« listopad 2005 | strona główna | styczeń 2006 »

よいお年!

31 grudzień 2005, 17:09| | Komentarze (8)

Od wczoraj mamy gości w osobach wielce żertych Lidki i Tatiany. Nie robią nic prócz wyjadania zapasów, zajmowania WIĘKSZEJ połowy łóżka i zajmowania sprzętów niezbędnych do życia czyli komputera i konsolki. Tragedia.
Teraz Lidka robi naleśniki. Takie z kosmosu, nie z torebki z proszku ;> Z mąki ziemniaczanej. :]
Do tej pory udało nam się DOKŁADNIE NIC NIE robić (Chyba że 3-godzinne łupanie w Bleacha można zaliczyć do konstruktywnego spędzania czasu. Ale nadal nie odblokowałyśmy Renjiego, więc nie wiem, czy to było konstruktywne.)

Tu muszę uściślić: WIĘKSZĄ połowę łożka zajmowały Lidka i M-chan, całkiem niesłusznie zwana drobinką. Żeby w pełni zilustrować tragedię naszego położenia, wspomnę tylko o jednym z WIELU nieszczęśliwych epizodów ubiegłej nocy. Otóż w pewnym momencie nie byłam w stanie przewrócić się na plecy, bo mi się biodra nie mieściły się na przestrzeni, którą wspaniałomyślnie zostawiła mi Lidka.
Phun.

Naleśniki nie wyszły, ale jest maca.
Cud.

Plany wieczorową porą: pre-party i walka Nastuli (to Polak, judoka, znany jakiś, a te mózgi z Tsukuby nie wzięły wejściówek, choć to U NAS się odbywa, w Saitama Super Arena :]
To, czyli Pride, sylwestrowe łubudubu.

A potem do Tokio, do dzielnicy bambusów.

Ruszamy o 9:30. O północy w Tokio Tower są fajerwerki i spadająca kula ....

Szczęśliwego, nowego, pod Psem.
Do usłyszenia PO.

trwały link do tego wpisu

krótko

29 grudzień 2005, 14:13| | Komentarze (0)

Dołożyłam kilka zdjęć.
Jutro przyjeżdzają goście.
Idziemy oglądać iluminację w Tokio.
Ale najpier Simsy.
Pozdrawlaju.

trwały link do tego wpisu

tam-tara-ram-tam-tam

26 grudzień 2005, 1:20| | Komentarze (8)

Zlikwidowałam problem z datą. Wreszcie niedziela niedzielą jest.
Nie ma to jak dzień wolny, wszystko na spokojnie daje się napisać :)

Na froncie japońskim zmiany niewielkie, opycham się makowcem (w perspektywie mam jeszcze sporą część krakowskiej suchej, tę, której M. nie zużyje na bigos..... czyli większość ^_^), oglądam filmy ("Torch Song Trilogy", trochę spóźnione, bo o Święcie Dziękczynienia, "What's Cooking", "Batman Begins", "Being Here"), czytam komiksy, bo świątęczna książka już się skończyła, a jakoś nie ma ochoty na podręczniki :], i ogólnie nie robię nic konstruktywnego.
Jutro się ruszę ....

Przerzuciłam zdjęcia z telefonu na komputer: miałam tam świąteczne perełki w postaci Mikołaja z Omiya i mojej kolacji wigilijnej, ale wrzucę je tu dopiero jutro. Tzn dziś, ale za jakieś 8 godzin.

