« grudzień 2005 | strona główna | luty 2006 »

Nowy Rok w Chińskiej Dzielnicy w Yokohamie.

29 styczeń 2006, 12:02| | Komentarze (2)

THE Photographer.

W niedzielę nastał pierwszy dzień chińskiego Nowego Roku Psa. Nie pozostawało nic innego, jak tylko pojechać do największego Chinetown w Japonii, Chukagai w Yokohamie.

Płeć lepsza pojechała rowerami, płeć nie dorobiona tłukła się autobusem i koniec końców musiałyśmy na element słabszy czekać na stacji JR Minami Yono. Była okazja to obejrzenia parku i nabycia drugiego śniadania.

Nowa wersja bieszczadzkiej przegryzki: Osobiste Ramię Ośmiorniczki. Ktoś reflektuje?

japanese snack :]

Park przed (albo za, zależy jak na problem patrzeć) stacją Południowe Yono. Jeannete żwawym krokiem zbliża się do szklanej rzeźby ...

Jeannete, Caaaanadian

.. a ja nie mogę się powstrzymać, by nie pstryknąć jeszcze jednej fotki:

I can't help it, I like this sculpture.

A to już Tokio i kolejka Yamanote, która spokojnym tempem okrąża główne miasta-dzielnice Tokio. Szczęśliwie udało nam się zmieścić przy frontowej szybie, wrażenia niczym z wesołego miasteczka :)

View from the front car, Yamanote-sen.

Przesiadka w prywatną kolej do Yokohamy obfitowała w nowe odkrycia, np ten niezrównany system chłodzący:

State-of-art cooling system ;)

^_^

W samej Yokohamie tłumy waliły do chińskiej dzielnicy. Podążaliśmy za tłumem...

See the big guys? ;)

Na zdjęciu powyżej możecie odnaleźć komplet niedzielnych Amerykanów: Connie, Jon'a, Paul'a i Parris'a. Niczym w "Znajdź 5 szczegółów" ;)

A to już jedna z bram do Chińskiej dzielnicy. Niestety, kolory wyszły nijakie, bo mi się nie chciało ustawień zmieniać. Baka me.

Chinatown gate

Do słynnej noworocznej parady mieliśmy jeszcze ze 3 godziny, połaziliśmy więc po wąskich uliczkach, pstrykając zdjęcia niewinnym ludziom, jedząc ręcznie robione nikuman'y (niku - mięso, man - cienkie ciasto zwinięte w kształt buły) i w końcu jedząc pyszny obiad w jednej z licznych restauracji. Yum Yum.

In Chinatown. Family picnic.Gaijins stand out.Hey! It's Dog's year, your'e supposed to share!

Skończyliśmy śniadać kilkanaście minut przed paradą. Tłum grzecznie ustawił się w rządki, więc i my się urządkowaliśmy.

Lost.

A potem się zaczęło: smoki, władcy, lwy, petardy i masa dymu. To trzeba przeżyć, opisać się nie da.
Szkoda, że tak krótko...

Enter the dragon.Looooong dragon.Another dragon.Crowds follow..

Po paradzie tłumy nieco zrzedły, na tyle, żeby obejrzeć świątynię Kanteibyo.

Kanteibyo Temple (1887).Kanteibyo Temple and Yokohama.Crowds gather in Kantenbiyo.Look. Sticks.Kanteibyo Temple's outer walls.

I pokręcić się po kolejnych uliczkach, zrobić kolejnych kilkanaście zdjęć, przepaść na godzinę w napotkanym salonie gier, zrobić sobie purikurę, następnie wygrać kolejną (to był automat z losowaniem, a Paul ma farta), by na koniec ze zdumieniem skonstatować, że zgubiła nam się część wycieczki. Spooooko, od czego są telefony komórkowe.

Golden dragon, full.Mirror of Chinetown.Heart of Chinetown.

Okazało się że druga część wycieczki poszła do portu. Poszliśmy po ich śladach, ale wszędzie czyhały niebezpieczeństwa, które skutecznie spowalniały nasz postęp.
Przy wyjściu z chińskiej dzielnicy zauważyliśmy sklep reagge. Prowadzony przez Japonkę sklep reagge to prawdziwa perełka, wpakowaliśmy się więc do środka. Jako że Paul miał kamerę, którą filmował wszystko co mogło być w jakiś sposób przydatne do naszej prezentacji z Komunikacji Międzynarodowej, padł pomysł, że może by i ten Japonkę zwywiadować. O dziwo, zgodziła się! Yoohooo! Jak już wspominałam, Paul ma farta :) Ze sklepu reagee wyszliśmy z najlepszym wywiadem w karierze.
W końcu udało nam się dotrzeć do portu, ale mewy, statki, żywa woda i uliczny performer zjadły nam godzinę.

Performerzy są częstymi gośćmi w parku w Ueno, jeśli ktoś by chciał wiedzieć :) Zwłaszcza w ładnie dni. Ten oprócz standardowego zestawu sztuczek z podrzucaniem i żonglowaniem ułożył kostkę rubika w czasie poniżej minuty, nosił rowerek na brodzie, żonglował pochodniami (i się kilkakrotnie poparzył :] ) i nawet pozował do zdjęć. Phun!

