, mam w zapasie 3 tabliczki ^_^

Kolacja u Jeanette

trwały link do tego wpisu

dobrze przejedzony dzień

18 październik 2005, 22:43| | Komentarze (6)

Najpierw zdjęcia z dzisiejszego japońskiego, na którym oprócz standardowego テスト działy się rzeczy równie standardowe jak powtarzanie i odmienianie ;>

Conie chwali się swoim słownikiem, oblepionym プリクラ (Puri-Kura, samoprzylepnymi zdjęciami z automatu) ;p

Te dziwne paski na co poniektórych zdjęciach to niestety wina mojego aparatu, który w ten sposób odreagowuje słabe oświetlenie. :/

nihongo: Connie

Maraike (Niemka) i Horhe (Amerykanin i Kolumbijczyk, 2w1) bawią się równo, a może po prostu cieszą się ze zdjęcia ;)

nihongo: Maraike i Horhe

Moi, słucha. W tle Conie i pani A., która jest opiekunką naszej grupy i dziś powiedziała, że test z kanji poszedł maa-maa ;p, co jest japońską wersją "Daliście ciała, kochani.".

nihongo: moi

Kafeteria z maszinami

Obiecane foty z kafeterii.

Na początku można się pogapić. To jest darmo nawet w Japonii.
Barbarzyńcy zapamiętują obrazki metodą: pałka, daszek, drzewko i pole.

kafeteria: gablotka z 食べ物

Maraike zgłodniała na tyle, że jest już jej wszystko jedno, może zmierzyć się z Masziną.
Wrzucasz pieniądze, wciskasz "swój" guzik, Maszina oddaje bilecik (jeśli dobrze pójdzie, wymienią bilecik na wymarzone danie ;> )

kafeteria

Przy okienku oddajesz bilecik, dostajesz jedzenie.
Przy okazji odkryłyśmy, że nie biorąc miso oszczędza się 30 jenów, które te panie w okienku natychmiast wypłacają. Good good.

kafeteria

Conie jest troszkę niedopasowana do japońskich standardów wysokości, musi się mocno schylić, żeby spojrzec pani z okienka prosto w oczy ;p

kafeteria

Stolik ze sztućcami, sosami i herbatą w jedynym poprawnym kolorze.

kafeteria

Maraike też stoi w kolejce, wokół niej masa miejsca, bo się Japończycy izolują ;)

kafeteria

Wielce rzadki widok: PUSTKA przy Maszinach. Znak, że przerwa na lunch dobiegła końca.

kafeteria

jemy!

jemy: Conie jemy: Caroline
jemy: MOI jemy: Maraike

trwały link do tego wpisu

maszina czyli bilet na jedzenie

17 październik 2005, 16:22| | Komentarze (5)

Mam tu dosyć dużo zajęć. Wyszłam na 8:40, wróciłam po 16:00, boginii niech będą dzięki za przerwę na lunch.

Kafeteria numer 1 zasługiwała na sesję zdjęciową, ale właśnie wtedy padła mi bateria. Bój się nic, jeszcze zdjęcia zdążę zrobić, na razie będzie wyłącznie historyjka.
Przy wejściu Japonia nas nie zawiodła, rozdawali jednorazowe chusteczki. Good.
W środku masa stolików, sklepik "z kanapkami" i standardowa gablotka z wystawionymi potrawami, co by można było się napatrzeć, nim się zdecyduje. Dla nas to jeszczze większa plus, ponieważ z szeregu kanji potrafimy grupowymi siłami wyłuskać "udon", "curry", względnie "soba". Ale wybieranie z obrazków nie jest trudne, decyzja zapada i .... nie ma tak łatwo, zamiast miłej pani, która zestresuje się na widok obcokrajowca, ale potem dzielnie przetrwa nasze "anoooo" i "kore, kore", stoi AUTOMAT.

Zakrzaczony cały, więc jedyne co pozostaje, to zapamiętać kanji wybranej potrawy (moja miała 私 i 口, więc nie było problemu) i potem znaleźc ją na jednym z guzików automatu, gdy w międzyczasie za plecami rosła nam kolejka głodnych Japończyków. No trudno.
Przetrwałyśmy uszkodzony automat (względnie zapachany, nie przyjmował pieniędzy), odstałyśmy swoje w kolejnej kolejce i w końcu nabyłyśmy kartoniki po 380 jenów.

Najwyraźniej dania z naszej serii nie cieszyły się popularnością, ponieważ nie było przy naszym "okienku" kolejki. Good.
Tacki już ściskałyśmy w łapkach, miałysmy więc gdzie postawić miso i nasze zamówione dania. Potem jeszcze tylko wycieczka po sztućce (pałeczki, a co!) i herbatę (zimna ocha da się pić! jest więcej niż niezła, szczerze mówiąc) i możemy siadać.

Żarcie pycha, ryż, kapusta, kurczak w jakimś dosyć słodkim sosie i jakieś listki, nie pamiętam dokładnie czego, ale wysoce jadalne. Wyskrobałam miseczkę do dna po tym, jak Lorainne nauczyła mnie radzić sobie z sypkim ryżem, co mi się ostał.

