« październik 2005 | strona główna | grudzień 2005 »

Testament Kubricków

27 listopad 2005, 14:25| | Komentarze (0)

The Brick Testament: Golgota

Dwa dni wcześniej w raju zwanym Akibą zachwycałam się sprzedawanymi tam Kubrickami, których jest tu zatrzęsienie, a już dziś Sławek obdarował mnie tymże linkiem:

The Brick Testament

Jeszcze nie wiem, kiedy będę mieć czas na przeczytanie całości, ale jak na razie bardzo mi się podoba ^_^
Zajrzyjcie do sklepiku, można sobie kupić Świętą Trójcę... ^_^

Nie bójta się, nawiozę Kubricków ;>

The Brick Testament: Ostatnia Wieczerza

trwały link do tego wpisu

Nie ma jak rodzina.

26 listopad 2005, 14:38| | Komentarze (0)

Jako STEPSi możemy uczestniczyć w programie Home Stay. Wystarczy wypełnić kilka rubryk i poczekać, aż znajdzie się jakiś dopasowany ród.
Znalazł się.

Końcówkę ostatnich zajęć z Komnikacji Międzynarodowej spędziliśmy na porównywaniu "wygranych". Wtedy szybko wyszło na jaw, że gdy inni będą jedli obiad ze swymi licznymi hist rodzinami, ja wyląduję na drzewie, gdy prowadzony przez moją obaachan samochód trzykrotnie przekroczy dozwoloną prędkość. Czad.
Koloryt całej historii dodawały dwa nazwiska, które ktoś dopisał pod nazwiskiem mojej obaachan, a następnie wykreślił. Fantastic stories w tym temacie obejmowały pełne spektrum możliwych powodów, od przeprowadzki na wieść o moim przybyciu po mniej lub bardziej nieszczęśliwą śmierć. Czad.

Sobota była dniem Pierwszego Kontaktu.
Zebrano rodziny i STEPSów w jednym pokoju, zasypano błyskawicznym japońskim, podlano herbatą i wyprawiono w świat.
Moja rodzina nie okazała się być szaloną obaachan, a całkiem przyjaznym małżeństwem w wieku moich własnych rodziców. Drobny zong, nie mówią po angielsku. Troszku rozmumieją, ale nie za dużo i raczej tylko proste zdania w stylu "Gdzie jest biblioteka?" ;>

No nic.
Pojechaliśmy samochodem do Omiya, zwiedziliśmy największą ze świątyń w Saitama, muzeum, galerię i bibliotekę. Dostałam prezentosa ;p
Odwiedziliśmy też ichni "skansen", prawdziwy, japoński dom, taki drewniany, z odsuwanymi ścianami i paleniskiem. Cudny.

traditional house in Saitama

Potem zaliczyłam wytwórnię sake ;> i zakupy obiadowe, i wreszcie odkryłam jak fajnie się robi zakupy z ludźmi, którzy wiedzą, co stoi na półkach ^_^
Gdy się ściemniało, dojechaliśmy do domu mojej host rodziny, takie bardzo japoński, z dużą ilością bardzo małych pomieszczeń ;>
Nawet kamidana mają.
Gotowanie mnie ominęło, gdy oglądałam z Masao zdjęcia, moja host-mama wyzyniała jakieś cuda w kuchni. Jak już kiedyś pisałam, moje zdolności kulinarne są już legendą, ale ......
Drogi świecie. Moja host-mama, która teraz mastersko gotuje, przed ślubem nie umiała ugotować NIC. I żyła. Jej matka miała poważne wątpliwości, czy moja host-mama przetrwa małżeństwo ;) Hyhyhy.

Na obiad była tempura, kałamarnice i małże. Mlask. Ryż też był :]
Pierwszy raz w życiu zażyczyłam sobie,by mój japoński był lepszy niż jest obecnie, co bym mogła prowadzić inteligentniejszą konwersację.

W drodze powrotnej, gdy podzieliłam się radościami życia w akademiku, dostałam zestaw rad na walkę z moimi przyjaciółmi zza lodówki. ^_^
Iiiiii, ja chcę to powtórzyć ;>

trwały link do tego wpisu

life is good

22 listopad 2005, 17:46| | Komentarze (3)

kabuki

W ogromnym skrócie:

Na MutsumeSai Hans poznał ludzi z naszej ulubionej sali (LMS, groooooooowl), w sobotę poszliśmy (moi, M., Hans i oni) do niedalekiej sakeba, takiej prawdziwej, z poduszkami i masą fajnego jedzenia, no i opchaliśmy się ile się dało.
Jako że właścielka była znajoma, to testowaliśmy różnorakie japońskie trunki, od ciepłej sake (mniam) począwszy na wiśniowej (pyyyycha) skończywaszy.

Nie ma to jak pijaństwo z metalowcami. ^_^
Jeśli wszystko dobrze pójdzie i fundusze pozwolą, w styczniu pojedziemy razem na koncert. Yoohoo.

Dnia następnego pobudka była potworna, no ale masz czegoś chciał, człowieku. Atama ga itaiiii.

5 godzinny sen to nie jest to, ale w autobusie do Ogano można było odespać.
Potem spokojnie kimaliśmy w ciepłej sali na kolejnych aktach Kabuki. W międzyczasie był lunch ;>
Oczywiście ściemniam jak ostatnia, abstynencja pełna obowiązuje i kabuki jest faaaajne.

