« sierpień 2006 | strona główna | październik 2006 »

ups

30 wrzesień 2006, 9:58| | Komentarze (0)

Dostałam od kogoś maila pod tytułem "tasukete", ale że był w folderze ze spamem, to go z rozpędu usunęłam. Uprasza się o powtórne podesłanie.

trwały link do tego wpisu

the mystery of the worm

29 wrzesień 2006, 16:15| | Komentarze (4)

Still have jetlag, but managed to sleep until 6AM! I'm definitely getting better.

I've decided to fix my beloved Maszynka [マシヌカ], so making backups took most of my morning. Everything went fine until I decided it's time for drivers. Got them from Gigabyte web page, but me being me, I checked them for viruses anyway.

Found one in official Realtek driver. Great.

Soon afterwards I found yet another virus. Don't ask me, how it got there. Sure, I had to activate my Windows through Internet and then it only had Windows Firewall working, but the virus I found wasn't the one send through local networks.

It was Rontokbro.JB of Rontokbro family, an annoying worm with a stack of registry entries and modified autoexec.bat. Well, it wasn't that hard to remove - went to Safe Mode and wiped out the bastard together with my Task Manager (^_^) - but I still wonder how it got there.

There was a copy of it on a 2nd drive, on a partition with the unused Windows installation, so it had to be there before I reinstalled the system. At least that's how I'd explained it to myself :>

Lusia [Loohsha, ルーシャ]

My venus flytrap is much better now. I removed all the dead and dying leaves and put her outside, so she can bask in a sun while it last. Made some pictures too!

Lusia

Lusia

What cannot be eaten must be discarded ....

TV

I'm still waiting for my TV being brought from the store. I moved all the fun stuff to the cellar, all it needs now is a TV (and a couch, and CERTAIN people to remove their dusty stuff from there :] ) and I can forget about the world completely.

I'll surely show my TV off when it'll finally reach home. ;d

trwały link do tego wpisu

new cell: Samsung SGH-X680

28 wrzesień 2006, 19:45| | Komentarze (5)

Quite unexpectedly I have a jet lag: I'm half asleep early afternoon and cannot sleep after 3:30AM -_-. That kinda sucks.

BUT I have a new cell phone: red Samsung X680. I wanted something similar to my old Japanese cell, so when asked what I want I simply replied: "Clamshell, big screen". The company guy was relentless: "Maybe a camera? A radio? What about an mp3 player?".
"Nah, don't need those (I have a tone of play-gear, maaaaaan. ;d). Just a big screen clamshell, plz."
Poor guy, needed 5 minutes to apprehend it :)

Now I have it and since I'm awake since 3:30AM I couldn't help myself and took some photos. I did other things too ;d

clamshells are cute ;d

the new and the old: my cellphones

the old and the new

X680 is considerably lighter than Sony Ericsson's clamshell and is more slim too. But it's screen size is SMALL comparing to Japanese SE. Cannot have everything, they say.

I googled a bit and found some games I would gladly download for it: "Globulos" (Never played Globulos? Shame on you. ) and "Might & Magic". Who want to pay for it?

trwały link do tego wpisu

back in good ol' Warsaw

27 wrzesień 2006, 17:23| | Komentarze (6)

And here I am.

I went through my room, cellar and my desktop computer and I want to cry. Or come back to Japan, if I would have a choice. Sweet goddess....

11 hours flight to Frankfurt was surprisingly short: whether due to company - Łukasz was on my flight and I had some really talkative Japanese ladies next to me - or new "Taiko no Tatsujin Portable 2" game - it's hard to say, but I must admit it was the nicest long distance flight I had.

Lufthansa surprised us with really good lunch and not so good (no surprise here) dinner, but the service was exemplary.

Frankfurt Airport sucked and smelled bad, but flight to Warsaw, although delayed, was mercifully short.

Meet all the gang at the airport, thanks guys! I hope I can edit the movie before you'll post it on the net ;d

I'm going to get a TV and a new cell today. Will keep you updated.

trwały link do tego wpisu

kolo sie zamyka...

26 wrzesień 2006, 4:40| | Komentarze (8)

Napisalam to prawie rok temu, napisze i teraz:

Podroz czas zaczac.
Do uslyszenia po drugiej stronie.

trwały link do tego wpisu

ciagle w drodze

25 wrzesień 2006, 22:56| | Komentarze (2)

Eeech, panie, przeprowadzki z dalekich krajow sa meczace, nie powiem.