Po japońskim poszłam na japoński wykład, barwnie nazwany "Digital Control". Zieeew. Poszukam chyba czegoś ciekawszego.
Zesłani na te same zajęcia japońscy studenci (SAMI FACECI, inżynieria nie jest popularnym kierunkiem wśród japońskich studentek :] ) spali, gadali, wychodzili, wchodzili, czytali komiksy i znudzeni przeglądali swój podręcznik, z którego wykładowca bez zażenowania przepisywał całe fragmenty. Huehue.

kawaii

Nie miałam jeszcze okazji zaprezentować jednego ze skarbów pozostawionych przez Mateusza, czyli rolki papieru toaletowego. Voila.

Hello Kitty wlezie wszędzie.

I tym optymistycznym akcentem zakończę.

trwały link do tego wpisu

ride, Forrest, ride

16 październik 2005, 17:36| | Komentarze (6)

O 10 umówiłyśmy się z M. na zakupy w Yamada Denki, sklepie ze sprzętem elektronicznym (pana Yamady, hyhyhy), gdzie miałam szansę nabyć brakującą wtyczkę do mojego rice cooker'a.
Z tą wtyczką to jest prawdziwy zong, bo to jest jakiś cud magnetyczny. Rybka, kabel to i tak taniej niż nowy rice cooker.

ricecooker'owa wtyczka magnetto, magnetto, co mi po tym, że magnetto

Załadowałam ricecooker'a do plecaka (zmieścił się, MUHAHA) i popedałowałyśmy do Yamada Denki. W środku okazało się, że takiego kabla nie ma, trza zamówić w fabryce, więc możemy wypełnić formularz i za tydzień kabel będzie. Super. Chcemy formularz.
Zzzzong. Trza podać numer telefonu, ale M. zapomniała komóry, a swojego numeru jeszcze nie zna na pamięć. No to trza się będzie przejechać jeszcze raz.
Obejrzałyśmy rice-cookery, bo M. też potrzebuje, oraz kable telewizyjne, bo M. tego też potrzebuje ;)
Jako że żadna z nas nie wiedziała, gdzie w pokoju jest wyjście antenowe, to natychmiastowe nabycie kabla antenowego odpadało. A że dodatkowo do nabycia rice-cooker'a trzeba dorosnąć (względnie się z tą myślą przespać), to w Yamada Denki nie kupiłyśmy nic :)

Jedynym plusem są zdjęcia mojego ピンクヂリム:

ピンクヂリム
ピンクヂリム

Następnie pojechałyśmy do poznanego przeze mnie w piątek sklepu spożywczego, w którym mają najtańsze ejka i ryż. Obkupiłyśmy się jak na wojnie i bardzo chwiejnie ruszyłyśmy do I-House'u.
Koszyk z przodu roweru do wynalazek, za który Japończykom należy się Nobel, ale jazda na mocno obładowanym przednim kole do najłatwiejszych nie należy.

Wróciłyśmy, wyładowałyśmy łup, pojawiła się kolejna okazja na zdjęcie, tym razem widok z 3 piętra:

widok z III piętra i nasze rowery

Jako że tym razem udało nam się zabrać komórę, znaleźć kontakt i sprawdzić długość kabla, mogłyśmy wracać do Yamada Denki. Ale że po drodze było do マルエツ, to tam też wstąpiłyśmy. Skoro M. kupi dziś ricecooker'a, to przydadzą się składniki na onigiri.

3 ziemniaczki, anyone? ;p

3 ziemniaczki, anyone?

Spam, spam, spam, słabe mają filtry.

SPAM

i obowiązkowy pstryk Przyjaciela Kalorii, w wersji płynnej i stałej

Przyjaciel Kalorii

produkujemy onigiri

Metoda skuteczna:

produkujemy onigiri - 1 produkujemy onigiri - 2 produkujemy onigiri - 3 produkujemy onigiri - 4 produkujemy onigiri - 5 produkujemy onigiri - 6 produkujemy onigiri - 7 produkujemy onigiri - 8 produkujemy onigiri - 9 produkujemy onigiri - 10 produkujemy onigiri - 11 produkujemy onigiri - 12

Tak wygląda onigiri nadgryzione ze złej strony.

produkujemy onigiri - 13

trzęsło po raz pierwszy

W międzyczasie było trzęsienie ziemi, nawet w wiadomościach o nim mówili (względnie pisali), ale za dużo już emocji miałyśmy tego dnia, trzęsienie przeszło bez echa (Zawijaj, zawijaj!)

naleśnikowo

Metoda skuteczna:

naleśniki: gar, patelnia, hotkeekimiksu, mleko i ejko naleśniki: miksu miksu naleśniki: w tle japoński konkurs kucharski naleśniki: miksu miksu naleśniki: i chlup! naleśniki to i ja potrafię zrobić, miksu miksu jest łatwe ;> naleśniki: przerzucanie keekki na drugą stronę z niewielkim rozbryzgiem: failed ;) naleśniki: itadakimasu!

trwały link do tego wpisu

dokumentalnie

16 październik 2005, 17:03| | Komentarze (3)

Student ID

Jeszcze się nie chwaliłam wizualnie moim Student ID, przepustką do świata bezprzewodowego netu i telefonii komórkowej, co niniejszym czynię.

Student ID

Na ID napisano, że jestem ze STEPSa, gdybym jakiemuś japońskiemu urzędnikowi wydawała się zbyt pospolita ;)

Hanko mnie nieuprzedmiotowiło. Lucky me.

hanko z 所

To odwrócone (toż to pieczątka) kanji to 所 (tokoro), a znaczy miejsce.

plan

Jak widać na załączonym obrazku kalendarz mam już ustawiony na 5 miesięcy, ale dla Was zrobię wyjątek ;>
Kartka po prawej to rozkład najbliższej soboty, kiedy to idziemy na hajimemashite no 会 czyli imprezę zapoznawczą.