Więcej jak wrócę z kolacji (Maiko gotuje! yupppi!) i z Tokio. Całuski i ściski.

trwały link do tego wpisu

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

20 listopad 2005, 13:19| | Komentarze (1)

Wieczorem dnia poprzedniego poszliśmy (moi, Hans, M., Maiko i ?) do prawdziwej, japońskiej sakeba, gdzie przetestowaliśmy co było na składzie, a w rezultacie rano mieliśmy potwornego kaca. Żeby nie było, ilość informacji o sake i shu, jakie wchłonęliśmy, przyda się na zakupach przed kolejną imprezą ^_^ Umeshu to mój osobisty faworyt, przebija śliwowicę.
Właścicielka sakeba miała spore problemy z zapamiętaniem naszych barbarzyńskich imion, więc wkrótce staliśmy się Yo-chan, Ha-chan i Ma-chan. Hyhy.
Jako że wróciliśmy przed trzecią, a wstać trza było o 7 rano, to humory nie dopisywały. Na szczęście w autokarze były wygodne fotele.
Hrrrr......

Pojechaliśmy do Ogano, leżące na wschodnim krańcu prefektury, około 100 kilometrów od Tokio. 1,5 godziny zasłużonego odpoczynku.
Hrrrr......

Jakiś tydzień przed wycieczką rozdano nam streszczenia kabuki, które to streszczenia mieliśmy przeczytać za wczasu, co by na kabuki załapać, co się dzieje. Czas to jednak dobro rzadkie, tak więc czytanie odłożyłam na podróż autokarem. Nie przewidziałam drzemki.
Hrrrr.....

Na szczęście, na miejscu, w czasie przerw między jednym a drugim kabuki można było spokojnie przestudiować streszczenie. Piszę 'przestudiować', nie 'przelecieć wzrokiem', bo w wystawianych kabuki ilość postaci była zatrważająca, a związki między nimi praktycznie nie policzalne. Jeanette zastosowała technikę skanowania tekstu wzrokiem, czego rezultatem było słabieńkie "That's confusing." ^_^.

Pierwszym kabuki był akt 5 z "Koinyobo Somewake Tazuna" ("Ukochana żona trzymająca lejce o wielu kolorach" :] czy coś takiego), "Shigenoi żegna się ze swym synem", w wykonaniu Ogano Kids Kabuki, co oznacza dzieci w wieku 7-12 lat. Jedynymi dorosłymi na scenie był narrator grający na shamisenie i "ludzie, których nie ma" ;>, no ale ich tam przecież nie było.
Gdybym nie wiedziała, że to dzieci, to bym się w życiu nie domyśliła. Grali niesamowicie. Najwyraźniej komisje na konkursach amatorskich podzielały moje zdanie, bo grupa ta wygrała już masę nagród.

Tu pewnie przydałoby się napisać coś o kabuki. Otóż jest to jedna z narodowych form teatralnych Japonii, drugi w hierarchii po no (trzeci jest bunraku). W profesjonalnym kabuki wszystkie role grają mężczyźni. Ci, którzy wcielają się (wyłącznie) w role kobiet, nazywają się onnagata. W amatorskim kabuki, zwłaszcza dziecięcym, mogą grać wszyscy.
Podstawą gry aktorskiej jest formalizm, czyli trzymanie się standardów ustalonych przez poprzedników. Tekst klasycznego kabuki jest równie niezrozumiały dla obcokrajowców, co tubylców. Aktorzy modulują głos w zależności od roli, którą grają i sytuacji, w jakiej się znajdują, a sam tekst napisany jest w języku, którym nikt już dziś nie mówi.
Dlatego japońscy goście też dostali streszczenia. ^_^

Po "Koinyobo Somewake Tazuna" była przerwa na lunch, który przerwała uprzejma prośba do barbarzyńców, o pozowanie do zdjęcia wraz z aktorami z dziecięcego kabuki. W tym kraju to już mnie zupełnie nie dziwi, gapią się, zagadują, proszą o autograf, fotografują.
Oczywiście byliśmy uprzejmi, bo fajnie jest mieć zdjęcie z trupą kabuki.
Reakcja dzieci na nas była standardowa, choć nadal zabawna: otóż gdy tłum fotografów na chwilę zamierał, dzieci odwracały się niczym sprężynki i gapiły z otwartymi buziami na stojących za ich plecami barbarzyńców.
Nawoływania tłumu przywracały je na chwilę do porządku, po sytuacja powtarzała się.
Hue hue hue.

Na dokładkę miejscowego specjału z makaronu (nazwy nie pomnę, ale mam zapisaną) nie starczyło już czasu, rozpoczynało się kolejne kabuki, "Kanadehon Chushingura". Tym razem aktorzy byli dorośli, a kabuki zupełnie nieciekawe, więc część widowni spokojnie ucięła sobie drzemkę.
Na szczęście ten akt do przydługich nie należał.

Teraz można było zakosztować losu aktora w postaci pełnego makijażu i kimona (raczej yukaty, ale nie czepiajmy się drobiazgów ;> ). Uniknęłam losu onnagata i zostałam złodziejem. Nakładanie pudru dużym pędzlem i wcieranie go gigantyczną gąbką to jest to.
Duch fotografa-fanatyka Japończyków chyba nigdy nie opuszcza, nastała więc epoka "Koko de! Koko de!", "Sumajuru" i podobnych. Dość, że obstrykano nas za wszystkie czasy.