Rano pojechalam do banku (figa, jest czynny od 10, a nie 9:00 :\), odebrac bilet z ISCa (figa, jeszcze go nie mieli), w koncu na poczte (i tu sukces, mielu duzy karton ;>) i do I-House, pozyczyc wozek. Panie w akademiku zrobily wielkie oczy, bo juz myslaly, ze wyjechalam, a tu taka niespodzianka. Pozyczylam wozek, przepchalam go przez SaiDai (moglam jechac droga wzdluz plotu, ale chcialam sie jeszcze raz przejsc "droga do szkoly"), i podjechalam przystanek autobusem.

Spakowalam moj kartonik (nawet kamienie z Fuji sie zmiescily ;d), zaladowalam wozek i ruszylam w dluga i pelna niebezpieczenstw trase chodnikami SaiDaiDouri. Leeeee.

Wykoleilam sie tylko raz, ale na poczte dotarlam mocno zmachana :] Na szczescie tam juz wszystko poszlo sprawnie, wyslalam co mialam wyslac, oddalam wozek w akademiku i pojechalam pozostawionym tam rowerem do Sakura Ward Office, zrezygnowac z ubezpieczenia.
I tam poszlo nadzwyczaj sprawnie, choc musialam wyjasnic urzednikowi, ze zaplacilam juz za wszystkie miesiace mego pobytu i nie zamierzam placic raz jeszcze. Zaskoczylam i siebie, i tego pana, bo sie porozumielismy ;>
Uff.

Z powrotem na uniwerek. W ATMie trwa zaladunek pieniedzy, wiec wedruje po bilet i o dziwo, jest!
E-ticket z jakims miejscem 43D ... loty 711 to podobno zawsze Boeing 747-400 wiec D to miejsce przy korytarzu. Good, bo ja lubie miec miejsce.

ATM, BookMarket (pozniej opisze, co nabylam ;d) i do banku. Tu okazuje sie, ze pozbycie sie ksiazeczki bankowej (nie dziala, wiec sie jej pozbylam) nie ucieszylo pani w banku ;>

25 zamykala moje konto bankowe, podczas gdy ja udowadnialam na kolejnych formularzach, ze potrafie zapisac moj japonski adres z pamieci ;)

Wreszcie wrocilam do Natalii i tymczasowo padlam.

Dopiero potem w mojej glowie zakielkowal pomysl poszukania Nintendo DS. Chce rozowe. W Yamada Denki pustki, czekaja na dostawe, nie maja ni jednego DSka. Jade do Omiya. I tu tragedia. I w Softmapie, i w BigCamera sytuacja sie powtarza: pustki na polkach, same pudelka i karteczki "Czekamy na towar".

Ej no.

Widocznie nie pisane mi jest kupienie DSka w Japonii.

Bylam juz zbyt zmeczona na spacer po drugiej stronie stacji, wiec wrocilam do Yono, Sakura-ku i Natalii.

Spakowalam sie, gdy Natalia i Svietlana skonczyly przygotowywac pozegnalna uczte .... mhhhhhh. Bylo wino i miodowy melon. Mhhhhhm.

A teraz?

A teraz ide spac.

Dobranoc.

trwały link do tego wpisu

last of Harajuku & Shibuya czyli "Ale mialam dzien"

24 wrzesień 2006, 14:56| | Komentarze (5)

No nie uwierzycie, jaki mialysmy z Natalia dzien :)

Umowilysmy sie o 12:30 w Harajuku. Pojechalam rowerem do Polnocnej Urawy, by poszperac w zakurzonych pudelkach Second Handu i popatrzec na znajome miejsca.

Potem, juz w Yamanote spotkalam ... Lukasza z dziewczyna (tak, 20 milionow mieszkancow, ale co tam, przeciez jakies prawdopodobienstwo natkniecia sie na znajomych jest :> ). Zeby tego bylo malo to oni rowniez jechali do Harajuku. Ale to nie koniec. Lukasz wraca do PL tego samego dnia co ja, tym samym lotem. Slabe?

Bede miala z kim pogadac ^_^

W Harajuku Lukasz poszedl polowac na gothic lolithas, a ja i Natlia ruszylysmy Takeshita-dori. Zlokalizowalam trampki dla Blondi, ale zakupy odlozylam na pozniej - najpierw sushi!
Mniam mniam.