Na pozycji przed-przedostatniej jest "One Talented-Performance by International Student of Saitama". Gdy w dniu, w którym dostaliśmy ten plan jednogłośnie ogłosiliśmy, że u nas są tylko "Zero Talented Students", naszemu sensei'owi trochę opadły ręce ^_^ Na szczęście chwilę potem wpadła spóźniona dziewczyna z Tajlandii i powiedziała, że ona może zatańczyć. Uffff.

kalendarz

bilet

I dla celów dokumentacyjnych względnie dokumentalnych, mój bilecik.
Żeby nie było, tutaj niektórzy mieli jeszcze droższe, jeśli gnani poczuciem przyzwoitości wybierali JAL, chcąc Japończykom zmniejszyć koszty biletu. Wtedy ich bilet kosztował czasem i 2 razy tyle co mój :]

bilet.jpg

trwały link do tego wpisu

pierwsze zajęcia

14 październik 2005, 17:27| | Komentarze (2)

Tylko dwa zdjęcia, bo mieliśmy masę roboty i nie miałam kiedy złapać za aparat.

John i Chris, 2/5 ekipy z Tennesee:

Joe i Chris

Nie-jestem-z-Tenesse Conie i pani Morita, nasza piątkowa sensei:

Morita-sensei and Connie

Na tablicy jest nazwisko pani Morita, mori (las) i ta (pole). Proste i piękne :)

W grupie jest jeszcze 5 osób (na przykład JA), ale się nie załapały na fotkę ;p

trwały link do tego wpisu

and know the Place

14 październik 2005, 16:34| | Komentarze (1)

Dziś pojwiła się kopertka z WINAS, więc mam już net w pokoju.
Jako że już sobie poSkypowałam (godzinka polskiego to jest to), teraz pojawiła się szansa na aktualizacje zdjęciowe. Wrócę ze spotkania TryMe i się wezmę ;p

BTW mam hanko. Jestem Miejscem.

trwały link do tego wpisu

orientacje reperacje

12 październik 2005, 16:19| | Komentarze (3)

Dzisiaj mielismy Student Orientation, na ktorym rozdali nam spis przedmiotow na ktore musimy, wzglednie mozemy, uczeszczac. Prowadzila go dyrektor ISC, ktora MOWI po angielsku i to nawet dowcpinie.

Zeby zaliczyc, musimy uzbierac 12 kredytow. Oprocz 10 godzin japonskiego (10 kredytow) musimy wziac jeden z przedmiotow ze STEPS (2 kredyty kazdy), do wyboru sa:

Jeszcze musze sobie cos bazodanowego, wzglednie informatycznego znalesc, i bedzie gites. Ogolnie jest gites. I podobno podloga juz nie bedzie wibrowac.

Jeszcze tylko ricecooker, kurs gotowania i jestem gotowa na zime ;)

trwały link do tego wpisu

gupiii

11 październik 2005, 16:40| | Komentarze (0)

Dzis jest wtorek, a ten mozg, mimo zmiany strefy czasowej nadal upiera sie przy poniedzialku.
I godzine zle ustawil. Trza bedzie recznie poprawiac.
Bosh.

trwały link do tego wpisu

zyje

11 październik 2005, 16:24| | Komentarze (1)

Zeby nie bylo: ZYJE! Nie mam polskich znakow, ale pisac sie daje ;p
W weekend byl weekend, w poniedzialek bylo swieto, tak wiec odcieta od netu bylam dosyc dlugo.
W zwykle dni pokoj w ISC jest otwarty, wiec gdy czas pozwoli, bede tu wpadac po poludniu. Tj do czasu, kiedy dorobie sie netu w pokoju.

Ciagle gdzies cos trzeba zalatwiac, wiec na razie nie moge nawet usiasc na spokojnie i zaleglych notek napisac, a jest o czym :) Zdjecia pstrykam, beda tu razem z moim LANem.

keep tuned ;p

trwały link do tego wpisu

Tokio1

9 październik 2005, 21:21| | Komentarze (2)

Na razie jest problem z netem, bo jest święto, a w weekendy i święta ISC (Centrum dla Studentów Międzynarodowych) jest zamknięte, a przynajmniej sala z kompami jest zamknięta. W sali z kompami trza zdejmować buty, zresztą tak jak prawie wszędzie (m.in. w restauracji okonomiyaki, w której byłam w piątek -- tam każdy ładował buty do własnej szafeczki i zamykał ją kawałkiem drewna, który służył za UNIKALNY kluczyk. Czad.) jak i we własnym pokoju. Chore.

Po pokoju chodzę w klapkach, tych, w kórych biorę prysznic (ooooh, curse me ;p ), a jak są mokre (taak, czasaaami się myję), to w tenisówkach. Resztę butów trzymam w szafce w genkanie, co zresztą zobaczycie jak tylko założę stałkę i będę mogła spokojnie z netu korzystać.
Moja szafka na buty jest be i nie ma jednych drzwiczek.

netuuu

Teraz serio feralnie trafiliśmy, zresztą masa osób jest w podobnej sytuacji: nie mamy Student ID, więc nie możemy ubiegać się o hasło do tutejszej sieci bezprzewodowej, a zresztą gdybyśmy nawet mieli ID, to w Office siedzi tylko Guardo, który robi obchody i stara się jak może (zreperował 1 z moich palników), ale szmocy nadawania haseł nie posiada.