Niestety, potem makijaż należało zmyć, bo nie dość, że nie chciał zejść z własnej woli to istniała szansa że zostanie tu na zawsze :]
Demakijaż ssie.

Za godzinę męczarni dostaliśmy po ręczniczku. Takim specjalnym, z nadrukowaną maską.
Po prostu Ogano Special Edition Towel. ;>

I tyle.
Wróciliśmy bezpiecznie mimo jednego przymusowego powrótu. Zgubiona komórka znalazła się w momencie, kiedy autokar dojechał do Ogano.
Doświadczyliśmy też japońskich godzin szczytu, wracaliśmy 2,5 godziny :]

Nadal czuję puder na twarzy.

Obrazkowo

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Dziecięce kabuki i Pan-którego=tu-nia-ma ;>

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Lorraine częstuje wędzoną ośmiornicą ... pięknie dziękuję, nie lubię gumy do żucia ;p

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Foto-seszyn

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Żądny fotografi tłum .... :]

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Druga tura .... spaaaaać.

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

A to już make-up session:

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

Saitama-ken z autostrady.

Festiwal Amatorskiego Kabuki w Ogano

trwały link do tego wpisu

jagaimo no placki

19 listopad 2005, 18:05| | Komentarze (2)

To, o czym zapomniałam wspomnieć we wcześniejszych notkach:

W 7/11 (sieć supermarketów prosto z Hameryki) można nabyć Nouveau Beaujolais, po ichniemu brzmi to ボージョレ・ヌーヴォー.

Otworzyli nowy sklep w okolicy, Rogers (po ichniemu ロヂャース, choć to kolejna sieć z Hameryki). Jest najtańszym źródłem jedzenia w historii mego pobytu, niestety, w historii życia mieszkających tu Japończyków to również źródło najtańsze, w rezultacie w sklepie jest wieczny tłum. Coś jak z otwarcia nowego Media Markt'u: przesuwać można się jedynie BARDZO małymi kroczkami i BARDZO powoli, wraz z całym tłumem.
Pewnie za parę tygodni się to uspokoi, a ceny pójdą w górę :/
W Rogers można nabyć 20 bananów za równowartość 3 złotych. Hyhyhy.

Maraike poszła na basen. Zapłaciła 400 jenów, pokiwała głową po całkowicie niezrozumiałej prelekcji w wykonaniu pani-od-basenu, przebrała się, uderza do basenu. Sekundę później leci za nią pani-od-basenu. Okazuje się że odkryte tatuaże są zakazane i musi swój (na kostce) zakleić specjalnym plasterkiem ^_^
Zakleja, uderza ponownie. Wszyscy goście gapią się na nią bez zażenowania, może dlatego że na japońskich basenach dwuczęściowe kostiumy to nie jest metoda przyjęta. Trudno. Pływa.
Po półgodzinie wszystkich wyrzucają z basenu. Mają 10 minut spędzić na zewnątrz, bo to jest "zdrowe dla ciała". No to spędza.
W międzyczasie zagaduje ją po angielsku jakiś Japończyk. Maraike nie chce go peszyć, odpowiada po japońsku. Na co Japończyk odwraca się i odchodzi ^_^.

Następny raz na basen tylko w tłumie.

Placki ziemniaczane

Dziś wykonałam placki. M. je zmieniła na swoją modłę, ale zdarzył się cud i ich nie popsuła. Obieranie i ścieranie wykonałam sama. Dodawanie czosnku i pieprzenie ;p to sprawka M.

Skład:

Produkcja okazała się wyjątkowo sprawna i prosta, a może ja po prostu mam talent do gotowania? ;>

Zaraz wybywam konwersować po angielsku z (khem, khem) dziewczyną kolesia, którego Hans poznał na koncercie metalowym na MutsumeSai. Ufff. M. też idzie. I Hans też. Chłopak dziewczyny chyba też. ;>

przyszłość

A jutro Kabuki Trip, czyli przejażdzka na festiwal amatorskiego Kabuki w Ogano. Jedziemy świtem bladem, wracamy przed wieczorem.

A w środę: Tokio! Nadchodzimy!

trwały link do tego wpisu

dzień Sądu: game over

18 listopad 2005, 23:24| | Komentarze (3)

Nadszedł dzień Sądu czyli テキストテスト. Przeżyłam, wyniki w poniedziałek.
Jako że grupa A miała test dzień wcześniej to grupowo uznaliśmy że nam się Dzień Wolności NALEŻY. Jako że w piątek mamy zajęcia tylko do lunchu, to paleta rozrywek (do wyboru) obejmowała: obiad w B-Plancie, napełnienie lodówki w Rogers'ie (w Rogers'ie są tłumy, trza poświęcić przynajmniej 1,5 godziny), wycieczkę do Omiya (duża stacja JR, takie miasto w mieście), spotkanie TryMe! i kolację w barze okonomiyaki.

Nabyłam ziemniaki (5 sztuk za 3 złote), ale że nie podesłaliście przepisu, to na razie sobie poleżą :/ Jutro jest Kabuki Trip, więc jeżeli wrócimy przed wieczorem i nie będę zmęczona, to mogę jutro wyprodukować. Więc rodzino - PRZEPISU!