PS. Maiko zaprosiła nas na Nowy Rok do Fukushimy. Still thinkin'

PS2. Mój sąsiad znowu hałasuje. Chyba po raz kolejny będę mu musiała zademonstrować MOC moich głośników.
Nie wspominałam, że mam głośniki?
Mam.
Jutro....

trwały link do tego wpisu

merry kurisumasu

24 grudzień 2005, 23:56| | Komentarze (7)

Jak już wspominałam, dziś wieczorem miałyśmy wsiąść w nocny autobus i pojechać w kierunku zachodzącego słońca, czyli do Nary.
Jeszcze dziś o poranku plan na dzisiaj kształtował się następująco:
spakować się
wyłączyć lodówkę
wsiąść do autobusu i pograć na PSP ;>

Niestety, w Nagoya trwa zmasowany atak śniegu i w rezultacie nasz autobus został skasowany. Grrr. No nic, pojechałyśmy do Minami Yono, co by popytać, czy aby na pewno wycieczka skasowana, czy są bilety na jutro, względnie odebrać forsę za bilety.
"Zielone okienko" owszem, było, ale obsługujące wyłącznie JR (a my miałyśmy bilety na JBT). Dowiedziałyśmy się, że najbliższe biuro JTB jest w Omiya, a podobno także w leżącej znacznie bliżej Północnej Urawie. Jako że "podobno" nie było zbyt zachęcające, zostawiłyśmy rowery w Kita Yono i pojechałyśmy pociągiem do Omiya, największego z trzech miast, tworzących współczesną Saitamę.

Na wielkim dworcu Omiya dziki tłum Japończyków oddawał się najnowszemu szaleństwu, czyli szaleńczym zakupom świątecznym.
Potem już tylko obowiązkowa porcja kurczaka na wynos, japońskiego dania na kurisumasu. KFC przeżywało prawdziwe oblężenie, do tego stopnia, że przed drzwiami ustawiono specjalny stół, przy którym kilka panienek z obsługi w obowiązkowych czerwonych czapeczkach (choroba czerwonych czapeczek to taka komercyjna ptasia grypa) zbierały zamówienia, przekazywały do kolejnej grupy panienek, które w oddzielonej specjalnie na tę okazję części restauracji montowały świąteczne kubły i pudła, ładowały doń fragmenty martwego kurczęcia, obwiązywały zestawem świątecznych wstążek i podawały panienkom przy stole. Szło to całkiem sprawnie, ale klienci nie byli by Japończykami, gdyby się i tka w równiutką kolejkę nie ustawili.
Heh.

Tuż za KFC znalazłyśmy animate. Dla tych, którzy nietutejsi: to sieć sklepów dla fanów anime. Sprzedają tam DVD i gażdzety związane z kolejnymi serialami. W Akihabara animate ma 8 pięter. Ten był skromniejszy, zaledwie 1 pięterko, ale nadrabiał ilością półek, czytaj: ledwo się dawało po sklepie przemieszczać.

No ale wracając do biletu: biuro JBT znalazło się w pobliskim domu handlowym, na opuszczonym 8 piętrze. Dzięki wam, bogowie, za schody ruchome i windy.
Po 10 minutach w biurze sytuacja malowała się następująco: autobus do Nary nie pojedzie ani dziś, ani jutro, bo śnieg. Możemy jechać shinkansenem, który ma to do siebie, że jest potwornie drogi, zwłaszcza jak się kupuje bilet na dzień przed podróżą. No i figa. NIE JEDZIEMY do Nary.

Na nic nabycie materaca (co by Kuba miał gdzie spać, gdy my będziemy okupować jego łóżko), opróżnienie lodówki (w perspektywie czekały nas jeszcze gigantyczne zakupy spożywcze) i zaplanowanie wypadów to tu, to tam.
Siedzimy na 4 literach w akademiku.
Ech.

Na pocieszenie zrobiłyśmy rundkę po BookOff'ach, za które Japonia powinna dostać Nobla (zaraz po Noblu za automaty z napojami na każdym metrze kwadratowym i tym za system komunikacji publicznej).
W BookOff'ach sprzedaje się używane książki, płyty i gry. M. obławia się w każdym, ja z reguły bezskutecznie poszukuję jakiejś normalnej muzy albo (tu już z większym szczęściem) jakiegoś komiksu, który jestem w stanie przeczytać.
Dziś jednak szczęście w nieszczęściu nam sprzyjało: w obu odwiedzonych BookOff'ach mieli fajną muzę, szkoda że ceny były mniej fajne (upatrzony album “Rhapsody” kosztował prawie 2400 jenów ..... bueee). M. wyniosła stos książek, ja 2 komiksy, a po zakupach żywieniowych można już było wracać na stare śmiecie.