Jako ze byl to dzien odkryc i niespodzianek, to odkrylam super sushi, ktorego jednak do tej pory nigdy nie jadlam - rodzaj tunczyka zwacy sie z angielska albacore, nazwa polska jest mi blizej nieznana.
Pyszny.

Gdy bedziecie w kaiten sushi w Harajuku to musicie sprobowac.

Po suszarni przyszedl czas obejrzenia mostu, jako ze byla niedziela, najlepszy dzien na ogladanie freak show, a Natalia, tak jak jest tu drugi rok, w zyciu nie widziala wystajacych na moscie przebierancow.

Upal nie pomagal: lolity i inne cuda zbite w grupki chronily sie w cieniu, ale mysmy minely je stwierdzajac, ze wolimy przespacerowac sie zielona droga do Meiji-jingu.

A tam, tuz pod pierwszym torii podchodzi do nas 3 mlodych ludzi i po angielsku (O_o) pyta, czy nie zechcialybysmy dac sie oprowadzic po swiatyni. 日本語は大丈夫です。Zechcialysmy.
I tak oprowadzono nas po Meiji-jingu, wyjasniono pochodzenie najwiekszej, drugiej torii (oryginal splonal w czaie wojny, obecna brama jest nowa, a na dodatek zrobiona z importowanego z Tajwanu drewna, bo w Japonii nie bylo odpowiednio wielkich - i potwornie starych, gotowych do sciecia -_x - drzew.

I tak swiatynia poswiecona Cesarzowi i jego zonie ma torii z importu ;d

Przeszkolono nas w calej procedurze mycia rak, poinstruowano, ze najlepsza moneta do wrzucenia do pojemnika to pieciojenowka (bo ma dziurke),a na koniec widzialysmy slub. Zobaczyc tradycyjny slub w Meiji-jingu to nie sztuka, widzialysmy tu i wieksze, ale ten byl wyjatkowy, bo z mloda Japonka zenil sie .... gaijin!
Lehehe.

Taka para naturalnie przyciagnela tlumik gapiow, ale co tam, my i rodzice pana mlodego bylismy w nim jedynymi barbaryncami...

Potem Natalia opowiadala o rosyjskich zwyczajach weselnych i juz sie ciesze, ze nigdy nie bede rosyjskim panem mlodym. Hyhy.

Wytoczylysmy sie ze swiatyni w jeszcze lepszych humorach. Kiddyland, buty dla Blondi, no to moze terz nalesnik? Mhhhhhh. Poprawilysmy kawarnia, w ktorej dostalysmy wyklad o obrazach wiszacych na scianach.

Z kawiarenki wywlekly nas na chwile jakies halasy z zewnatrz. Okazalo sie, ze jest tu teraz miejscowy festiwal i cala (raczje waska) Takeshita-dori idzie tlumek niosacy mikoshi (bardzo ciezka i bardzo przenosna kapliczka), a za nia wali dziki tlum, klaszczac i krzyczac. Widok z drugiego pietra mialysmy nie powiem, niezly.

Potem zygzakiem, bo od jednych swiecidelek do drugich, kierowalysmy sie w strone stacji. Powrot przedluzyl sie o wizyte w salonie purikura (na Takeshita sa przynajmniej dwa, w obu sa wylacznie maszyny do purikura i stanowiska do ich ciecia), pelnym dziewczynek i dziewczyn pstrykajacych sobie foty :)

Na stacji Natalia pojechala do Saitamy, a ja blizej, bo do Shibuya. Za dwa dni wyjezdzam, chce jeszcze raz poczuc sie jak w Blade Runerze.

Wyszlam przez wyjscie Hachiko i poplynelam za tlumem. Gdy on skrecal, skrecalam i ja. Czasem zahaczalam o cos, co przyciagnelo moj wzrok, by chwile pozniej znowu dac sie uniesc nieprzerwanemu strumieniowi ludzi....

Ech, Shibuya.
Bedzie mi brakowalo tego ogromu, ktory w ciemnosci, oswietlony jedynie neonami i witrynami sklepow, wyglada o niebo lepiej niz koszmarek architektoniczny, ktorym prezentuje sie w ciagu dnia. Bylam w Tokyu Hands i Blisterze i w koncu stwierdzilam, ze czas wracac.