W Rogers'ie można kupić 20 bananów za niecałe 3 złote. Czy banany są zdrowe? Bo mam 20 sztuk ;>

Wieczorem udało nam się dotrzeć na spotkanie TryMe! z 1,3 godzinnym spóźnieniem. Podobno byli tacy, co się nie spóźnili. Poza szefami TryMe, nie zauważyłam.
Do baru okonomiyaki ruszyliśmy dwiema ekipami, jedni rowerowo, drudzy (czyli my) z buta. Fumyo (Okinawa-guy) prowadził na skróty. Przeszliśmy przez bieżnię, ścieżką wzdłuż kortów, error, brama na końcu była zamknięta. BARDZO zamknięta. Zawracamy, idziemy wzdłuż bieżni, w końcu, na rubieżach uniwerku, zastaliśmy ... kolejną zamkniętą bramą. Część sportowa przez bramę przelazła, część asportowa poszła szukać drogi na około. Tak więc z dwóch ekip zrobiły się trzy.
Dotarliśmy na miejsce MIMO tego, że John prowadził ;p, pewnie dlatego, że szło się cały czas prosto.

Zajęliśmy 3 stoliki (każdy jest 4-osobowy) i można było jeść. Fumyo produkował okonomiyaki Hiroshima-fu, robiąc na stole i wokół niego wielki burdel, a przy każdym niepowodzeniu powtarzając "It's alright. It's Hiroshima style" ;>
Okonomiyaki w stylu Hiroshima ma skomplikowaną instrukcję postępowania: najpierw robi się samego naleśnika, potem nakłada na niego wszystkie warzywa, a obok zaczyna się robić sobę (z reguł z jakimś mięsem, myśmy mieli krewetki i ośmiornice). Potem naleśnika z warzywami się odwraca, a po chwili przenosi na makaron. Na zwolnionym miejscu robi się sadzone jajka, a gdy są gotowe, przykrywa się je resztą okonomiyaki.
Teraz pozostaje jeszcze tylko opędzlowanie powierzchni sosem do okonomiyaki, obsypanie wiórkami katsuo i poprawieniem butelką z majonezem i voila! Można pokroić i jeść.
Robienie okonomiyaki to przyjemność równa jego jedzeniu. Jako że zjedliśmy 4 sztuki (różne, z krewetkosami, z eggfish'em, z mochi i z sobą - tylko ta ostatnia to Hiroshima-fu, reszta to "standardowe" okonomiyaki z Osaki), to każdy mógł potrenować umiejętności smarowania stołu tłuszczem, mieszania składników czy krojenia. Phun ^_^

Kiedy w Wa-wie będzie taka restauracja?

PS. Zielona Fanta smakuje dziwnie. Ale jest zielona. Przez większość kolacji trzymałam się jednak Calpis'u, przynajmniej smakuje normalnie. Wieczna dolewka za 190 jenów to jest to ^_^

Około 9 ruszyliśmy z powrotem, obyło się przed większych wypadków.
A potem nastała era Tekken'a 4, którego wraz z Tekkenem 5 i PSP2 sprawiła sobie Connie (właścicielka pokoju z WANNĄ). Padam na twarz, ale Kazuya skopał Ling, hyhy.

trwały link do tego wpisu

Warabi Koukou (High School Visit program)

12 listopad 2005, 12:32| | Komentarze (2)

Nadszedł dzień wizyty w jednej z lokalnych szkół.

Według planu na miejsce mieliśmy dojechać sami, Centrum dało nam pieniądze na podróż i zakupy dla tych, którzy na miejscu mieli gotować.
Jednak sobotnim porankiem przy bramie głównej uniwersytetu czekały na nas dwa samochody z nauczycielami z Warabi Koukou (Liceum w Warabi, 蕨高校 (埼玉県立蕨高等学校)) w roli kierowców, którzy zabrali nas bezpośrednio do szkoły. Jazdy czekała nas prawie godzina, choć Warabi Koukou jest w Południowej Urawie, czyli niedaleko, jak na japońskie standardy. W międzyczasie mogliśmy podziwiać labirynt uliczek Urawa. Na miejscu dostaliśmy fiszki z imionami i ... kapcie. Rozmiar japoński, czyli moja pięta wisiała sobie w powietrzu, a Paul mógł w nich zmieścić wyłącznie palce... Po schodach wchodziliśmy jak paralitycy.
Potem zaczęło się krojenie i szatkowanie, do którego to zadania przydzielono każdemu pomocników w postaci pokaźnej grupy japońskich uczniów.

Gotowanie 8 kilogramów ziemniaków (Maraike robiła sałatkę ziemniaczaną) trochę trwało, w międzyczasie więc można było poinstruować uczniów, które naczynia mają umyć ^_^.

Ekipa do pomocy: stoły Maraike i sałatki ziemniaczanej:

Maraike's 'helpers' :]

Na stole obok Pear i Try robili jakiś tajski kosmos z makaronu, który po ugotowaniu metodycznie maczali w ośmiu różnych miseczkach, by następnie wymieszać go z kolejnymi ośmioma (szczerze mówiąc, to straciłam rachubę) składnikami. Pracochłonne to było co niemiara, więc gdy czas przeznaczony na gotowanie dobiegał końca, wszyscy bezrobotni zostali zatrudnieni do pomocy Tajwańczykom.