Zostanę królową, zostanę królową...

Prezenty od rodziny rozpakowałam już wczoraj, bo mi pozwolili ^_^ (a ja przewidywałam, że dziś, w szale pakowania, nie będę mieć czasu na spokojne napawanie się prezentami).
Nową książkę Bruczkowskiego już praktycznie skończyłam. Słabsza od “Bezsenności”, i dosyć monotonna dla kogoś takiego jak ja, kto o muzyce nie ma i nie chce mieć pojęcia, ale (szkoda że tak rzadkie) wstawki o Singapurze super, zwłaszcza że zgadzają się dokładnie z tym, o czym opowiada Lorraine :)
Na jutro mam odłożonego drugiego makowca i "Pierścień i Różę".
No i jeszcze dostałam od M. Gundam'a. ZGMF-X20A Strike Freedom Gundam ŚŚŚŚŚlllliczny jest.
Model Gundam'a do złożenia,j jakby się ktoś pytał.

HG Strike Freedom Gundam

Dziś na kolację była soba. A teraz sobie poczytam.

Zdjęcia robione komórką, więc litości.

Omiya: 24 grudnia

Baby, the Stars Shine Bright
Black Peace Now
Cocolulu
SightBolgo ....
Engrisz rulez ....

Omiya: 24 grudnia

Mikołaj był Japończykiem, barany. M. nie wie, czy na Hokkaido są renifery, ale są konie.

Omiya: 24 grudnia

Kolacja wigilijna RAZ

24 grudnia: kolacja wigilijna
24 grudnia: kolacja wigilijna

trwały link do tego wpisu

telefon

21 grudzień 2005, 22:42| | Komentarze (1)

Od tygodnia mam telefon.
Mimo że nadal twierdzę, że lepiej się żyje bez komórki, to jednak okoliczności sprawiły, że i ja sprawiłam sobie 携帯電話 (keitai denwa, telefon komórkowy) :].
Jest biały, a nie różowy, ale poza tym ma standardowy pakiet funkcji przeciętnego telefonu komórkowego japońskiej nastolatki: duży (DUŻY), kolorowy wyświetlacz, wymienne obudowy, aparat fotograficzny (filmy z dźwiękiem też kręci), tuner TV, czytnik kodów kreskowych, port podczerwieni, GPS, animowane menu do wyboru i słownik japoński. Jako że to jest telefon także dla barbarzyńców, to jest też angielskie menu.

Potrafię wysłać maila. I chwatit.

Telefon jest w systemie CDMA, więc poza Japonią może służyć jako przycisk do papieru. Ten model w sieci au zwie się Sony Ericson A1402S II, ale co sieć, to inny numer, więc ciężko się połapać.
Swego czasu był najmniejszym telefonem z taką ilością funkcji, jaką oferuje. Teraz już jest na telefonicznej emeryturze i można go nabyć (wraz z rocznym cyrografem na usługi au) za 1 jena.

Największą radością jest japońska odmiana słownika znanego u nas jako T9, która w przypadku języka japońskiego sprawdza się niezmiernie: wpisujesz sylabę (w kanie) i masz czasownik nie tylko w formie słownikowej, ale i po odmieniany dla wygody, co by nie trza było dodatkowych guziczków wciskać.
Czad.

W sobotę w nocy jedziemy do Nary. Atmosferę świąteczną stanowią puszczane wszędzie (i bardzo głośno) amerykańskie piosenki świąteczne i wywieszone gdzie nie gdzie świąteczne dekoracje (królują potworne, podświetlane bałwany)... Ruszamy z Omiya parę minut przed 22, w Narze będziemy o 7 rano.