Yuup, he's holding it on his chin.Yeah, he finished rubic cube in less than a minute.Possing ^_^

W końcu odkleiliśmy się od perofrmera i ruszyliśmy w stronę wielkiego młyńskiego koła, gdzie czekały na nas zagubione dzieci. Wystarczy, że napiszę, że nigdy tam nie doszliśmy. Po 300 metrach znaleźliśmy ławeczkę, na której spoczęliśmy. Przemilczę, ile pudełek zapałek pochłonęły próby zapalenia cygar. Dodam, że ja nadal nie palę. Ale uśmiałam się jak nigdy ^_^

Paul lightning a cigar.Paul 'n' Jon 'n' cigars

W końcu, gdy okazało się, że zagubione dzieci są po drugiej stronie mostu, a my nie mamy za bardzo siły ni ochoty, by tam iść, oficjalnie rozdzieliliśmy wycieczkę. Zagubione dzieci pojechały do domu, a myśmy wrócili do chińskiej dzielnicy, gdzie czekało jedzenie, zabawki i .... "duck chick" ;p

Yokohama's tower. Will have to google the name :]

That's all folks!

trwały link do tego wpisu

ja, telefon, wsio ryba

28 styczeń 2006, 23:40| | Komentarze (14)

Najpierw apel: jeśli ktoś ma albumy (mp3) zespołów "Lupercalia" i "Mortiis", i mógłby je wystawić (Słaaaawku?) to ja bym była dźwięczna niezmiernie.

Jutro jedziemy do Yokohamy na festiwal z okazji chińskiego Nowego Roku, kto ma ochotę poczytać / pooglądać obrazki, to zapraszam tu: www.chinatown.or.jp - Nowy Rok 2006.

A teraz patrzcie! Zdjęcie ZE MNĄ. M-chan kupiła sobie fotomachenmaszinę i pstryka.
Na poniższym zdjęciu to ja się uczę, wbrew temu co twierdzi czy wypisuje na flickrze M-chan.

moi

I jeszcze moje wisiorki do komórki, w wersji wczorajszej, bo już przypięłam kolejne, hyhy.

私の携帯電話 = my cellphone

^_^

trwały link do tego wpisu

Kawagoe goes H.G.

28 styczeń 2006, 22:40| | Komentarze (2)

Wiele się wydarzyło, ale czas nie pozwalał na podzielenie się wrażeniami.
A więc od końca.

Dziś, w ramach pracy nad projektem z InComm (Intercultural Communication) pojechaliśmy do Kawagoe. My, czyli Joe, John, Paul i autorka niniejszego dzieła.
Udało nam się spędzić godzinę w kolejnych salonach gier, a potem zgubić na prostej drodze, nim dotarło do nas, że czas nie jest z gumy i trza jednak coś dziś zrobić. Według planu mieliśmy sfilmować wypowiedzi o postrzeganych różnicach między kulturą Tokio a Kawagoe.
Jako że Paul jest z nas wszystkich najlepszy z japońskiego, he did da talking.
Mamy więc wypowiedzi pań ze sklepu z tradycyjnymi, japońskimi słodyczami, pań napotkanych przy stoisku z degustacją kolejnych słodyczy (a co!) oraz 3 żon amerykańskich żołnierzy, zesłanych tu na 3 lata. I chwatit.
Jutro jedziemy do Yokohamy na chiński Nowy Rok (mam nadzieję, że uda nam się załapać na taniec lwa), za tydzień w niedzielę do Harajuku. I projekt z głowy :)

W drodze powrotnej, w salonie gier, Paul miał dać popis swych podobno legendarnych umiejętności w wygrywaniu zabawek w "ufo-catchers". Dał popis ^_^

Oto rezultat:

Jest żółta. Bardzo żółta. Torebka Kellogs.

Jest żółta.
BARDZO żółta.
Pani Japonka-z-obsługi-salonu-gier, która mu ją regularnie układała tak, żeby tym razem ją już na pewno wygrał, już schodziła, ale dyskretnie. Myślmy siusiali po nogach z radości, podczas gdy Paul próbował zaprzeczyć prawom fizyki, a przynajmniej starał się ignorować grawitację.
No ale W KOŃCU wygrał to nieszczęście i teraz, nie wiadomo czemu, torebka jest u mnie. Nikt jej nie chce, jak to się często zdarza z porzuconymi dziećmi.
Obecnie leży na łóżku i świeci na żółto.
Bosh.

A to moja wygrana: Stitch przebrany za HardGay'a :)
Dla tych którzy (znowu) są nie na bieżąco: Hard Gay (HG) to popularna tutaj osobowość telewizyjna czy raczej "tarento", jedno z wcieleń japońskiego komika, Sumitani Masaki.

Jest naprawdę bardzo popularny.

H.G.

A oto i moja wygrana. HyHy.

Stitch jako Hard Gay.