Try i Pear rozwiązują zagadkę tajskiej kuchni, Paul się gapi, licząc na resztki.

Pear & Try cook, Paul stares

Pomocnice płuczą makaron.

cooking mayhem

Na kolejnych dwóch stołach Gita robiła samotrzeć 3 (słownie: trzy) nepalskie dania, na kolejnych powstawało danie (bodajże) birmańskie.

Gita za garem.

Gita, the Nepalese

Stoły birmańskie. Koleś robi wszystko, a przysłane zamiast pomocnic gruppies stoją i się usmiechają ;p

Bhirman Cook and his groupies ... helpers, tht is ;p

W końcu jednak nadszedł czas lunchu, na którym dominowała kuchnia międzynarodowa ;), ale i na japońskie potrawy miejsce się znalazło. Misja opchania się jak świnki uwieńczona została sukcesem.

Paul i dzieło Maraike.

Paul and Maraike's jyagaimo no sarada

Maraike i dzieło Maraike.

Maraike ;p

Na zakończenie rozdano plastikowe pojemniki i oficjalnym 「 スタルト 」 rozpoczęto polowanie na resztki, które można było bezpiecznie zabrać do domu. Upolowałam banany. I znowu.
Bananów mam zapas.

Wreszcie nadeszła chwila prezentacji, którą przegadałyśmy (moi und Gita) z siedzącymi obok uczniami, którzy wbrew reklamie byli:

Było wesoło do momentu kiedy nadeszła moja kolej ;>
Wtedy komp się wziął i zbiesił, ale każda nacja rozumie "technical problems".
スピーチ poszedł zadziwiająco dobrze i niedługo potem salę przerobiono na szereg "stoisk", co by każdy barbarzyńca mógł usiąść pod swoją flagą i pogadać z przydzielonymi mu (do towarzystwa ;p ) uczniami, jednocześnie podpisując dziesiątki jednakowych kartek, które, jak się w trakcie okazało, były uczniowskim zadaniem domowym.
Zadanie domowe brzmiało:

Oto kartka z malutkimi flagami. Dorwij (Szanownego) Barbarzyńcę, niech się pod swoją flagą podpisze.
Zalka.

;>
W tym dniu przekroczyłam bezpieczną normę wypowiadanych "Dziękuję" i "Bardzo proszę" ;>

Zaczynało się zmierzchać, gdy wsiadaliśmy do pociągu w Południowej Urawie. Zettai powtórzę HS Visit, gdy będzie kolejna okazja.

PS. Dostaliśmy gratyfikację w postaci paru tysięcy jenów. Mała rzecz, a cieszy.

trwały link do tego wpisu

sprzątanie i czyszczenie

10 listopad 2005, 18:13| | Komentarze (2)

Poprawiłam każdy ze znalezionych błędów, zdjęcia sushi wróciły mna swoje miejsce.
Jeśli ktoś gdzieś znajdzie coś nie tak, b. proszę o info (może być na jabbera, może być w komentarzach, wsio).

Od pewnego czasu walidator w3.org odmawia współpracy, więc wybaczcie ewentualne błędy w kodzie.

Nad subskrypcją komentarzy nie miałam jeszcze kiedy posiedzieć, więc śledzący komentarze nadal muszą się męczyć bez automatycznych maili. Gomene.

Z Japonii:

Ostatnie z nieostrych zdjęcia okazały się być w miarę dobre, gdy tylko im się wymiary poprawiło :)
Voila!

I jeszcze zaległe wpisy:

Z Życia:

Okazuje się że Polacy to okoliczny rarytas, chyba się będe musiała rozczłonkować. :>

W przyszłym tygodniu mam masę testów, więc może się zdarzyć, że zamilknę do 17 listopada. Fear not, wrócę.

trwały link do tego wpisu

W skrócie na dziś i na jutro

9 listopad 2005, 21:40| | Komentarze (2)

1. Wczoraj nabyłam ricecooker'a w miejsce tego, którego musiałam oddać (był pożyczony). Nabyłam najtańszego model - nie ma bajerów, ryż gotuje, mission accomplished.

2. Dziś wykonałam sushi samodzielnie, obyło się bez ofiar.

3. Mam w lodówce jeszcze 5 puszek piwa, mogę się uczyć na środowy test z sieci.

4. W przyszły piątek jest kolejny wielki test z japońskiego, wyć się chce.

5. W sobotę mam High School Visit, pewnie będzie śmiesznie.

6. Spaaaać.


PS. Ale mam zajebisty słownik. Możecie mi zazdrościć.

trwały link do tego wpisu

MutsumeSai znaczy więcej niż festiwal.