Trza czekać do wtorku.
Zresztą już tyle mi się spraw na wtorek zwaliło, że musiałam je sobie spisać :] Mogę wam wypisać:

Uff.
To teraz o Tokio, a potem o rowerze.

Tokio: Shinjuku, Akihabara

Napstrykałam trochę zdjęć. Fartownie się złożyło, że spotkałam Martynę, która czekała na koleżanki, bo chciały we 3 jechać do Tokio. To chyba jeden z niewielu plusów mieszkania na parterze - słychać gdy ktoś idzie, więc można zagadać, jak się ma sprawę ;> Nikt mi nie umknie, hyhy. No i nie muszę drałować po schodach i mam blisko do pralni, bo jest na moim korytarzu.
Wady: wszystko widać z okna, jest ciemniej (mhhhroczniej) niż w pokojach wyżej, no i nie mogę zostawiać drzwi otwartych, gdy wychodzę :]

No rybka.
Na jedną z koleżanek Martyny się nie doczekałyśmy i pojechałyśmy we 3 (ja, M. i Akte, dziewczyna z Łotwy (Łotyszka ;p))

Zabrałam pasuporto i zezwolenie na głosowanie, w razie czego. Martyna była średnio za jechaniem do Meguro-ku, gdzie jest ambasada, ale potem zmieniła zdanie, tyle że już było późno, naprawdę dużo czasu spędziłyśmy łażąc i czas był najwyższy wracać do Saitamy.
No rybka, może za 2 tygodnie się uda, zwłaszcza że nie byłyśmy dziś na Harajuku, tam gdzie są cosplayers :)

Kita Urawa

Czekamy na pociąg. Na zdjęciu rozkład jazdy linii Saikyou.
Po lewej niedziele i święta, po prawej dni robocze. Na dole kolejne z pobliskich stacji, gdyby ktoś nie wiedział, gdzie się przesiąść.

Kita-Urawa: rozkład jazdy

TAK, oni STOJĄ w tych namalowanych liniach.
W teorii pociąg ma się zatrzymać tak, by drzwi znajdowały się dokładnie na przeciw linii. Potem kolejno kolejka pasażerów ładuje się do wagonu.
W rzeczywistości pociąg ma spore problemy z zatrzymaniem się w pobliżu linii, ale oni i tak STOJĄ.

Kita-Urawa: parking dla pasażerów ;>

Nadjeżdża pociąg, maruderzy ustawiają się w kolejki ...

Kita-Urawa: nadjeżdża pociąg

Pojechałyśmy JRem do Shinjuku, gdzie wzięłyśmy sobie po mapce, która chyba bardziej szkodziła niż pomagała, ale co tam. Była tam też mapka całej sieci JR, więc to w sumie dobra mapka. Śmieszna sprawa, to, co na mapie było sporym ogrodem, okazywało się poletkiem 2 na 3 metry z trzema drzewami i równą, czystą ścieżką. Porażka ^_^

Przerwa na kanapki. BRB.

Wodę gotuję, tosty mogą poczekać. Miałam robić ramen (to tutejsza politycznie poprawna nazwa na chińskie zupki), ale nie mam ochoty, wolę krem orzechowy ;p, bo to szybciej i mniej zachodu. Wow, już 21:17, szybko tu czas leci :]

Sendagaya

Naszym celem był Shinjuku-koen, czyli ten słynny park w Shinjuku. To też pierwszy park w moim życiu, w którym musiałam zapłacić za wejście (200 jenów się kłania), zdjęć napstrykałam. Park coś jak nasze łazienki, tyle że posprzątany tak, że aż się sztuczny wydaje. Każdy listek zagrabiony, rybki (karpie, czerwone of course) w stawie, trawka jakości pola golfowego, itp. Szerokie alejki, mostki, tradycyjny ogród japoński ... jest na co popatrzeć. To coś jak raj w środku piekiełka, bo oczywiście na horyzoncie majaczą wieżowce Shinjuku.

Shinjuku w obrazkach

Shinjuku Shinjuku

Shibuya-ku, Sendagaya, 5-chome 25. Nic nie pobije japońskich adresów :)

Shinjuku

A to już płot Parku Sendagaya. To miejsce wynoszenia śmieci, na tabliczce po prawej jest wypisane, w jakie dni jakie śmieci należy wynieść.
Szufelki i zmiotki są dla porządku, co byś miał czym pozamiatać, człowieku, gdy już naśmiecisz.

Shinjuku

Park w Shinjuku.

Mapa całego przybytku.

Shinjuku

Moi na tle bramek do parku. Poranna kawa poprawia samopoczucie, a co dopiero DWIE kawy ^_^

wejście

Na początku miałyśmy spore opory z wejściem na trawę, syndrom Łazienek przeważał :) Po tej trawie można jednak chodzić do woli.
Wbrew pozorom w parku NIE MOŻNA grać w golfa :]

park

To jest jeziorko. Zarosło czymś liściastym.

shinjuku8

W parku byłyśmy też w Green Room (aka Glass house) czyli w szklarni. Super sprawa, też parę fotek pstryknęłam. M. podsłuchiwała rozmowy Japończyków, hehe. Jedna pani Japonka pytała jakiegoś totalnie jej nieznanego Japończyka czy ten kwiat, na który się teraz gapią, jest narodowym kwiatem Korei. Facet się lekko zdziwił, no bo kurde niby skąd ma to wiedzieć ^_^, ale grzecznie pokonwersował, w końcu doszli, że to nie jest narodowy kwiat Korei.