Pogoda u nas cudna, tylko wiuwa potwornie. Oby do wiosny ;p (Pozdro dla wszystkich mieszkańców paskudnie mroźnych krajów).
Za dwa tygodnie kończymy semestr i będę mieć więcej czasu, żeby odpisywać na maile i pisać, co popadnie.

trwały link do tego wpisu

Moja babiczka najwyraźniej pochodzi z Chrzanowa

27 styczeń 2006, 22:49| | Komentarze (1)

Spóźniony, ale zawsze, opis piątku, dnia oŻywienia.
Już jakiś czas temu Wit raczył był wrócić do Japonii. I chwała mu za to.
Już jakiś czas temu raczył był przywieźć ze sobą dwie porcje piwa w opakowaniach bliżej mi nie znanych, a które to piwo omylnie wzięłam za Tyskie.

W piątek kończę zajęcia wcześnie, bo już o 11:50. Czasu mam więc dość na sprzątanie po tygodniu skutecznego zapuszczania pokoju (gokiburi to kochają), pranie, oglądanie filmów, czytanie, pisanie i nic-nie-robienie.
Spokojnie więc przeczekałam do 4, kiedy to M-chan kończy zajęcia, i mogłyśmy jechać do Tokio.

Zdjęcia w pomniku:

Bakatachi tomodachi. Moi and M-chan.
A Lamp.

Rowery na Minami Yono:

Bike parking at Minami Yono

Pierwszy przystanek: Shinjuku i Kinokuniya, tamtejsza największa, bo ośmio piętrowa księgarnia z całym piętrem z obcojęzycznymi książkami!
Raj na ziemi, szkoda że z forsą krucho, a angielskie książki drogie (w porównaniu ze swymi amerykańskimi cenami, bo w porównaniu z PL to nadal tanio :) ).
Nabyłam dwa tomy słownika z gramatyką, słowik onomatopei i "Rozpoznanie wzorca" Gibsona. Pani przy kasie do książek zawsze dokłada zakładkę (do japońskich książek nie trzeba, one z reguły mają zakładkę już dołożoną przez wydawcę) i pyta, czy obłożyć! To się nazywa księgarnia.

Wyjaśnia to tez, dlaczego książki, które potem można kupić używane w BookOff'ach, są w tak dobrym stanie: po prostu ktoś wcześniej pomyślał, i je obłożył.

No nic. W księgarni trochę nam zeszło (a byłyśmy tylko na jednym piętrze i na pewno nie obejrzałyśmy wszystkiego), bo było na co popatrzeć.
Nie nabyłam encyklopedii joseki, bo był tylko drugi tom. Teraz trochę żałuję.

Po drodze nabyłam przenośne go. Takie składane, z magnesami w roli kamieni i pełnowymiarową planszą! Super sprawa.

Umówiłam się z wojażującym do Tsukuby Witem na Kita Senju, trza się było więc tam jakoś dostać. Popatrzcie na mapie, gdzie jest Shinjuku, a gdzie Kita Senju. :]

WITold śmiał się spóźnić, ale że przyniósł dar w postaci piwnej, wszystkie grzechy zostały mu natychmiast odpuszczone. 100 lat i masy dzieci.
Widziałam pierniczki!

Wit przybiegł i odbiegł, pozostało więc obejrzeć Północne Senju, skoro już tu przyjechałyśmy. Okazało się, że mają tu całkiem przyjazny BookOff ^^ i 7 tom poszukiwanej przeze mnie "Madara" (zapłaciłam za nią 5 jenów, hyhyhy, to się nazywa zniżka). Nadal brakuje mi jednak tomu szóstego :]
No i zjadłyśmy w McDonaldzie. Kupujesz na dole, a potem tacka w zęby i zasuwasz na pięterko, gdzie jest 20 krzesełek na krzyż i .... WOLNO PALIĆ. Ohyda. Śmieciożarcie ładnie dopełniało całości.

Wróciłyśmy późno.
Nawet nie zajrzałam do sprawunków.

Shopping spree!

Dobranoc!

trwały link do tego wpisu

Śnieg!

21 styczeń 2006, 23:38| | Komentarze (7)

Dziś spadł śnieg.
W przeważającej większości topił się zaraz po zderzeniu z planetą, ale część przetrwała. Pewnie stopi się w nocy...
Ale na razie pachnie śniegiem ^^

View from I-House 3rd Building I-House 3rd Building and snowing! OMG! It's ON the tree. Bike Sematary way in the snow winter came for a day :) palm trees DESPISE snow

Zbliża się koniec semestru i niestety, nie mam kiedy przepisywać notek, które piszę kartkach w wolnych chwilach (albo w chwilach zajętych, ale nudnawych, jak moja środowe zajęcia :] ).
Za dwa tygodnie koniec, będzie lepiej :)

trwały link do tego wpisu

sumo, saboru, szalenie ciekawe

18 styczeń 2006, 18:08| | Komentarze (3)

Notka zaległa, napisana pewnego pięknego popołudnia (tak ze dwa tygodnie temu) na wielce nieinteresujących zajęciach z sieci.