8 listopad 2005, 18:11| | Komentarze (3)

3 dni. TYLKO 3 dni. Japońscy studenci wykończeni jako i my, choć myśmy nie pracowali fizycznie ;>

Zaczęło się niewinnie, piątkową imprezą u Joe'go, która przeszła do historii nowożytnej z zaszczytnym pierwszym miejscem na liście najbardziej udanych imprez. Przeprowadzono dowód empiryczny, że w jednym I-House'owym pokoju zmieści się 40 osób, po czym impreza zakończyła się ;>

Potem nastały dni syte: większość głównej ulicy kampusu obstawiono budkami, z których członkowie kolejnych klubów zachęcali do nabycia tego, co aktualnie posiadali w swej ofercie. W ciągu trzech dni opchałam się czym mogłam: koreańskimi naleśnikami, "gulaszem" z Okinawy, takoyaki, sobą, okonomiyaki (dwoma ... a co!) i stosem ciastek z czerwoną fasolą. Mniaaaam.
Zaliczyliśmy koncerty (ich zespoły pół-metalowe są całkiem całkiem, zwłaszcza jak mocno podbiją basy ^_^), szereg barów i kafej, w które zamieniono sale i pokazy grupy gimnastycznej.
W czasie pokazu panienki biegały z piłkami, wstążkami i takimi tam, przykładnie zaliczając po jednym upadku czy potknięciu. Bosh. Na koniec zrobiły pokaz do muzyczki z Touch. Huehuehue.

We wtorek trzeźwieliśmy.

MutsumeSai fotoseszyn

Tu się szybko robi ciemno.
Główny plac kampusu i rzut na część budek. Najbardziej z prawej budka klubu kyudo (japońskie łucznictwo, hałaśliwe niezmiernie), w której serwowano mochi, japońskie ciastka ryżowe.

MutsumeSai

Ja i Marie, opychamy się okonomiyaki (teraz już wiemy, że to Hiroshima-fu ;p), sobą (there's no such thing as too much soba) i ciastkami z czerwoną fasolą. Mniam.

MutsumeSai

A to już DiscoCafe, muza beznadziejna, ale drinki dobre. Aktualnie testujemy mleko+sake+cukier+lód. Oishii.

MutsumeSai

TakeOut-dekimasu!
Nie pobiło "What the fuck desu yo?!", ale jest blisko.

MutsumeSai

I jak to się tak złoży, to o tak będzie ....
Drinkujemy dalej, w ramach "trza-spróbować-maksymalnie-dużej-gamy-przetworów-z-ryżu". Melon z wódką jest interesujący. Zima też. A przecież taniej byłoby wódkę ze spritem wymieszać ;p

MutsumeSai

A to już legendarne fish-shaped-red-bean-cake (troszkę zmechrane), którego zjadłam sztuk 3, a gdy stoisko zamknięto, przeniosłam się na wersję okrągłą. Pyyyszne.

MutsumeSai

I z powrotem w DiscoCafe, tym razem również disco.

MutsumeSai MutsumeSai MutsumeSai

Chciałabym móc napisać: Do zobaczenia za rok!

Modliszka

W międzyczasie Office zarządził sprzątanie rowerów, których w okolicy I-House'ów była już dzika horda.
Plan był prosty, więc nie zajął wiele czasu: wszystkie rowery bez naklejki rejestracyjnej uznano za porzucone i ustawiono w dwóch równiutkich liniach na placu dla dużych śmieci. Jako że ekipa zbierająca duże śmieci przyjeżdza raz w miesiącu, rowerki sobie stały i czekały. Wtedy narodził się pomysł ogołocenia owych rowerów z kilku części, które w naszych rumakach szwankują zwględnie nie wsytępują. M. poszła więc wywiedzieć się w tej kwestii w Office. Odpowiedź była iście japońska: "Soooooo. Sooo. Sooooooooooo.".
Czyli róbta co chceta, ale my o niczym nie wiemy.
Odkręciłyśmy więc 2 lampki, co do których upewniłyśmy się wcześniej, że działają (moje dynamo dyma się, a nie pracuje, a rower M. to skamielina) oraz dzwonek "na zapas" ;>
Okręciłyśmy też koszyk na bagażnik, ale 2 dni później M. kupiła sobie nowy w sklepie, więc w sumie robota na marne.
Dla ciekawych: do tej pory nie posiedziałam nad łańcuchem, ale chyba mu się poprawiło. Jest już raczje chłodno, a najcieplejsze godziny spędzam w szkole, więc nie bardzo kiedy mam się tym zająć.
Mój dzwonek odchamiał więc zapasowy wożę w koszyku ^_^
A przy lampkach poległam, ponieważ przykręcone są potwornie mocno, a śruby są bardzo miękkie i przy przyłożeniu większej siły wyłącznie się niszczą :/ Póki nie zdobędę jakiegoś lepszego narzędzia od śrubokręta, lapmki również będą jeździły w koszyku.

Siedziała sobie na rowerze. Dużo ich tutaj. Są zielone i brązowe.
Chyba są nie groźne i chyba nie latają.

MutsumeSai: modliszka

Podsumowując:

Dlaczego szkolny festiwal jest tylko raz do roku?!

trwały link do tego wpisu

szkoła sushienia

4 listopad 2005, 17:40| | Komentarze (7)

Jeszcze w zeszły weekend nastała Era Szkoły Sushienia, ale jakoś wczesniej nie miałam okazji się podzielić.

M. nabyła matkę do sushi (i ja od dziś takową mam, hyhy), no to trza ją było wypróbować.

Przedmioty potrzebne do szczęścia:

Przepis na omelet zawijany:

Potrzebne:

Metoda postępowania jest prosta: wszystko wymieszać w misce za pomocą trzepaczki, trzepiąc energicznie, co by się zrobiło w miarę jednolite bagno.
Rozgrzać olej na patelni, wylać na patelnię cienką warstwę przyszłego-omeleta (nie wszystko!). Gdy się pi-razy-drzwi zetnie, zwinąć powstałe dzieło w rulonik i przesunąć na skraj patelni. Na zwolnione miejsce wylać kolejną część przyszłego-omeleta, co by się zrosło z tym już gotowym.
I znowy zwinąć. I tak w kółko, póki jest czego dolewać.