Gdy mijałyśmy bananowca (jednego z wielu), jakiś Japończyk zaczął nam mówić, że "banany pospadają dzieciom na głowy" hyhy. Lekko się zdziwiłam, ale banana, atama (głowa), yama (góra) - wszystko się pi razy drzwi rymuje, więc M. stwierdziła, że pan starał się być miły i mówił wierszyk ^_^
Jako że w Green Hausu nie można robić zdjęć aparatami na trójnogach (stojakach pod kamery), Japończycy omijają zakaz, nosząc aparat na jednej, długiej tyczce, i stabilizując go używając własnego ciała. Hyhy. Bratni kraj, mówię wam.

greenhouse1

Taką roślinkę hoduje Una. Niestety, nie pamiętam nazwy, ale w szklarni w Shinjuku jest to bardzo popularne, wisi wszędzie, zresztą potem zobaczycie sami.

Shinjuku: Szklarnia: roślinka Uny greenhouse3

Wydaje mi się, czy coś takiego mamy w domu, tyle że nasze nie kwitnie? Mum?

Shinjuku: Szklarnia: wygląda znajomo Shinjuku: Szklarnia Shinjuku: Szklarnia Shinjuku: Szklarnia Shinjuku: Szklarnia

Popularna ta roślinka Uny, tu wisi niczym poroże, nad wyjściem.

Shinjuku: Szklarnia: roślinka Uny niczym poroże

Tablica prosi, by uważać przy SIADANIU, gdyż na trawie jest coś, co barwi ubrania na czerwono. Tablica sugeruje, by coś sobie podłożyć, nim się siędzie.
W tle grupa ludzi ćwiczy coś, czego nazwa mi umkła.
Jeszcze dalej straszą wieżowce Shinjuku.

Shinjuku: uwaga na siedzenia greenhouse11

Zgubić się nie da, gdy kierunku pilnują takie tabliczki :)

Shinjuku: drogowskazy

Wejście. Automaty biletowe i bramki.

Shinjuku: wejście

Z Shinjuku Koen poszłyśmy do najbliższej stacji, ale nie obyło się po raz kolejny o pytania o drogę (wspominałam, że w machi łatwo się zgubić?). Pani Japonka się postarała, udzieliła nam b. konkretnych wskazówek gdzie i kiedy skręcić, ale nie omieszkała dodać, żebyśmy trzymały się kierunku na najwyższy wieżowiec Shinjuku, to na pewno znajdziemy stację :)
Trafiłyśmy, znowu, tym razem full profesjonalnie nabyłyśmy bilety w tiketo maszynie i pojechałyśmy do Akahibary, dzielnicy elektronicznej.

Yoyogi

Tokio: Yoyogi Tokio: Yoyogi Tokio: Yoyogi

Widok z pociągu: sztuczne łowisko wynajmowane na godziny. Popularne, oceniając po liczbie siedzących tam mężczyzn.

Tokio: Yoyogi Tokio: Yoyogi Tokio: Yoyogi

a może bilecik?

Tiketo maszyna to kosmos, jak się nie zna kanji, bo płaci się w niej określoną kwotę, zależną od odległości, jaką chcemy przebyć. Dlatego obok tiketo maszyny wisi tabliczka z nazwami stacji i cenami. Oczywiści full kanji, stacji ze 200, czad. Na szczęście M. sobie radzi :)
Potem wybiera się w maszynie (ekran dotykowy, a co!), ile osób pojedzie na tym bilecie, wybiera stawkę i wrzuca monety, względnie wpycha banknoty. Po chwili automat wypluwa bilet i wydaje resztę. Bilet ładuje się do bramki, która się otwiera (bardzo zamaszyście) i wypluwa bilet na drugim końcu. Wygodne i szybkie.
Bilet oddaje się w bramce na stacji, na której się wychodzi, bramka po raz kolejny się otwiera i można wyjść na świat.
Bramki wydają się być zawsze otwarte, ale gdy próbuje się przejść bez biletu, zatrzaskują się błyskawicznie i dupa, trza się cofnąć :]
Szczerze mówiąc metoda zabierania biletu w bramce wyjściowej jest extra, bo nie ma śmieci.

sutte wa dame desu yo

Przypomniała mi się aktualna kampania japońskiego ministerstwa czegoś tam, co by zwalczać palenie. Odwołują się do dumy narodowej i oceny grupy, ale cytowanie jest bezsensu, zrobiłam zdjęcia, padniecie, zwłaszcza jak zobaczycie ingrisz, jaki to czasem serwują.
Conie, Amerykanka ze STEPS'a, kolekcjonuje rzeczy z takimi bzdurnymi napisami. Pokazała mi 2 swoje ostatnie nabytki, łechehe, totalny bezsens, ale za to totemo kawaii ;p

Kampania antyfajkowa: baner w JR

Back tu Tokio:

Akihabara

W Akihabarze ja szukałam ジュロッパノプラグ, a M. elektronicznego słownika. O słowniku już pisałam, więc się nie będę powtarzać, ale fajny jest. Wtyczkę nabyłam, kosztował 800 jenów, wygląda b. porządnie. Były różne puraggu za 260 jenów, ale niestety, tylko na cieniutkie bolce, a nie na mojego grubasa. No ale cena ok, w PL może nie 24, a 15, ale tyle by to kosztowało. Puraggu działa, dlatego właśnie piszę teraz maila na podłączonym do prądu kompie :)

w zimie zimno jest

M. opowiadała mi o horrorach tutejszej zimy, które to w opowieściach przekazała jej Iga. Otóż w domyśle należy ogrzewać pokój klimą, co jest BARDZO kosztowne. Dlatego Iga olewała to, szła spać (kocyk to jest to), nastawiała budzik na 5 rano. O 5 rano włączała klimę i szła spać na 2 godziny. Potem, o 7, pokój był już na tyle ciepły, że mogła wstawać.
W Office pożyczają piecyki gazowe, ale na razie sprawę olewam, za dużo mam innych na głowie.

M. to od Martyna, nie chce mi się za każdym razem klepać pełnego imienia, przypominam tym, którzy się spóźnili na seans.

Akihabara

Akihabara jest głośna, b. kolorowa, nie wiem czy mój filmik uchwycił jej klimat, ale sami się przekonacie. Na pewno tam kiedyś znowu pojedziemy. Tam jest masa taniego (i drugie tyle obłędnie drogiego) sprzętu i są też cuda techniki. Zrobiłam zdjęcie USB-Sushi drive'ów, wcześniej po japońsku pytając sprzedawcę , czy wolno :) Hyhyhy.
W niektórych sklepach i lokalach w Japonii nie wolno robić zdjęć, np. w salonach pachinko, zwłaszcza tych nielegalnych, w których można oficjalnie wygrać pieniądze. Muzyka w salonach pachinko zagłusza skutecznie całą konwersację, wiem, mimo że do żadnego nie wchodziłam. Wczoraj wracaliśmy z TryMe! z shioppingu i przechodziliśmy obok ulicy z pachinko. Scarry.

Tokio: Akihabara Tokio: Akihabara

Sushi-drive'y:
Shiashin wa ii desuka.
Moim faworytem jest nigiri-sushi z gotowaną krewetką.

Tokio: Akihabara: sushi-drive

TryMe!

TryMe! to jeden z uniwersyteckich klubów, których jest tu multum. Są sztuki walki, sporty, gry, sztuki tradycyjne, kluby o niczym itp. TryMe! to klub w którym spotykają się cudzoziemcy i Japończycy, by szkolić japoński i angielski i ogólnie się poznać. Jednocześnie są wolontariuszami w ISC i to oni między innymi odebrali mnie z lotniska. Spotykają się regularnie w piątki w pokoju japońskim (takim z tatami i poduszkami) i ględzą. Phoon.

... i spowrotem

Z Akihabary wrócilim do Saitamy (380 jenów do stacji Kita-Urawa (nie pamiętam, to chyba Północna Urawa, mylą mi się kierunki ;p ) i autobusem (190y) bezpośrednio pod Uniwerek. Następnym razem pojedziemy na stację rowerami, 190y piechotą nie chodzi ;)

Rower

No więc M. pokazała mi swój. Dostała go od Igi, która rower nazwała Nobunaga. Na pożegnanie Iga miała dla M. tylko jedno zdanie: "Dbaj o Nobunagę" ;)
Nobunaga jest dosyć zardzewiały i tylni hamulec piszczy okropnie. Nie wiemy, czy za hałasujący hamulec można dostać mandat za zakłocanie ciszy, więc w okolicy domów M. hamuje przednim względnie nie hamuje wcale.

Mój rower jest różowy i miał być przykuty do słupka. Wydawało mi się że go w piątek zlokalizowałam. W sobotę rzuciło mi się, że nie jest przykuty, ale spox, może coś się Mateuszowi pomerdało (a numerek, który miał być kodem do zamka, jest rejestracją czy czymś takim). Wściekle różowy był i raczej mały, coś ala Wigry, więc lekkie zdziwienie, jak Mateusz na tym jeździł, ale spox, ma koła, udźwignie i mnie.
Dopiero dziś M. mnie uświadomiła, że to nie ten rower. Powiedziała że ten numerek to napewno jest od linki, więc zaczełyśmy skubańca szukać. On nie jest różowy, tylko raczej łososiowy (ciemno tam), ale mój kod na niego działa, więc to mój rower. Wygląda jak standardowy rower japoński, ma ramę typowo miejską, koszyk z przodu i jeździ się na nim jak na traktorze. Muszę dopompować koła (Mateusz zostawił mi pompkę, ale można ją też pożyczyć w Office), umyć go i sprawdzić, dlaczego lampka nie działa, ale najważniejsze: jeździ.
Przejechałysmy się po okolicy, żeby zobaczyć jak to jest. Freedom smells like this! hyhy.

Przy okazji zlokalizowałysmy miejsca na duże śmieci, nigdy nie wiadomo, kiedy głód przyciśnie. ;>

trwały link do tego wpisu

シオッピング

8 październik 2005, 16:15| | Komentarze (2)

W pokoju coś mi buczy.
To nie lodówka, bo jej do tej pory nie włączyłam.
Długo nie mogę zasnąć.

Wreszcie nadchodzi sobota.
Nie mam śniadania, ani najmniejszej ochoty na nie. Dziś jest Shopping Tour by TryMe!.
W planach: przejażdzka autobusem, hyakuen, depaato i spacerek na najbliższy przystanek.