Ale ze rower mialam w Kita Urawa, to bedac tam zajrzalam jeszcze do sklepu z grami, ktory kiedys (dawno, dawno temu) znalazl Joe, a potem wykonywalismy do niego regularne pielgrzymki. Sklep jest w podziemiach budynku z second handem i 100en`em, ale w odroznieniu od nich jest czynny do 1 w nocy, a nie do 7 czy 8 wieczorem.

W koncu wrocilam na odpowiednia strone stacji, odzyskalam rower (obylo sie bez mandatu ;d), ale jakos nie czulam sie gotowa do powrotu. To co, Book-Off?
W Book-Offie troche mi zeszlo (a co sie mialam spieszyc? ;> Na dodatek znalzlam 2 interesujace tytuly ;d), wiec wrocilam do Natalii i Leonory przed 10:00. Nic to, czekala ciepla kolacja i "American Beauty".

I jeszcze M-chan dala znak zycia. Good.

Zycie nadal sie kreci.

trwały link do tego wpisu

zycie na walizkach

24 wrzesień 2006, 9:10| | Komentarze (7)

Ale ten czas szybko plynie...

Juz jestem praktycznie spakowana, w poniedzialek padne, ale wysle paczki i zalatwie wszystko inne - trza zamknac konto bankowe, oddac ubezpieczenie, odebrac bilet.

Nie wiem, kiedy bede miec czas na pojechanie do Kita Urawa i Omiya. Moze juz nie w tym roku :( Dzis jade do Harajuku (sushi!), moze nie wroce zbyt pozno i jeszcze sie uda. Albo jutro .... ech ech.

Walizka wazy 28kg, podreczny 9kg, ale jak rozdystrybuuje gadzety po kieszeniach, to bedzie 7kg :>

Ciekawe, jak poszlo M-chan. Nadal nie daje znaku zycia, a podreczny miala odpowiednich rozmiarow: jesli taki przeszedl w SASie, to moj przyciezki flaczek przejdzie w Lufthansie, me thinks.

Ide sniadac...

trwały link do tego wpisu

inna sie pakuje

22 wrzesień 2006, 23:52| | Komentarze (5)

M-chan wlasnie sie spakowala: walizka, plecak (Plecakor) jako carry on, torba (Torbiszcze) na personal item i dwie paczki, ktore ja biedna bede musiala jakos dotaszczyc w poniedzialek na poczte i wyslac. O ja biedna.

Teraz M-chan lize rany, Leo nadal sie uczy, Natalia nadal odpowiada na maile, a ja nadal nic z sensem dzis nie zrobilam ^_^

Pakowanie zaczne jutro, gdy M-chan juz sie wyprowadzi. Bloga doprowadze do konca tez jutro, bo dzis juz nie mam sily. Na Skype / jabberze pojawie sie w jakims innym terminie, bo obecnie nie mam kiedy ...

Shopping spree bylo udane, ale w niedziele powtorze ten zabieg, bo dzis to glownie M-chan wydawala pieniadze. Kupila z 8 gier na PSP i pierwszy sezon Tsubasy. Hyhyhy. Do pelni szczescia poszlysmy tez na obiad do kaiten sushi, gdzie uraczylysmy sie miedzy innymi wrzesniowym specjalem, piecioma kawalkami najlepszego miesa z tunczyka. Mmmmmmm, pycha.

Dzis zaplacilam potworny, bo wynoszacy ponad 1,5 mana podatek od biletu (sam bilet bedzie do odebrania w poniedzialek, na dzien przed wylotem. Skad my to znamy?). Podatek za bilet M-chan wyniosl tylko 3 tysiace jenow - pewnie nie musiala placic czesci za paliwo :/ STEPSom wiatr zawsze w twarz :].

Wracam 26 wrzesnia, ale prebookowalam bilet z lini austriackich na Lufthanse (zegnaj, personal entertaiment system), wiec bede w Warszawie wczesniej, gdzies po 18:00. Moge zabrac 30kg bagazu. いい、ね?

Za rozrywke posluzy konsolka, laptop i nowa ksiazka (zakupiona w Pekinie "Gra o Tron", nie powiem, wciagajaca lektura).

Od kiedy wrocilysmy do Japoni nic tylko bym spala, ale jakos okazji brakuje. Nadrobie w Poorando.

trwały link do tego wpisu

よこそJapan!