W poniedziałek był ostatni w tym roku test, tym razem z kanji. Zaczynają ostrzej oceniać .... czepiają się już nie tylko haczyków, ale i kształtu całego krzaczka. No bywa. Motto ganbatte, ne.

Dla tych, co słabują..

Od tygodnia mamy też nowy podręcznik do japońskiego. Dwu tomowe wydawnictwo zwie się wdzięcznie "Dla tych, którzy są słabi w gramatyce" (文法が弱いあなたへ, Bunpou ga Yowai Anata e) i "Dla tych, którzy są słabi w listeningu" (聴解が弱いあなたへ, Choukai ga Yowai Anata e).
Dla oszczędności ochrzciliśmy je "For those who sucks".

Podręcznik do listeningu jest prosty, tyle że pojawiają się słowa z poziomu średnio zaawansowanego, więc cała filozofia to je sprawdzić w słowniku i zapamiętać (albo i nie).
Gorzej jest z “Bunpou ga Yowai”, który furiganę (czytanie kanji, drukowane nad znakiem) stosuje oszczędnie, zakładając że czytelnik pewną ilość krzaków już zna. Rozbieżności między moją klasą a podręcznika występują na linii definiującej "pewną ilość". My jesteśmy na etapie 250 znaków (co ze złożeniami daje ponad 700 czytań), a podręcznik wymaga 2x tyle :]

Uff, jak dobrze, że już niedługo wolne.

trwały link do tego wpisu

there's nought so queer

18 grudzień 2005, 19:20| | Komentarze (8)

Tak się zaczęło:

Well, alright...
How ya'll feelin' tonight?
Ya'll feelin' good?
Well you know... I'm feelin' mighty good tonight...
But you see baby... it's a little hot in here...
In more ways than one...

A tak skończyło:

Still so many answers I don't know (there are so many answers)
Realise that to question is how we grow (to question is to grow)
So I step out of the ordinary
I can feel my soul ascending
I'm on my way
Can't stop me now
And you can do the same (yeah)
What have you done today to make you feel proud?

Wakacjowałam przez pół dnia, oglądając ostatni sezon QAF. No i się skończyło. Głupia sprawa, w moim wieku przywiązywać się do soap-opery, no ale cóż ja na to poradzę ...
Co ja teraz będę oglądać?!

Gorący prysznic i heavymetalradio, the loudest room in the I-House (mam nowe głośniki! yoohooo) nastrój poprawiły, ale nadal czegoś brak.

Co teraz?

trwały link do tego wpisu

konsolka

15 grudzień 2005, 23:03| | Komentarze (4)

Konsolka PSP w całej okazałości

PSP nabyłam 2 tygodnie temu, ale wiecie jak to jest z moim brakiem czasu: głównie go nie brakuje.

Przenośną konsolę do gier posiadać chciałam od zawsze, choć pierwotnie chodziło mi o GameBoy'a ;> Tu, w Japonii, konsolki są 2-3 razy tańsze niż w Europie, więc nawet moje skromne stypendium pozwalało na sprezentowanie sobie prezentu.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym wcześniej nie wykonała sercza, by kupić to co trzeba, a nie to, co się da.

Na zakupy wybraliśmy się w trójkę, moi, Connie i Loan, nasz I-House'owy specjalista od gier. Przeszliśmy Akihabarę wzdłuż i wszerz, szerząc terror na ziemiach, na których stopa nigdy wcześniej nie postała, a w końcu wiedzieliśmy jedno: nowej konsoli z poszukiwanym przeze mnie firmware'em 2.0 (lub niższym) w Tokio nie dostanę.
PSP schodzi tu jak świeże bułeczki, więc w oferowanych zestawach, "Value Pack'ach" był firmware 2.1, a w "Giga Pack'ach" (świeżo po premierze!) już wyłącznie firmware 2.5 (powinni go nazwać mallware ;> ).
Sony PSP sprzedawane jest w systemie popularnym w Japonii, czyli nie-wiesz-na-co--nie-otworzysz-pudełka. W rezultacie nawet tam, gdzie istniała śladowa szansa, że uchowały się jakieś "stare" pokłady PSP z poprawnym firmware'ami, nie można było tego przed zakupem sprawdzić.
Jeden ze sprzedawców był nawet tak miły, że zadzwonił do biura Sony, by zapytać, jaki firmware ma partia PSP w jego sklepie. Niestety, świeżutki towar nie pozostawiał złudzeń: tylko 2.1.