Autobus odjeżdza prosto spod szkoły, ma pętlę na dziedzińcu Uniwersytetu, zaraz za główną bramą. Bardzo wygodnie.
Wsiadamy i siadamy, żadnych biletów ani nic. Na tablicy z przodu autobusu wyświetla się stawka, jaką mamy zapłacić my, ci którzy wsiedli na pierwszym przystanku. Z każdym kolejnym przystanek pojawia się na tablicy nowa cyferka, a poprzednie są podnoszone. Za wycieczkę SaiDai-Północna Urawa zapłacimy w końcu 190 jenów. 170 to stawka najniższa, więc nie jest źle.
Zapada solidne postanowienie, że następnym razem pojedziemy rowerem :)

W Kita Urawa jest stacja JR i związane z tym atrakcje, czyli dużo sklepów i domów towarowych.
Idąć za szefem TryMe! nasza grupa barbarzyńców wbudzała nie małe zainteresowanie, żeby nie powiedzieć że się na nas poprostu GAPILI. Mama wyjaśniała mijanemu dzieciakowi, że to są "Studenci z Saitama-U". CO se ten dzieciak myślał? Że my tu kurde okupować przyjechaliśmy?!

Trafiliśmy do sklepu 100-jenowego, czyli popularnego hyakuen'a. Po wyjściu musieliśmy wyglądać rzeczywiście radośnie: 20 obcokrajowców uzbrojonych w mopy, ściery, poduszki, wieszaki wszelkiej maści i stosy naczyń. Hyhy.

Po hyakuen'ie pognano nas do depaato, gdzie niżej podpisana zajęła się nabywaniem kawy i płatków, a większość grupy siedzeniem i odpoczywaniem :)

Poniżej możecie podziwiać moją nową, dziesięciokrotnie zawieszakowaną szafę:

po dziesięciokroć zawieszakowana szafa

oraz inną część moich 100en-owych zakupów, w osobach: ściereczki, pochłaniacza zapachów (sztuk dwie) i chustek do mopa:

100-jenowe zakupy

Reszty soboty nie pamiętam, jet lag robił swoje.

W pokoju nadal coś buczy, choroba.
Poszłam do Office (jest w I-wszym budynku, ja mieszkam w III-cim) i zgłosiłam awarię bogu ducha winnemu Panu Strażnikowi, bo taka to już była godzina.
Jako że kuchenka gazowa w moim pokoju również się na mnie wypięła, i tą radosną nowiną podzieliłam się z Panem Strażnikiem. Tu jednak Pan Strażnik stanął na wysokości zadania i jeden palnik zreperował. Reszta usterek musi jednak poczekać do wtorku, kiedy Office znowu będzie normalnie działał. Grrrr.

trwały link do tego wpisu

dzień pierwszy

7 październik 2005, 21:25| | Komentarze (7)

Zaczęło się około południa.
Mimo opóźnienia na Okęciu dolecieliśmy do Monachium o czasie. Przeżyłam najlepiej wykonane lądowanie w życiu, oklaski dla pilota. Wykonałam przebieżkę przez Terminal z Gate'u 10 do H28, który właśnie otworzono (WIEDZIAŁAM, że ten gigantyczny samolot, który mijaliśmy, kołujc, to mój kolejny lot ... wiedziałam), gdzie właśnie otwarto gate'a. Trochę szkoda, bo lotnisko w Monachium wyglądało zachęcająco ;>
Może innym razem.
Za to muszę się pochwalić, dwa razy przewieziono mnie samolotem przez słynny monachijski most dla samolotów nad autostradą. Ha!

W samolocie do Tokio miałam eleganckie miejsce przy przejściu. 99% pasażerów stanowili Japończycy, ale na skos ode mnie, po drugiej stronie przejścia, siedzieli jacyś dwaj kolesie, na pierwszy rzut, Niemcy.
Miałam bojowy plan wtrząchnąć kolację, obejrzeć pierwszą pozycję w menu filmowym ("Królestwo Niebieskie", zbieg okoliczności, czy co? Z tego filmu robi się nam rodzinny punkt pożegnalny.), a potem spróbować zasnąć. Z planu wyszły nici ;)
Po kolacji, gdy w oczekiwaniu na film czytałam Wyborczą, jeden z moich "niemieckich" sąsiadów zagadał do mnie po polsku. O_o
Świat jest BARDZO mały i oto miałam przed sobą Polaka z krwi i kości, mieszkającego od lat 4 w Norwegi, i z tamże pochodzącym kolegą lecący na konferencję. Nasłuchałam się masy opowieści o cudach i dziwach norweskiego życia, więc zasypiałam z mocnym postanowieniem, że za rok - Norwegia!

Wszystkie filmy przespałam, względnie przekiwałam w fotelu, próbując usnąć głębiej.
Rano było śniadanie, kolejka do łazienki i lądowanie.

Jeśli lotnisko w Monachium jest wielkie, to Narita jest monstrualne. Z gate'ów do terminalu przewozi pasażerów specjalna kolejka, a potem tuziny ruchomych chodników.

Pani Oficer Emigracyjna wbiła mi pieczątkę do paszportu, wkleiła jakiś znaczek, przyszyła do wizy jakiś świstek i byłam wolna. Bagaż znalazł się po minucie, więc pożegnałam się z "moimi Norwegami" (mieli w planach 2 dni w Tokio i tydzień na Okinawie, szczęściarze) i dalej w świat.

