« o mnie | strona główna | nowy dzień »

środa
4
styczeń'06

Kamakura

Zdjęcia wrzuciłam na Flickr'a i obecnie nie czuję się na siłach, by je tu podlinkowywać.
Sami się obsłużcie.
Kamakura (鎌倉) & Kawagoe (川越), album na Flickr

Wczoraj bylim w Kamakurze. To w prefekturze Kanagawa, czyli nadal w Kantou. Teraz dla tych, którzy NADAL nie zaprzyjaźnili się z mapą Japonii: odnaleźć na mapie Yokohamę i gites.
Dla tych, którzy nie wiedzą co to mapa: Kamakura leży w okolicy Tokio, tak jak Saitama.
Uff.

No nieważne.
Pojechalim do Kamakury świtem bladym, bo podróż zajmuje 2 godziny, a ciemno się w tym kraju robi niezmiernie szybko.
Skład osobowy to moi, M., Lidka, Tachi i Soren, przyjacielski Niemiec-turysta.
Na miejscu miała do nas dołączyć ekspedycja z Tsukuby, ale trochę się jej zeszło (Tsukuba leży na ZA DU PIU), więc w tej opowieści nie zdążyli odegrać znaczącej roli.

Miałyśmy miejsca siedzące, więc mogłyśmy z Lidką pograć w pong'a, którego dzień wcześniej odblokowałyśmy łupiąc niemiłosiernie w bijatykę "Bleach".

Uwaga, wyjaśnienie:
Bleach to mordobicie na PSP, z bohaterami popularnego w tych stronach anime "Bleach" w rolach głównych.
Kopiąc i łojąc kolejnych przeciwników dostaje się punkty, za punkty te "kupuje się" karty, a te, zgromadzone w odpowiednich ilościach, odblokowują kolejne niespodzianki w grze: dodatkową postać, galerie i takie tam. Jedną z ostatnich niespodzianek jest gra w grze, czyli pong.
Pong.
No wiecie.
Najsłynniejsza gra na automaty.
Paletka, piłeczka i bloki.
Nadal nie dzwoni?
No ludzie, z jakiej choinki spadliście.
PONG!

I w tego ponga w "Bleach'u" można grać w dwie osoby, przekręcając konsolkę bokiem ^_^
No więc sobie grałyśmy, przy okazji nowy plansz zbierając też pełne politowania uśmiechy naszych współtowarzyszy podróży, choć tak na prawdę to nam po prostu zazdrościli.

W Kamakurze byliśmy przed 10:00.W drodze do świątyni Hasedera (Kaikōzan Hasedera) ... ech, wychodzi masło maślane .... -tera (-dera) znaczy świątynia, więc w drodze do świątyni będącej świątynią zboczyliśmy tylko raz, by obejrzeć jedną z mniejszych świątyń w bocznej uliczce.
Wykonaliśmy tam (rękoma bliżej nieznanego Japończyka, który był tak uprzejmy) ekstraordynaryjne zdjęcie w stylu dango, ale Tachi je skasowała, albowiem jej aparat fotograficzny jest z epoki technologii cyfrowej, a Tachi nadal na etapie telegrafu.
:]

Świątynka jak to świątynka, jej największym plusem był widok rozpościerający się z góry (obowiązkowe kilkadziesiąt stopni między tori a świątynią ... curses), na Kamakurę i ...... OCEAN!
Aaaaaaaa.
Jestem tu 4-ty miesiąc i dopiero dziś udało mi się zobaczyć OCEAN.
Wodę! Hurra.

Jako że 5 barbarzyńców w jednej małej świątynce to troszkę za dużo dla przeciętnej pary Japończyków, sialiśmy terror jeszcze tylko przez minutę, po czym wróciliśmy na szlak do Hasedera.

Śmiesznie w tej Kamakurze: te same, wąskie uliczki, te same dzikie tłumy, a tu nagle, na końcu kolejnej uliczki ..... wielka, częściowo schowana w zieleni świątynia. 5 czy 8 budynków, sadzawki, tori i setki posągów.

Hasedera (Kaikōzan Hasedera, skrót od Taizo-zan Kan'non-in Sugimoto-dera) to jedna z najsłynniejszych świątyń w Japonii. Przechowywany w niej jest posąg Kannon, bodhisatty miłosierdzia o jedenastu twarzach. Podobno to największy drewniany posąg w Japonii: ponad 9 metrów kamforowego drzewa pokrytego złotem.
Niesamowita.
Ale zdjęć robić nie wolno.