No i wróciliśmy do punktu wyjścia. Pan-od-wielce-nudnych-zajęć wyjaśnia różnice pomiędzy IP a MAC'iem.
Żenada.
Dziś w programie zajęć moich współtowarzyszy niewoli królują telefony komórkowe: dwóch kolesi pogrywa w jakiegoś RPG-a on-line, dwóch napisało maile, teraz obaj śpią (a że siedzą razem, to efekt jest dosyć ciekawy), człowiek przede mną surfuje po necie.
Pan do znudzenia powtarza że MACi muszą być różne.
Mamy też słuchaczy standardowych: czytanie ksążek (x1), czytanie mang (x3), studiowanie czegoś innego (x5).

Wczoraj oglądałam sumo w TV.Trafiłam na ostatnie walki tego dnia, m.in. obecnego yokozuny, Asasyoryu, z bliżem mi nie znanym osobnikiem. Asasyouryu wygrał, w końcu to yokozuna, choć też (podobno) buc i cham.
Kamera koncentrowała się na zawodnikach, ale nie umknęła mi siedząca na widowni gejsza. Byłam tam do towarzystwa, wyglądała super.
Walczył także ten wielki Bułgar,wysoki, biały jak ściana, o nogach dłuższych od niejednego całego Japończyka. Też wygrał. To jednej z najsilniejszych sumoków na świecie. Obcokrajowcy przejmują japońskie sumo. Obecny yokozuna pochodzi z Mongolii, Kotooushuu, o którym mówi się, że będzie kolejnym yokozuną, z Bułgarii.

Asasyouryu Kotoosyu

Nasza czwartkowa sensei, zwana sexy-voice, słynąca z przynoszenia na zajęcia czajnika i wyboru napojów ze Swiss Bliss włącznie, uwielbia sumo.

O! Właśnie jeden student obudził drugiego. Po sali krąży kartka, tutejsza metoda sprawdzania obecności.
Kolejny właściciel kartki się nie cackał ze śpiącym sąsiadem, wetknął mu kartkę w oko, tamten aż podskoczył.
Na szczęście już znowu spokojnie śpi.

A wracając do sumo i Satou-sensei. Otóż Satou-sensei jest drobna i wielce niewielka, nawet jak na japońskie standardy. Więc zestawienie jej z sumokami jest dosyć zabawne. No ale to w wyniku jej opowieści teraz i my chcemy iść na sumo. Będzie nam o tyle łatwiej, że teraz jest miesiąc sumo, a mecze rozgrywane są tu, w Tokio. Kolejny miesiąc sumo to bodajże czerwiec, ale wtedy mecze będą rozgrywane w innej części Japonii.
Trzeba więc obecną szansę wykorzystać.

Według innego źródła mecze w Tokio odbywają się w styczniu, maju i wrześniu.
Oby.

Sumo

Zasady narodowego sportu Japonii są proste: przegrywa ten, kto dotknie ziemi czymś innym niż stopą albo ten, kto wyjdzie z ringu przed swoim przeciwnikiem. Innymi słowy, jeśli dasz się przewrócić albo wypchnąć z ringu, leżysz.
Zawodnicy wraz z sukcesami w kolejnych meczach osiągają kolejne stopnie hierarchii sumo. Najsilniejsi sumocy otrzymują tytuł yokozuny, który to tytuł jest dożywotni.
Hierarchia obowiązuje też innych uczestników meczu, m.in. Sędziów. Im lepszy, wyżej postawiony w hierarchii zawodnik, tym ważniejszy sędzia będzie sędziował jego mecz. Wysoko postawieni sędziowie mają bardzo (BARDZO) bogate kimona i mogą chodzić po ringu w skarpetkach i sandałach. Pozycja robi swoje.

O zasadach, ceremoni i elementach sumo można by pisać i pisać, więc sobie daruję ;) Ale jedna rzecz zwróciła moją uwagę: kesho-mawashi, ceremonialne fartuchy, które zawodnicy noszą przed rozpoczęciem się właściwych meczy. Z reguły na kesho-mawashi przedstawione są japońskie symbole, w stylu samurajów i kwitnących wiśni.
Wykonanie kesho-mawashi jest bardzo kosztowne, stąd niektórzy zawodnicy, jak wspomniany wyżej Bułgar, mają fartuch wykonany przez sponsora, a w ramach symbolu mają .... sponsorskie logo :]

Rohou i Kotooshuu w kesho-mawashi

saboru znaczy "zrobić sobie świadomie dzień wolny od szkoły" ;>

Dzisiaj zrobiłyśmy saboru, bo oglądanie kolejnych 15 minut filmu o Totoro nie jest tak ciekawe, jak dzień w Kawagoe. Connie ma urodziny, więc mamy wymówkę ^^.
Stałam się właścicielką zapalniczki, takiej metalowej, z panienkami z wielce tu popularnego obecnie Gundam Seed. Pokonałyśmy maszynę ze szczypczykami ^^.
Słowo wyjaśnienia się należy: maszyna ze szczypczykami to jedna z wersji ufo-catcher'a, gdzie drobne zabawki wiszą rządkami, a gracz ma je złapać za sznureczek. Wersja wielce nie sportowa, nie to co maszyny z łapami i szczypcami.