Omelet pycha, dziś takowego z ryżem zjadłam ^_^.

Na potrzeby sushi przepis się nie zmienia, zmienia sie jednak technika, bo potrzebny jest jeden, duży, płaski omelet, a nie rulonik, więc się nic nie zawija.

No dobra.

Na matce trza ułożyć kartkę nori, zmoczyć ręce (ręce, nie nori :>), i ułożyć równą warstwę ryżu tak pi-razy drzwi na połowie kartki.

sushi making 1

Ma być równo, bo się potem ładnie nie zwinie względnie zacznie się nagle zapadać.

Teraz trza przez środek ryżu narysować CIENKĄ (o mamusiu, no mówię przeca, że CIENKĄ) linię wasabi. CIENKĄ albo będzie piekło ;>

Teraz trza to zasypać ziarnem sezamowym. Trochu wystarczy, to nie sztuka układania chodników.

Na środku trza ułożyć ogórkowy pręcik, pasek łosia i pasek omeleta.
Jak na obrazku poniżej:

sushi making 2

No i teraz zaczyna się zabawa. Trza to zwinąć.

Powodzenia.








Trza palcami przytrzymać zawartość i jak najciaśniej całość zwinąć, przyciskąjąc matkę.
Jak już się uda uwięzić zawartość, to trza porządnie przeturlać sushi, co by się w całe nori zawinęło. Tylko ciaśniutko, ciaśniutko.

sushi making 3

Efekt:

sushi making 4

Potem już trza całość pokroić na kawałki (a "dupki" można zjeść) i gotowe.

sushi making 5

Mam już wszystkie składniki, więc w weekend (4 dni wolnego, bo tu od jutra jest szkolny festiwal, MutsumeSai) mam nadzieję powtórzyć powyższe już bez nadzoru M.

Smacznego. Wiecej nie będzie, bo zaraz idę na imprezę :] Trza wypocząć przed weekendem ^_^

trwały link do tego wpisu

Tokio3: Tylko dla kobiet.

3 listopad 2005, 23:48| | Komentarze (5)

Wyprawa to była wielka, bo i okoliczności przyrody były niezwykłe. Urządziłyśmy sobie własny Dzień Dziecka: w perspektywie miałyśmy Akihabarę (yuppi ya yey) i zakupy słownikowo-laptopowe, a potem sklep z zabawkami na Harajuku.

Na Akihabara okazji do zdjęć nie było, byłam zbyt zajęta oglądaniem WSZYSTKIEGO.
Meiji-jingu lubi mój aparacik, więc jasne, że się załapała:

Meiji-jingu, Harajuku

Bieresz trzych mnichów w ręcach mocarnych ....

Tokio3: Akihabara, Harajuku

... i każesz im układać kwiaty ;p
Wystawa ikebany w Świątyni Meiji:

Tokio3: Akihabara, Harajuku
Tokio3: Akihabara, Harajuku

Główny dziedziniec, pełno turystów, Japończyków i ślubów ...

Tokio3: Akihabara, Harajuku
Tokio3: Akihabara, Harajuku
Tokio3: Akihabara, Harajuku

Zdjęć z Kiddylandu nie ma, byłam zajęta ^_^

Harajuku nocą:

Tokio3: Akihabara, Harajuku

A to wirtualna notatka: Do 4 grudnia w Muzeum Narodowym jest wystawa drzeworytów Hokusai'a. Zettai pójdziemy.

Tokio3: Akihabara, Harajuku

For Women Only

Idea szlachetna, ale podobno bratni naród ma ją w głębokim poważaniu.

Wagony tylko-dla-kobiet kursują w składach na linii JR Saikyo (Saitama-Tokio), która rokrocznie notuje najwięcej zgłoszeń od molestowanych w pociągach kobiet.
W określonych godzinach (7:30-9:30) wagonik z różowymi naklejkami robi się "onna-dake".
Jako że wracałyśmy późno wieczorem, panowie bli w owym wagonie całkowicie legalnie. Ale nie mogłam się powstrzymać ^_^

Tokio3: Akihabara, Harajuku
Tokio3: Akihabara, Harajuku
Tokio3: Akihabara, Harajuku
Tokio3: Akihabara, Harajuku

I to już wszystko.

trwały link do tego wpisu

Canon wordtank V80

3 listopad 2005, 22:18| | Komentarze (2)

Mój wordtank w natarciu.

czyli czas na action shots ;).

Słownik w pełnej okazałości, razem z futerałem i charmem, Hello Kitty z Akiba. A co!

Canon wordtank V80

Działa.
Wpisujesz kolejne sylaby, a on szuka.
I szuka.
Aż znajdzie.
Na zdjęciu Genius, słownik japońsko-angielski.

my denshijishou in action!

Rozpoznawanie pisma ręcznego w Kanji-gen, słowniku kanji.
Trochę rozrywki nikomu nie zaszkodziło ;)

Kanji recognition ... eat that!

I telefoniczny charm, Hello Kitty z tokijskiego Elektronicznego Miasta, Akihabary.