Mimo że jest to świątynia buddyjska, na jej terenie jest też niewielka świątynia shintoistyczna. Better safe than sorry, hehe.

Po Hasedera nadeszła pora na "Wielki, ale OCZYWIŚCIE mniejszy od NASZEGO, NAJwiększego, bo jak wiesz, NAJwiększy jest w Tsukubie"-Daibutsu, czyli Wielkiego Buddę z Kamakury.
W teorii Budda należy do kompleksu świątynnego wokół niego, ale że świątynia Kōtoku-in to nic specjalnego, skoncentrowaliśmy obiektywy na Buddzie.
Do środka nie wchodziliśmy, bo jakoś nie było zapału.

PS. NAjwyższy budda jest w Ushiku, nie w Tsukubie. ;p

Wtedy też mój aparat pomknął i w pędzie zetknął się ze stopniami tuż pod nosem czcigodnego Buddy Amidy. Teraz, pewnie z powodu doznanego wstrząsu, klapka mu się nie domyka.
Buuu.

Już wychodziliśmy z przybytku sekty Czysta kraina (większość buddyjskich świątyń w Kamakurze to świątynie sekt-odłamów Zen) gdy objawiła się ekspedycja z Tsukuby.
Stwierdzono, że oni (raczej one) obejrzą Wielkiego Buddę, a my w międzyczasie się pożywimy. Udało się. Zjedliśmy naleśniki, jedyną potrawę, którą w Japonii można jeść na ulicy bez obawy, że się zostanie uznanym za gbura i chama.
Żeby nie było, Japonia nie Singapur, jej prawodawstwo nie zajmuję się tym, co ludzie jedzą czy żują. Ale pewne rzeczy w miejscu publicznym nie przystoją. Jedzenie na ulicy i publiczne wycieranie nosa do nich należą.
Siąkać publicznie można. Ale broń boże wycierać. Więc jeśli na japońskiej ulicy usłyszysz dzwięk wycieranego nosa, to albo to barbarzyńca, albo gbur i cham. Z żadnym przyzwoity Japoński obywatel nie chce mieć nic do czynienia.

Już razem poszliśmy do największej w Kamakurze świątyni shintoistycznej, Tsurugaoka (Tsurugaoka Hachimangu). Niestety, do środka nie weszliśmy, bo premier Koizumi dostał się do niej przed nami, a za nim waliły tłumy: żal nam było czasu na stanie w kolejce (gwarantowane 2 godziny).
Podobno sam plastik. Wrócimy tu na wiosnę, to obejrzymy.

Dalej była świątynia Kenchoji, pierwsza z Pięciu Wielkich Świątyń Zen (Rinzai) w Kamakurze. Niesamowita i ogromna (ponad 50 budynków), z bardzo ładnym ogrodem.
Jej dzwon, Bonsho, jest skarbem narodowym Japonii. Rosnące przed nim drzewo wcale nie wygląda jak jałowiec, którym podobno jest i ma 730 lat.

Potem spacerkiem zapylaliśmy do stacji JR'a (Kita Kamakura), bezskutecznie próbując odwiedzić mijane świątynie, które albo były zamknięte, albo off limites ;> albo dostępne wyłącznie dla wiernych, za których za żadne skarby nie udało nam się podać.
M. próbowała. Pojawia się pan świątynny, pyta czy my tu modlić się, M. energicznie potakuje że jasne, że modlić się. Niestety, po chwili pada podchwytliwe "A do której świątyni?". To tu jest więcej niż jedna?! O_o.
No i sobie nie zwiedziliśmy.

Ale my tu jeszcze wrócimy.

_@"

Komentarze

Tatiana napisał/a:

yo, telegraf telegrafem, ale zdjecie dango ma sie dobrze i nadal ISNIEJE...:)

Dodany 7 styczeń 2006 2:43

Gal Anonim napisał/a:

PIĘKNE, Pani Kochana. To się nazywa opis! Wreszcie wszyściuteńko zrozumiałam od pierwszego czytania i bez pomocy naukowych (Wikipedia). :D

I nawet śmieszne. I to nie dzięki literówkom. To o katarze dobre już tak bardzo. Ci wyszło, siesie.

:) Rozwijasz się :D

Dodany 10 styczeń 2006 10:36

Agat napisał/a:

To oczywiście byłam ja. Kurna.

Dodany 10 styczeń 2006 10:37

Atem napisał/a:

"Ale my tu jeszcze wrócimy." hehehe itak was nie wpuszczą ;]

Dodany 30 kwiecień 2006 22:06