Koleś przede mną chrapie. Słaby?

Niestety, pomimo że już wiemy jak wygrać coś w tej podłej maszynie, to jest to zabawa na tyle kosztowna, że zrezygnowałam z upatrzonego gażdzetu z HG. Gyyych.

Kraby

Byłabym zapomniała.
Wczoraj jadłam kraby. Takie całe, mięsko i skorupka, podsmażone, wysuszone, posypane sezamem. Gdyby tak potwornie nie jechały rybą to byłyby do przeżycia.
No ale zjadłam.

Wracając do Kawagoe. Połaziłyśmy po Kawagoe, byłyśmy we wszystkich salonach gier, jakie znalazłyśmy, w końcu trafiłyśmy do Book-Off'a.

Book-off, man!

Geniusz wymyślił to miejsce.
Book-Off to sieć sklepów z używanymi książkami, co w Japonii obejmuje wszystko, od map począwszy, przez magazyny, książki, na mangach skończywszy. Większe Book-Offy prowadzą też sprzedaż używanych DVD, CD, LD, gier na wszelkiej maści konsole, czasem nawet kasety VHS. Ten w Kawagoe jest jeszcze wyżej rozwinięty, mają pluszaki, figurki, wybór Gundam'ów. Właśnie tam zamierzam nabyć mojego Zaku.
Obłowiłam się, wyniosłam stos mang po 100 jenów :) Niestety, nadal nie mam kompletu Madary, na brakujące tomy będę musiała polować w kolejnych sklepach.
Każdy może przynieść do Book-Off'a i sprzedać niepotrzebne książki czy płyty. Obsługa sprawdzi ich stan, wyczyści, zapakuje w błyszczącą folijkę. No i na koniec naklei jedną z tych cudnych cen, które z książki za 700 czy 1200 jenów robią książkę za 100 jenów. Hyhy.

PS. Zassałam pilota Star Trek: New Voyages. Wow. Restekpa dla twórców.

trwały link do tego wpisu

poprawione

14 styczeń 2006, 17:31| | Komentarze (0)

Poprawiłam kod animacji z flickr'a i już mi się strona waliduje.
Autora kodu na flickr powinni strzelić w ucho.

trwały link do tego wpisu

chwila, dwie

14 styczeń 2006, 14:32| | Komentarze (4)

Miałam dziś pojechać na kimono session, ale nie pojechałam, więc w ramach rewanżu wrzuciłam trochę nowych zdjęć.

Mam galerię na Flickr, a że tamtejszy mechanizm przeglądania zdjęć jest wygodniejszy od blogowego, to stwierdziłam, że nie przy okazji nowych zdjęć, jedynie kilka wrzucę bezpośrednio do notki. Reszta będzie czekała pod sznurkolinkiem, kto będzie miał ochotę na więcej, pójdzie za nitką ...
Obecnie niewiele mi miejsca na koncie Flickrowym zostało, więc dorzucę jeszcze kilka zdjęć i na więcej trza poczekać na kolejny przydział megabajtów czyli do lutego.
Rozwiąże to też problem transferu :)

Obecnie możecie napawać się galerią do zaległej notki, Kawagoe e ikitai.....

szufelka i zmiotka

Dla tych, którzy subskrybują nagłówki zielonej pożywki: gome za te kilkakrotne linki prowadzące do nikąd: bawiłam się silnikiem, więc para postów testowych była nie do uniknięcia. Teraz są już w niebie dla niechcianych postów.

dostępność

Zgodnie z prośbą wiernego czytelnika ;) przeniosłam skrót do permalinka (trwałego linka) ze stopki u dołu do tytułu notki. No i mam problem, zgodnie z zasadami dostępności linki powinny być podkreślone .... problem w tym, że mnie się to nie bardzo podoba ... Przekolorowałam je e standardowgo niebieskiego na pożywkowy, co już samo w sobie wywołało we mnie wyrzsuty sumienia, ale podkreślenia przecież nie usunę ....

xhtml

Opecnie strona się nie waliduje. Za walidatorem winą obarczam flashy flick flash badge :]
Pracuję nad zmianą tego stanu .....

BTW dzisiaj pada. Nie padało od 2 miesięcy. Niemiła odmiana.

trwały link do tego wpisu

Wieczne Wakacje

11 styczeń 2006, 21:15| | Komentarze (4)

Dopiero co skończyły się wakacje zimowe, a już wielkimi krokami zbliżają się te długaśne, wiosenne.

Śnieg w Tokio?
Wiosna idzie.

moje buty w Północnej Kamakurze

Czeka mnie jeszcze zdobycie 'reentry permit' i mogę lecieć do Zurychu, Szykujta się, rodzino, przywiozę liczne zdobycze i znaleziska.