21 wrzesień 2006, 23:00| | Komentarze (6)

Wrocilysmy. Moja karta WiFi nie zyje od jakiegos czasu, wiec nie mam prawa polaczyc sie z bezprzewodowym netem u Natalii (no chyba ze z konsolki ;d), a komp M-chan nie chce sie z ta siecia polaczyc (it`s a mystery, ale nawet mi sie nie chce sprawdzac, dlaczego. No ale polskich znakow nadal nie mam. Moge miec za to rosyjskie lub japonskie, jesli mi sie zachce, wzglednie gdy nacisne zly guzik ;d.

Dzis o czwartej rano zwleklysmy sie z lozek w Traveller`s Hostel w Kowloon, wsiadlysmy w autobus (N21) i przed szosta bylysmy juz na lotnisku na Lantau. Amerykanska kontrola to cyrk: przeszukuja wiele z bagazy, przeszukuja WSZYSTKIE sztuki bagazu podrecznego, a to czego nie moga otworzyc - skanuja, a potem, juz w gate-room`ie, losowo robia kontrole osobista jeszcze raz. Mnie sie trafila, lucky me. Uwielbiam byc obmacywana przez losowe Chinki. :]

Za to sniadanie podano nam na pokladzie wysmienite, byl bekon i jajecznica i masa kawy :)

Dla porownania wczoraj w samolocie Eastern China podano nam ... jak by to powiedziec ..... pokarm czesciowo przetrawiony. Przynajmniej tak to wygladalo. Skladalo sie to z rozgotowanego do bialosci makaronu oraz rownie rozgotowanej, bialej ryby. Razem, ustrojone w kilka przezroczystych platkow kolorowej papryki wygladalo to jak, wybaccie porownianie, belt, i tak zostalo ochrzczone.

Swoje korytko z Beltem zamknelam rownie szybko, co otworzylam, ale M-chan dzielnie walczyla o kazdy kawalek makaronu, ktory zdolala wyswobodzic z rybich oparow ... Chinczycy wymietli swoje korytka, ale oni jedza instanty i pluja na podloge (w samolocie jednak sie powstrzymywali ... pewnie spluwali na podloge w toalecie, nie wiem, nie bylam na tyle odwazna by pojsc i sprawdzic). Ech, to sie nazywa roznica kulturowa.

Lot minal blyskawicznie, pobuszowalysmy zgodnie z planem po Narita (ale McDonalds`a ominelysmy ;d) i przed 17 bylysmy juz w Sakura-ku. Zagracilysmy Natalii pol podlogi i poszlysmy odebrac walizy (WALIZORY) z Office w akademiku. Spacer powrotny byl meczacy, mimo ze podjechalysmy autobusem - juz wiem ze na dlugie wycieczki z walizka mnie nie stac, wezme taksowke ;>

Teraz jest chill out, a mentalnie przygotowuje sie na prysznic :] Jutro M-chan zarzadzila shopping spree w Akihabara i Harajuku, przeplatane sushi, wiec jedziemy razem. Ktos przeciez musi zarzadzac z sensem ;d

Mam braki w moim chinskim dzienniku, wiec najpierw go uzupelnie, a dopiero potem zaczne przepisywac na kompa. Stay tuned.

trwały link do tego wpisu

Szanghaj po jednym Niebie

19 wrzesień 2006, 10:26| | Komentarze (4)

Hej. Od wczoraj jestesmy w Szanghaju. Juz wiem, ze do Pekinu MUSZE wrocic, bo nie sposob nawet liznac tego miasta w 3 dni.

Wczoraj bylysmy w Hanghzou, Niebie na Ziemi i nie powiem, cudna okolica. Japonia z Matsushima moze sie wypchac. Wrocilysmy BARDZO pozno, wiec dzis zamiast do kolejnego Nieba pojedziemy do Swiatyni Jadeitowego Buddy, a potem powloczymy sie po Szanghaju, bo w koncu jakis dzien w Szanghaju trzeba spedzic :)

Do Szanghaju przyjechalysmy we cztery: my dwie, Kasia (poznana w Xian) i Ola, ktora tu tylko wakacjuje.

Jutro o 13:00 mamy samolot do Hong Kongu, a w czwartek rano lecimy juz na Narita. Szkoda, ze Przygoda sie konczy, bo jest super.