Goh.
W końcu zniechęcenie wzięło nad nami górę i trza się było ratować wizytą w pobliskim Sega Store: 7 piętrowym salonie gier, pełnym automatów i ufo-catchers.
Pomogło.
Loan musiał nas opuścić, arbaito jest bezlitosna, a myśmy podążyły w głąb kolejnych nie zbadanych obszarów.
I stało się!
Wciśnięty między 2 "różowe" sklepy był kolejny sklepik tylko-i-wyłącznie-konsole. Wąziutkie schodki prowadziły do wcale przestronnego, 2-piętrowego salonu, w którym już na przeciwko schodów waliła po oczach gablotka z odświeżanymi konsolami. Odświeżanie to tu praktyka normalna, lepiej coś sprzedać po raz drugi niż ponosić koszty recyklingu, który bardzo często obciąża wyłącznie producenta.
I były. Cała gromadka. Do wyboru, do koloru, białe, czarne, 1.52, 2.0, mniej, bardziej lub wcale nie porysowane.
Jako że byłam już mentalnie przygotowana na każdą opcję w drodze do downgrade'a na firmware 1.50, wybrałam konsolkę najpiękniejszą: nie porysowaną i bez brakujących elementów (odświeżanie obejmuje wymianę baterii, sprawdzenie wnętrzności i dołożenie nowych gadżetów, obudową i ekranem nikt się nie zajmuje).
Niecałe 2 many później konsolka była moja.
Pozostawało nabyć "AI iGO", jedyny port go na PSP i można było wracać do domu, zaliczywszy oczywiście odpowiednią ilość przydrożnych sklepów z zabawkami ^_^

Downgrade przeszedł bez zakłóceń, teraz więc mogę piratować rpg'i, które tu w Japonii są w każdym sklepie w normalnej cenie, ale niestety, bez furigany.
Pozostaje jeszcze obłaskawienie naszej sieci bez przewodowej i możemy grać grupowo.... ^_^

Kilka dni później dokupiłam do mojej zabaweczki 1-gigową kartę pamięci (niestety, wyłącznie Sony Memory Stick Duo, czyli wewnętrzny standard Sony) i kabelek USB, i teraz już żadna podróż pociągiem nie jest mi straszna ;>

zawartość Value Pack'a: konsola, etui, ładowarka i kabel, bateria, karta pamięci, pasek, słuchawki, konsolka

Konsolka w punktach technicznych:

Dodali mi do niej:

Downgrade z 2.0 na 1.5 pozbawił mnie przeglądarki internetowej (oferowanej dopiero od firmware'u 2.0), ale bój się nic, zassie się coś homebrew i będzie jak nowa.

2 tygodnie później gadżet został wzbogacony o obudowę z prawdziwego zdarzenia, Logitech® PlayGear Pocket™ i folię ochronną, taką co się praktycznie sama nakleja i czyści. Miałam punkty do wydania w pobliskim sklepie elektronicznym, to co se miałam odmawiać ^_^
Dodali nawet niebieską szmatkę do przecierania całości ^_^

trwały link do tego wpisu

O tym, jak pojechaliśmy na wieś i co się wydarzyło

11 grudzień 2005, 18:35| | Komentarze (3)

W piątek wieczorem pojechaliśmy do Tsukuby.

Cel: Pojechaliśmy na przyjęcie urodzinowe dla rzeszy ludzi, którzy nie mieli nic lepszego do roboty, tylko urodzić się w zbliżonych terminach, choć nie koniecznie w tych samych latach.