W szkole, obecnie, nic tylko zadają nam kolejne prace semestralne. Mogliby dla odmiany zapowiedzieć jakiś egzamin ;>
Na początku lutego jest happyoukai czyli obowiązkowe dla wszystkich klas spotkanie recytatorskie, na którym każdy kolejno ma wygłosić 5 (PIĘCIO) minutowe happyou czyli tę nieszczęsną mowę.
Jako że 5 minut to około 1000 słów wypowiadanych standardowym tempem, a więc okropecznie dużo za dużo, to obecnie trzymam się wersji z wygłaszaniem mowy w stylu kabuki, gdzie samo "moje" (WaaA____taaA___shiii NOooooo__) powinno zając mi dobre 20 sekund ^_^ Na całe happyou wystarczą 3 zdania. Pestka.
Pomysł Lorraine opiera się na slajdach, którymi możemy, jest taka nasza wola, podpierać się w czasie show. Otóż Lorraine policzyła, że wystarczy z grubsza 150 zdjęć, każde z komentarzem w stylu "To jest Nara. To także jest Nara." i 5 minut z głowy.
Temat prezentacji jest jyuu czyli dowolny. Nadal do ustalenia.
Zawsze mogę mówić o przyjaciołach zza lodówki.

PS. Gdyby moje zajęcia z 'computer science' były częściej, to bym częściej zieloną pożywkę aktualizowała.
Dziś odrobiłam już cały japoński, teraz z nudów piszę to, co właśnie czytacie.
Student przede mną aplikuje sobie właśnie krople do oczu, a tez za mną je pizaman'a. Nie muszę się nawet odwracać, żeby to stwierdzić, pizaman intensywnie pachnie.
Wątpię czy ktokolwiek na tej sali śledzi wykład. Nawet wykładowca zdaje się być znudzony i zdezorientowany. Zieeew.

Co wyniosłam z wykładu?
Krzesło.
I nowe słowo w katakanie: バーチャル (baachyaru). Pochodzi z angielskiego. Znaczy "wirtualny".
Plask.

trwały link do tego wpisu

przychodzimy, odchodzimy

11 styczeń 2006, 20:55| | Komentarze (2)

No i wróciliśmy do szkoły.
Poza pewnymi problemami w ponownym wdrożeniu się w reżim wstawania świtem bladym, całość przebiegła nadzwyczaj sprawnie.
Maraike wróciła z Niemiec i przywiozła czekoladki, Lorraine wróciła z Nagoi i przywiozła cukierki, Loan zarósł.

Niestety, jutro moja klasowa "para" do ćwiczeń wraca do USA z przyczyn rodzinnych. Szkoda, bo to najbardziej zapalony student w B-klasie.
Już zaczęliśmy się przyzwyczajać do Chrisa mówiącego japońskim w wersji macho, który to język wynosił z pochłanianych kolejno tomów Naruto (dosyć głupawej mangi dla 10-latków).
To Chris pokazał nam moc książek do 3 stopnia nihongonouryokusiken , idealne do powtórek , i zadziwił chęcią zdawania nouryoku już w grudniu 2005.
No i to on, człowiek-gigant (ze 2 metry wzrostu) jako jedyny do tej pory nie znudził się jodo (osób, które tego przedmiotu nie rzuciły jest więcej, ale wszyscy, łącznie ze mną, są jodo znudzeni wielce) i jeszcze miał siłę samotrzeć przemeblować swój pokój . Może nie poruszył ziemi, ale przesunął łóżko. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że przemeblowanie pokoju zawierające zmianę lokalizacji łóżka, to nie mały wyczyn. Łóżko jest długie, pokój wąski i nie pusty. A jemu się chciało i udało.
Miał do towarzystwa John'a, który przez cały dzień, bo tyle trwało przemeblowanie, siedział bezpiecznie w genkanie na krzesełku i komentował. Teraz uznaje to za swój, niemały, wkład w przemeblowanie. Chris miejsca odzyskał całkiem sporo, szkoda tylko, że już czasu na nabycie puf nie starczy: przepadła wygodna miejscówka na oglądanie Rocky'ego.

Smutno tak: jeszcze wczoraj ustalał z nami co i z kim zrobimy w ramach prezentacji na Intercultural Communication, a już jutro leci do Tenesee.
Szkoda.

trwały link do tego wpisu

Kawagoe e ikitai....

7 styczeń 2006, 14:19| | Komentarze (2)

Poniżej zdjęcia z sobotniej wycieczki do Kawagoe, siedliska niezliczonych świątyń, book-off'ów i salonów gier.
Miejsca gdzie Japończycy są inni i gdzie jest Stare Miasto niczym z filmów Kurosawy ...

Wąskie uliczki,

Kawagoe JR Eki

wąskie, niebiańskie domy,

Blue House

przedziwne drzewa,

it's a tree!

buddowie i bodhissatwowie,

bodhissatwa

wielkie, czerwone kulki,

it's a Plant

gdzieniegdzie domki
i cmentarze cmentarzy,

Squeezed in between cementary

nawet Japończycy jacyś inni,

photomaking, japanese way

a niebo nadal niebieskie.

blue, red, green

Wróćmy tam ...