Akiba Hello Kitty

Bez słownika życie traci sensu smak.... czy coś takiego.

trwały link do tego wpisu

Tokio3: Akihabara, Harajuku

3 listopad 2005, 22:14| | Komentarze (11)

Dziś święto narodowe, więc pojechałyśmy precz.

W Akihabarze nabyłam moje cudo, denshi jisho, Canon made in China. Jako że kosztował mnie 3 many, do końca miesiąca głoduję. Za to mogę sobie teraz rysikiem kanji rysować. ^_^

W Akihabarze spotkałyśmy się ze znajomymi M., fellow japonistami (2 males, 1 female) i ich znajomą Japonką. Wykonaliśmy rajd po sklepach w poszukiwaniu notebooka, który zakończył się szczęśliwie, mimo że nowy nabytek nie ma WiFi.

W międzyczasie moja lista "Wanted." powiększyła się 2-krotnie. iPodNano jest cudny....
Maszyny do takoyaki z Hello Kitty nie znalazłam, ale nie tracę nadziei.

Potem pojechaliśmy do Harajuku, wepchaliśmy w siebie tyle sushi, ile wlezie (Sushi-Kaiten uzależnia.... to jest jak gra sportowa ;> ) i rozstaliśmy.

Jako że dziś jest święto, to poszłyśmy na wszelki wypadek do świątyni Meiji, licząć na hordy Japończyków w kimonach. Hord nie było, ale co zobaczyłyśmy, to nasze ;).

A potem nadszedł czas na .... sklep z zabawkami! Jako że nie wiedziałam dokładnie, gdzie on jest, to spacer-w-poszukiwaniu trochę nam zajął, zwiedziłyśmy więc mimowolnie kręte zaułki Harajuku. Ale w końcu się znalazł, szczęście że 7-piętrowe budynki to nie ułomki.

7 pięter zabawek. Mój wish list spęczniał, na szczęście stan portfela pozwalał tylko na jedną głupotkę, wybór padł na HelloKitty z Akihabary, w sam ram do przytroczenia do słownika. ^_^

Bosh, jak mnie nogi nap.... bolą. Ledwo dojechałyśmy do akademika (rowery już tradycyjnie parkujemy nielegalnie pod płotkiem stacji Minami Ono.). Ale mam fajny słownik hyhyhy.
Więcej o moim denshi jisho.

Dobranoc.

trwały link do tego wpisu

kompiutaa netuworku

2 listopad 2005, 22:14| | Komentarze (10)

W mojej klasie komputerowej są sami faceci. W budynku informatyki, jeżeli spotykam jakąś dziewczynę, to jest to na 100% Hinduska. Dziwny Świat.
Prowadzący spóźnia się regularnie, a potem zaczyna rytuał wybierania odpowiedniego stolika pod laptopa, ustawiania i podłączania laptopa, w końcu szukania kijka do ekranu i ściągania rzeczonego ekranu. Ufff.
Studenci spóźniają się nawet 20 minut, inni potrafią spokojnie wyjść w trakcie wykładu na zakupy, przynieść sobie jedzenie i konsumować już na wykładzie. Ci, którzy się nie ruszają, są zbyt pochłonięci czytaniem mang bądź książek, żeby iść gdziekolwiek.

Dziś na wykładzie tradycyjne pitupitu, ale nagle dostaję kartkę z rubryczkami. Que passa? Okazało się, że to jest kartkówka. Mamy opisać protokoły, które znamy. Czad. Piszę.

Piszę

Już nie piszę. Długopis mi się wypisał.

Spoooko, pożyczę od Japończyków, którzy obok piszą kartkówkę grupowo, głowiąc się nad każdym słowem. Sumimasen, pen o kashite kudasai. Japończycy zaczynają ciężko oddychać. Pen? Enpitsu? Could you please borrow me a pen?! ... Pokazuję, że mój długopis nie pisze. Pojęli.

Otrzymanym ołówkiem zapisuję kolejne definicje, podczas gdy właściciel mojego ołówka pakuje się i wstaje. Staje. Stoi za mną i czeka na ołówek. Pewnie tam dygocze za moim plecami. Bosh.
A szlag by to, no. Mam 4 definicje, Japończyk pewnie zaraz zejdzie, bo nie dość że mam jego ołówek to i definicji mam 2 razy tyle co on, choć ich było pięciu, a ja jedna. Olewam. Oddaję ołówek i dziękuję, uradowany Japończyk zdoła nawet wydusić You are welcome., czym zyska sobie owację kolegów.

Oddaję kartkówkę, bo już nie mam czym jej dalej pisać. Wykładowca też jest przerażony, więc czym prędzej się oddalam. Uffff.

Za to jutro jest święto narodowe, jedziemy do Tokio!

Obiecałam zdjęcia PoiPoi'a w akcji. Oto one:

PoiPoi PoiPoi

Gdyby ktoś się pytał, to w środku jest 6 gokiburi. Tuptuptup.

I jeszcze mój pokój po 3 tygodniach:

mój pokój

I jeszcze moja SŁAWNA już łazienka, metr na pół metra czy coś około tego.

łazienka łazienka łazienka

I jeszcze zdjęcie z początku zeszłego tygodnia, pierwsza i dotychczas jedyna napotkana japońska mgła:

widok z okna

trwały link do tego wpisu