Pierwotnie mieliśmy ruszyć z Shibuya, gdzie się umówiłyśmy się z Kentaro i Witem. Figa, zdarzył się jakiś wypadek i część linii nie kursowała albo kursowała RZADKO. Czas is preciousssss, więc podjechaliśmy do Akihabara i stamtąd wykosztowaliśmy się na pioruńsko drogi ekspres do Tsukuby. Ekspres jest drugim najszybszym w Japonii, pędzi sobie 130 km/h przez 20 stacji, i dojeżdza do Tsukuby w 45 minut. Cała linia jest w pełni zautomatyzowana, więc do obsługi pociągu potrzebna jest jedna osoba. I jeszcze jedno! W trakcie wycieczki pociąg przechodzi z napięcia prądu stałego na zmienne! Phun!

W expresie tłum dziki, a my nieszczęśni całą trasę musieliśmy przejechać, bo jak wiadomo, Tsukuba leży na końcu świata.
Tsukuby cechy wspólne z Saitamą: nazwa w hiraganie i nie chlubnie brzmiące przezwisko (na Saitamę mówią DaiSaitama -- "okropna Saitama"), w tym przypadku: Chibaragi - zlepek dźwięków z nazw wszystkich trzech prefektur, bo jako wiochy nie zasługują na odrębne nazwy :].
Więc tak jak Saitama jest mocno nie fajna i ogólnie nie jazzy, to Ibaraki, Chiba i Tochigi to jedna wielka wiocha, więc inteligentnie i złośliwie sklejono je w Chibaragi :). Innych cech wspólnych brak.

Dla tych co nie wiedzą, a poszukują:
Tsukuba (Tsukuba Science City) leży w prefekturze Ibaraki, na północ od prefektury Chiba, i na północny wschód od Saitamy.
Gdybyśmy jechały prosto z Saitamy, to nie dość, że byśmy na bilecie oszczędziły z 1000 jenów, to i pół godziny krócej by nam zeszło.
Miasto (tfu, co ja piszę .... no ale wg. mapy nazywa się shi, miasto, hehehe) jest względnie nowe, zbudowane od podstaw w 1987. Punktem centralnym jest jeden z najlepszych uniwersytetów w Japonii, Uniwersytet w Tsukuba oraz zlewający się z nim park, z wystawą odbywającego się tu niegdyś expo i wielką rakietą ^_^

Tsukuba jest wybitnie nie japońska, tabuny zagranicznych studentów i SZEROKIE ulice, ROZLEGŁE NIEZABUDOWANE przestrzenie, DARMOWY park i dużo ROŚLIN. Wysokich budynków praktycznie nie widać, a te, które widać, mają facjatę wybitnie socjalistyczną.
Tak więc dla mnie Tsukuba to miasto czeskie, bo tak mi się kojarzy :)
Bardzo przyjemne, a jeszcze pogoda nam się cudna trafiła.

Po urokach spaceru przez park i teren wystawy nadszedł szok: akademiki! Hordy akademików. Wszystkie o uroku mocno podstarzałych socjalistycznych bloków z wielkiej płyty, tyle że 5 piętrowe, z klatkami schodowymi na świeżym powietrzu (to taki japoński standard) i masą zieleni wokół. My w Saitamie możemy się schować: 3 budynki I-House, 1 męski i 1 żeński akademik, do tego akademik dla pracowników. Zieleni nie uświadczysz.
Martyna trzeźwo zauważyła, że przecież mamy w Saitamie kępkę trawy na środku dziedzińca, ale że jest regularnie rozjeżdżana przez samochody, to jej długiego życia nie wróżę.

Same akademiki to szpitalne sale po recyklingu ;> Pokoje malutkie, metalowe drzwi niskie i poobijane, klaustrofobiczna, pojedyncza świetlówka. W pokoju tylko zlew z zimną wodą, metalowe łóżko i metalowe biurko, chyba że ktoś zdobędzie więcej mebli. Na każdym piętrze łazienka. Są też płatne prysznice, jedyne źródło ciepłej wody, 2 sztuki na cały akademik. Kuchni oficjalnie nie ma, jest więc kuchenka elektryczna w łazience na piątym piętrze. Do tego pokryte linoleum korytarze i grafitti po kolejnych rocznikach zesłańców.