Więcej zdjęć z Kawagoe znajdziesz w Kamakura (鎌倉) & Kawagoe (川越), photo set na Flickr.com.
Enjoy!

trwały link do tego wpisu

nowy dzień

5 styczeń 2006, 23:07| | Komentarze (3)

Goście se pojechały, wreszcie cisza i spokój ;p
Pożyczyłam od Jeannete książkę i nie mogę się oderwać, rżę jak opętana, mam nadzieję, że mój sąsiad CIERPI. Książka zwie się "Hitching rides with buddha" i jest opisem podróży autora, Kanadyjczyka i autostopowicza przez Japonię. Zaraz wracam do lektury.

W międzyczasie pogrywam w "Metal Gear Acid", bo "Bleach" bez Lidki (o tym będzie w notce z wczoraj, ale z jej opublikowaniem poczekam aż dołożę zdjęcia - opis wycieczki do Kamakury zajął prawie 2 strony!) stracił na atrakcyjności.

Jutro miałam jechać do Kawagoe, ale chyba książka przeważy. M. i Lorraine nie jadą, a co ja będę w Kawagoe z Niemcem-turystą robić? ;) Zwłaszcza że sobie wczoraj napełniłam lodówkę (nie ma strachu, że goście zjedzą), więc nic tylko leżęć i pochłaniać....

Spać mi się chce, więc zdjęcia przejrzę dopiero jutro. I Kamakura-notka się objawi.




Hoshiiiiiii => Kotoba no Puzzle: Mojipittan Daijiten.

trwały link do tego wpisu

Kamakura

4 styczeń 2006, 23:06| | Komentarze (4)

Zdjęcia wrzuciłam na Flickr'a i obecnie nie czuję się na siłach, by je tu podlinkowywać.
Sami się obsłużcie.
Kamakura (鎌倉) & Kawagoe (川越), album na Flickr

Wczoraj bylim w Kamakurze. To w prefekturze Kanagawa, czyli nadal w Kantou. Teraz dla tych, którzy NADAL nie zaprzyjaźnili się z mapą Japonii: odnaleźć na mapie Yokohamę i gites.
Dla tych, którzy nie wiedzą co to mapa: Kamakura leży w okolicy Tokio, tak jak Saitama.
Uff.

No nieważne.
Pojechalim do Kamakury świtem bladym, bo podróż zajmuje 2 godziny, a ciemno się w tym kraju robi niezmiernie szybko.
Skład osobowy to moi, M., Lidka, Tachi i Soren, przyjacielski Niemiec-turysta.
Na miejscu miała do nas dołączyć ekspedycja z Tsukuby, ale trochę się jej zeszło (Tsukuba leży na ZA DU PIU), więc w tej opowieści nie zdążyli odegrać znaczącej roli.

Miałyśmy miejsca siedzące, więc mogłyśmy z Lidką pograć w pong'a, którego dzień wcześniej odblokowałyśmy łupiąc niemiłosiernie w bijatykę "Bleach".

Uwaga, wyjaśnienie:
Bleach to mordobicie na PSP, z bohaterami popularnego w tych stronach anime "Bleach" w rolach głównych.
Kopiąc i łojąc kolejnych przeciwników dostaje się punkty, za punkty te "kupuje się" karty, a te, zgromadzone w odpowiednich ilościach, odblokowują kolejne niespodzianki w grze: dodatkową postać, galerie i takie tam. Jedną z ostatnich niespodzianek jest gra w grze, czyli pong.
Pong.
No wiecie.
Najsłynniejsza gra na automaty.
Paletka, piłeczka i bloki.
Nadal nie dzwoni?
No ludzie, z jakiej choinki spadliście.
PONG!

I w tego ponga w "Bleach'u" można grać w dwie osoby, przekręcając konsolkę bokiem ^_^
No więc sobie grałyśmy, przy okazji nowy plansz zbierając też pełne politowania uśmiechy naszych współtowarzyszy podróży, choć tak na prawdę to nam po prostu zazdrościli.

W Kamakurze byliśmy przed 10:00.W drodze do świątyni Hasedera (Kaikōzan Hasedera) ... ech, wychodzi masło maślane .... -tera (-dera) znaczy świątynia, więc w drodze do świątyni będącej świątynią zboczyliśmy tylko raz, by obejrzeć jedną z mniejszych świątyń w bocznej uliczce.
Wykonaliśmy tam (rękoma bliżej nieznanego Japończyka, który był tak uprzejmy) ekstraordynaryjne zdjęcie w stylu dango, ale Tachi je skasowała, albowiem jej aparat fotograficzny jest z epoki technologii cyfrowej, a Tachi nadal na etapie telegrafu.
:]

Świątynka jak to świątynka, jej największym plusem był widok rozpościerający się z góry (obowiązkowe kilkadziesiąt stopni między tori a świątynią ... curses), na Kamakurę i ...... OCEAN!
Aaaaaaaa.
Jestem tu 4-ty miesiąc i dopiero dziś udało mi się zobaczyć OCEAN.
Wodę! Hurra.