Jakieś 3 minuty i 2750 jenów później czekałam już na przystanku na autobus do Omiya, czyli do Saitamy.
Specjalna ekipa ładowała bagaże pasażerów do luku, wydając każdemu w zamian kartonik za zdeponowany bagaż. W Omiya wymieniało się ten bilet na własny bagaż, porządnie ustawiony wśród pozostałych na docelowym parkingu. Phun.

Narita - o 11:00 z przystanku nr 11 odjeżdża Liner do Omiya
Narita - ogród zen wszędzie się zmieści

W autobusie było może z 10 osób, w tym jakaś dziewczyna, wydawało się Amerykanka, ale na bagażu miała fiszkę Lufthansy, więc może jednak Europejka. Było też małżeństwo z dzieckiem, jakiś pan, który natychmiast usnął i głośno chrapał oraz dwie Japonki, nastolatka i dorosła kobieta, które również natychmiast usnęły, za to nie chrapały.
Japończycy potrafią spać w każdych okolicznościach.

Przejeżdżaliśmy "obrzeża" Tokio (jeśli to miasto w ogóle coś takiego jak obrzeża posiada), więc tylko kiwałam się bezwładnie z otwartą buzią. Poniżej kilka obrazków.

Bloki i konsekwentnie zabudowywane nieużytki.
Domy, domy, domy .... drzewo cudem jest.
Domy,domy,domy .... i charakterystyczne, japońskie oznaczenia na drogach (wjazd, wyjazd, proszę się zatrzymać).
Blok, blok, blok, może mają センターヒト?
Cmentarz też się zmieści.
Domy, druty, domy, druty.
Jak się nie da pod, to można nad, względnie bokiem.

W Omiya odebrało mnie dwóch studentów, jak się okazało później, wolontariuszy z klubu TryMe!

[o TryMe! napiszę kiedy indziej, kiedy sama to lepiej zrozumiem ;)]. Zamówili taksówkę i po chwili znów byliśmy w drodze, a small talk toczył się gładko ;)
Wtedy się już chyba zresetowałam, bo pamiętam głównie wykonywanie wielu czynności, wypełnianie jakiś formularzy, odpowiadanie na pytania, witanie się, noszenie paczek, przebijanie się przez pokój (Mateusz zostawił mi DUŻO paczek, zastawiłam sobie przejście skutecznie), wreszcie spotkanie klubu TryMe!.

Po 14 godzinnej podróży nie byłam najinteligentniejszym stworzeniem na Ziemi, ale spotkanie przetrwałam i nawet zapamiętałam kilka imion.
Poszliśmy też na okonomiyaki (wcześniej byłam świadkiem japońskiego stylu podejmowania decyji: nic, tylko sobie w łeb palnąć) i w końcu w piątkę poszliśmy na okonomiyaki, podczas gdy reszta wybrała Denny's, coś a la japoński fastfood.
Szkoda że wtedy byłam taka zużyta i nieprzytomna, następnym razem na pewno wezmę aparat.
Okonomiyaki rulez, a przy tym smakuje doskonale (przynajmniej te, które jadłam).

I jeszcze parę fotek pokoju z dnia pierwszego.

Mój apartamentos

Wokół zlewu cała chemia, co mi ją pozostawiono, na pierwszym planie chusteczki do mopa. Lodówka się wietrzy.
To się myje, a nie wietrzy, wiem ;p

pokoj_po_przylocie1.jpg

Pudła niezidentyfikowanych produktów spożywczych, coffee maker i pudło z zagadkową, sypką zawartością.

pokoj_po_przylocie2.jpg

Biurko i szafka zastawione wszystkim, co było pod ręką.
Krzesełek jest u nas dostatek, to drewniane jest do szafki, wraz z której rozkładanym blatem ma w teorii przyjąć formę stołu kuchennego. No way. No room.
Metalowe krzesło jest tu z bliżej nieznanych mi przyczyn, pocieszam się, że każdy je ma ;)

pokoj_po_przylocie3.jpg

Szara zasłonka kryje okna i wyjście na taras.
Szafa nic w sobie nie kryje, bo jeszcze nie zdążyłam się rozpakować.
Udało mi się za to zdjąć spodnie ;p

pokój_po_przylocie4.jpg

Rzut na kuchnię, genkan i drzwi wejściowe.

pokój_po_przylocie5.jpg

That's all folks.

I tak, pierwszy raz w życiu poleciałam samlotem sama, tak długo i tak daleko.

trwały link do tego wpisu

off we go

6 październik 2005, 10:12| | Komentarze (1)

Podróż czas zacząć.
Do usłyszenia po drugiej stronie!

trwały link do tego wpisu

chłopaki zaszalały

5 październik 2005, 13:54| | Komentarze (1)

Lufthansa Japończycy nabyli mi bilet za 17 tysięcy złotych (ekono, Warszawa-Monachium-Tokio). Za mniejszą kwotę można w obie strony klasą biznes polecieć. Z drugiej strony widać, że z Japończykami łączy nas coraz więcej, m.in. polska szkoła biurokracji ^_^

Swoją drogą trochę to trwało - bilet na czwartkowy lot dostałam we wtorek, no pressure :]
Za to przeprosili mnie w 4 linijkach.

Wracam do pakowania.

trwały link do tego wpisu