Gdyby jednak o życiu w akademikach decydowały wyłącznie względy lokalizacyjne, to Jelonki dawno wiały by pustkami, a na Żwirkach rządkiem dyndali by wisielcy.
Impreza urodzinowa miała być w sobotę wieczorem, można było się wiec wyspać, zaspać, pójść do "centrum" z jedynym kluczem do pokoju, a potem się spóźnić ^_^

Potem były mielone, ogórki konserwowe marki Krakus, tort, murzynek, a rano śniadanie.
Przez żołądek do serca?

Szerzej na temat jedzenia:
Ogórki konserwowe oraz KAPUSTĘ KISZONĄ (mamy dwa słoiki, hyhy, przytargałyśmy na plecach M.) można kupić w sklepie w Tsukubie, razem z reńskimi winami, chińskim piwem i francuskim camembert w kilku odmianach.
Prawdziwy żółty ser ktoś spośród licznych Francuzów dostał w paczce, a następnie podarował Tatianie w ramach prezentu.
Tort robiły mieszkanki Oikoshi w mieszkaniu Arka, co go nie uszczęśliwiło. Murzynka robiła Tatiana w miejscu znanym wyłącznie sobie, czyli pewnie też u Arka, bo w Oikoshi mają wyłącznie elektryczny palnik, na którym ciężko coś upiec.

Wódka była ze sklepu, piwo było japońskie, marki sikacz przebrzydły.
Sok jabłkowy mają w Tsukubie normalny, w odróżnieniu od Saitamy, gdzie mają wyłącznie ciecz o konsystencji zupy mlecznej i przejrzystości kałuży.

Żeński akademik Oikoshi fotomachen będzie później, jak odzyskam aparat.

W drodze powrotnej udało mi się jeszcze w Raju (-zwanym-Akibą) obudowę na PSP nabyć, ale o tym będzie już w następnym punkcie programu.

trwały link do tego wpisu

tydzień polski

9 grudzień 2005, 16:28| | Komentarze (4)

Miałam masę zaległych prac domowych i teściora w czwartek (wyniki, oszałamiające, był dzisiaj), więc standardowo nie miałam czasu na zaglądanie, co tu się dzieje.
W niedzielę w ambasadzie była impreza około-świąteczna: polskie żarcie, bynajmniej nie Małopolski chleb, żubrówka i ... Tyskacz! Yuppijajej.
Pojawili się biedni studenci z dalekiego świata ;p w postaci Gaijinów z Tsukuby, poznało się wielu różnych ludzi i bardzo wiele histori.
W Shinjuku, gdzie trafiliśmy później, i gdzie umeshu nie było takie, jak trzeba, zawsze jest dzień, a nam udało się wesołą gromadkę zapędzić na purikurę ^_^

Dziś wieczorem jedziemy do Tsukuby, nieść kaganek oświaty po zaściankach ;p, więc odezwę się pewnie dopiero w niedzielę wieczorem, jeśli dam radę.

Z ciekawostek lingwistycznych: od dwóch dni trenujemy keigo, czyli wielce teinei język. W każdym zdaniu oferujemy przeżucie za szanownego gościa jego szanownego obiadu.
W ramach ułatwienia nam życia sensei podała nam prostą regułkę na zapamiętanie, którym rzeczownikom dla uszlachetnienia dodaje się o (np. szanowne imię, onamae), a którym go (np. szanowny adres, go.

Poza tym zaczęłam gustować w "Within Temptation". Za kolejne stypendium funduję sobie zwiedzanie Nary i Osaki oraz .... głośniki.
Mój sąsiad się przekręci...

trwały link do tego wpisu

jestem!