Jako że 5 barbarzyńców w jednej małej świątynce to troszkę za dużo dla przeciętnej pary Japończyków, sialiśmy terror jeszcze tylko przez minutę, po czym wróciliśmy na szlak do Hasedera.

Śmiesznie w tej Kamakurze: te same, wąskie uliczki, te same dzikie tłumy, a tu nagle, na końcu kolejnej uliczki ..... wielka, częściowo schowana w zieleni świątynia. 5 czy 8 budynków, sadzawki, tori i setki posągów.

Hasedera (Kaikōzan Hasedera, skrót od Taizo-zan Kan'non-in Sugimoto-dera) to jedna z najsłynniejszych świątyń w Japonii. Przechowywany w niej jest posąg Kannon, bodhisatty miłosierdzia o jedenastu twarzach. Podobno to największy drewniany posąg w Japonii: ponad 9 metrów kamforowego drzewa pokrytego złotem.
Niesamowita.
Ale zdjęć robić nie wolno.

Mimo że jest to świątynia buddyjska, na jej terenie jest też niewielka świątynia shintoistyczna. Better safe than sorry, hehe.

Po Hasedera nadeszła pora na "Wielki, ale OCZYWIŚCIE mniejszy od NASZEGO, NAJwiększego, bo jak wiesz, NAJwiększy jest w Tsukubie"-Daibutsu, czyli Wielkiego Buddę z Kamakury.
W teorii Budda należy do kompleksu świątynnego wokół niego, ale że świątynia Kōtoku-in to nic specjalnego, skoncentrowaliśmy obiektywy na Buddzie.
Do środka nie wchodziliśmy, bo jakoś nie było zapału.

PS. NAjwyższy budda jest w Ushiku, nie w Tsukubie. ;p

Wtedy też mój aparat pomknął i w pędzie zetknął się ze stopniami tuż pod nosem czcigodnego Buddy Amidy. Teraz, pewnie z powodu doznanego wstrząsu, klapka mu się nie domyka.
Buuu.

Już wychodziliśmy z przybytku sekty Czysta kraina (większość buddyjskich świątyń w Kamakurze to świątynie sekt-odłamów Zen) gdy objawiła się ekspedycja z Tsukuby.
Stwierdzono, że oni (raczej one) obejrzą Wielkiego Buddę, a my w międzyczasie się pożywimy. Udało się. Zjedliśmy naleśniki, jedyną potrawę, którą w Japonii można jeść na ulicy bez obawy, że się zostanie uznanym za gbura i chama.
Żeby nie było, Japonia nie Singapur, jej prawodawstwo nie zajmuję się tym, co ludzie jedzą czy żują. Ale pewne rzeczy w miejscu publicznym nie przystoją. Jedzenie na ulicy i publiczne wycieranie nosa do nich należą.
Siąkać publicznie można. Ale broń boże wycierać. Więc jeśli na japońskiej ulicy usłyszysz dzwięk wycieranego nosa, to albo to barbarzyńca, albo gbur i cham. Z żadnym przyzwoity Japoński obywatel nie chce mieć nic do czynienia.

Już razem poszliśmy do największej w Kamakurze świątyni shintoistycznej, Tsurugaoka (Tsurugaoka Hachimangu). Niestety, do środka nie weszliśmy, bo premier Koizumi dostał się do niej przed nami, a za nim waliły tłumy: żal nam było czasu na stanie w kolejce (gwarantowane 2 godziny).
Podobno sam plastik. Wrócimy tu na wiosnę, to obejrzymy.

Dalej była świątynia Kenchoji, pierwsza z Pięciu Wielkich Świątyń Zen (Rinzai) w Kamakurze. Niesamowita i ogromna (ponad 50 budynków), z bardzo ładnym ogrodem.
Jej dzwon, Bonsho, jest skarbem narodowym Japonii. Rosnące przed nim drzewo wcale nie wygląda jak jałowiec, którym podobno jest i ma 730 lat.

Potem spacerkiem zapylaliśmy do stacji JR'a (Kita Kamakura), bezskutecznie próbując odwiedzić mijane świątynie, które albo były zamknięte, albo off limites ;> albo dostępne wyłącznie dla wiernych, za których za żadne skarby nie udało nam się podać.
M. próbowała. Pojawia się pan świątynny, pyta czy my tu modlić się, M. energicznie potakuje że jasne, że modlić się. Niestety, po chwili pada podchwytliwe "A do której świątyni?". To tu jest więcej niż jedna?! O_o.
No i sobie nie zwiedziliśmy.

Ale my tu jeszcze wrócimy.

trwały link do tego wpisu

o mnie

1 styczeń 2006, 1:01| | Komentarze (7)

ja2





jestem: inteligentna, agresywna, niezainteresowana

nie staram się: być miła

mam: zasady, wadę wzroku i nieciekawe podejście

nie mam: dobrych chęci ani kompleksów

lubię: zabawki, komputery i siebie, kawę, książki i japońskie komiksy

nie lubię: głupoty, bezsilności, spamu, papierosów




No proszę.

Sześć linijek i ile można się dowiedzieć.



trwały link do tego wpisu