3 grudzień 2005, 16:40| | Komentarze (6)

Dodałam część zaległych wpisów:

Próbowałam poprawić datę, ale figa, nadal się źle wyświetla (data jest ok, ale pokazuje nazwę dnia poprzedniego). Nie mam bladego pojęcia dlaczego, mimo poprawki w kodzie i rebuild'a.
Przyzywczajajcie się ;>

trwały link do tego wpisu

Za mostem

2 grudzień 2005, 23:37| | Komentarze (0)

Piątek to Dzień, Po Którym Nadejdzie Weekend, nic więc dziwnego, że piątkowe zajęcia to męczarnia :/. A gdy na dodatek Morita-sensei namieszała z gramatyką, pozostawało tylko jedno: wynagrodzić się za trud.

Pojechałam z Connie za most ... w okolicy rzeki znalazłam Małą Polskę (a przynajmniej Małe Siekierki), a za mostem jest też Arcade, gdzie bez wahania wparowałyśmy.
Japoński Arcade w wersji z zadupia (czyli Saitamy ;)) to kilkadziesiąt automatów do gier Przeważają gry zespołowe, Mahjong jest z reguły w przytłaczającej większości (nawet 20 stołów), symulatory piłkarskie i strategie w stylu "Kidou Senshi Gundam Z: AEUG Vs. Titans" (strategia dla 1-4 graczy) to tylko dodatki dla różnorodności.
Wielką popularnością cieszą się automaty na karty. Pierwotnie (takie nadal można znaleźć np w Kiddyland'zie) były to dosyć proste łubudubu dla dzieciaków, które kolekcjonowały karty z bohaterami, by potem wrzucić je do automatu i zatłuc przeciwnika ze słabszymi/innymi kartami. W wersji dla nieco starszych karty zapewniają dodatkowe bonusy w zupełnie normalnym RPGu, czy raczej MMORPG - wszystkie maszyny z Japonii połączonej są w jednej sieci!

Poniżej typowy kącik dla wielu graczy, tym razem symulator piłkarski w wersji z kartami, Striker 2:

Striker 2: automat na karty

Popularne i w polskich salonach gier shootery powalają: ekran 30 czy 40 calowy, dwa shotguny i baw się bracie.
Jednak z gier dla dwóch graczy największą popularnością cieszą się gry "muzyczne", w których uderzając rytmicznie w załączony instrument (taiko, perkusja, gitara, itp) wygrywasz rytmicznie jakąś melodię, z reguły jakiś j-pop'owy hicior.
Zakosztowałyśmy "Taiko no Tatsujin" czyli Mistrza Taiko.

Taiko no Tatsujin

Bębny są fajne ^_^.
Namco, wydawca "Taiko na Tatsujin", wydał już wersję na PS2 (z obowiązkowymi bębnami), a teraz zapowiedział wersję na PSP ^_^ Ciekawe, czy bębny będą doczepiane na USB ;p

Gdy już wybębniłyśmy swoją dolę i spróbowałyśmy szczęścia w ufo-catchers (których tu jest multum, do niektórych to by się przydała paro stronicowa instrukcja :] ), nadszedł czas na purikura ;>

Purikura to skrót od Purinto Kurabu czyli Print Club.
W rzeczywistości to pokażnych rozmiarów budki-automaty, stające w centrach handlowych czy salonach gier, w których można sobie pstryknąć fotki, a następnie ozdobić rysunkami i napisami, i wydrukować na samoprzylepnym papierze. Ot, taka zaawansowana drukarka naklejek ;>
Wybrałyśmy maszynę z największą ilością szajsu ;), pstryknęłyśmy sobie 8 fotosów, wybrałyśmy 4 najlepsze i hajda, wydrukowało :)

Ja chcę jeszcze raz!!!

PuriKura: moi'n'Connie, wersja świąteczna

Wieczorem odpisali z ambasady, tak więc w niedzielę uderzamy do Meguro.

Moja babicka pochodzi z Chrzanowa.

trwały link do tego wpisu