Az zal mi Pekinu: do Niebianskiej Swiatyni nie weszlysmy, obejrzalysmy tylko park. Przez Letni Palac (park, budynek rowniez ominelysmy z braku czasu) tez przecwalowalysmy, choc starczylo nam czasu na przeplyniecie sie loka z jednego konca na drugi. MUSZE wrocic do Pekinu :]

Dzis zapowiada sie dzien prawdziwych wakacji: pogoda dopisuje nam od tygodnia (spalilam sobie ramiona i wypalilam na skirze pasek od torby ;d), ale niegdzie sie nie spieszymy, ot, pospacerujemy i wydamy pieniadze ;d

Wieczorem dziewczyny wsiadaja w pociag do Pekinu (soft sleeper, luksus jakich malo, kiedys wam opowiem), a my sie przepakujemy, zrobimy Szanghaj by night (albo i nie) i tyle.

Do uslyszenia.

trwały link do tego wpisu

W Pekinie dzien nam ostal sie ostatni

16 wrzesień 2006, 23:14| | Komentarze (12)

Hej hej.

Wybaczcie dni bez wiesci, ale NIE MIALAM czasu. Nasza Podroz nabrala pedu i kolorytu, az zal przy kompie siedziec. Ale ze teraz musialam pare rzeczy posprawdzac, zarezerwowac hostel w Szanghaju (z tej samej sieci, w ktorej hostelu zatrzymalysmy sie w Pekinie: czysto, tanio, wielkie lozka, wielkie przestrzenie i full service), pobluzgac (no bo gdie jest moj mail z agencji biletowej, ja sie pytam? HE?) ;d, to i na maile (NIEKTORE) odpisalam i notke na bloga wrzuce.

Najpierw Datong.

Czad. Wysiadamy z pociagu, a juz przy drzwiach lapie nas czlowiek z CITSa (Chinskiej Informacji Turystycznej) i pyta, w czym pomoc. W ciagu 10 minut mamy zaplanowany juz prawie caly dzien (wycieczka do Jaskin Yungang i Wiszacego Klasztoru) oraz zabookowane bilety hard sleeper'em na nocny pociag do Pekinu.

Mieli racje w Pascalu: CITS w Datong zasluguje na medal.

Sam Datong to takie nasze Katowice, tyle ze z kilkoma milionami mieszkancow wiecej. Zaglebie weglowe skutecznie truje okolice, pokryta prawie wylacznie polami uprawnymi. Ot, takie middle of nowhere.

O Klasztorze, Jaskiniach, lokalnym jedzeniu i calej wycieczce napisze pozniej (w blogu-na-papierze juz mam :) ), powiem tyle, ze wycieczke zaliczamy do bardzo udanych, mimo ze w Jaskiniach pogoda nam sie zbiesila. Po powrocie do Datong zdazylysmy jeszcze zobaczyc slynna (i najwieksza taka w Chinach) Sciane Dziewieciu Smokow. Na nic wiecej nie starczylo czasu, bo atrakcje turystyczne zamykane tu sa o 18:00 :/

Podroz do Pekinu uwazam za najlepsza z naszych dotychczasowych przygod z chinskimi pociagami: posciel byla czysta, w "zagrodzie" mialysmy dwie Franuski i dwie mlode, i wyraznie faktem podrozowania z 4 gaijinkami podekscytowane, Chinki, ktore nie pluly, nie pily, nie palily i grzecznie poszly spac. :)

W Pekinie (przyjechalysmy tu wczoraj rano) na starcie probowana nas ociac na dworcu, gdy zadna z taksowek nie chciala nas zabrac do hostelu za kwote inna niz 100 yuanow. Kolejni kierowcy kategorycznie odmawiali uzycia taksometru, weszac latwy (i bandycki) zarobek na zdesperowanych tyrustach. W koncu pojechalysmy "rowerekiem", trojkolowym pojezdzie z niewielkim silnikiem i budka dla pasazerow za 30 yuanow. Teraz na trasie stacja kolejowa - hostel uzywamy autobusu w cenie .... 1 yuan od lebka :]

Od wczoraj w Pekinie

Wczorajszy dzien (spalysmy troche, wiec wyszlysmy po 9:00) spedzilysmy w Zakazanym Miescie. Miasto jest WIELKIE: idac za naszymi elektronicznymi przewodnikami (40 yuanow + 100 yuanow kaucji), zwiedzajac metodycznie i z zaliczeniem wiekszosci interesujacych nas wystaw spedzilysmy w Zakazanym Miescie dobre 7 godzin i wyszlysmy, gdy juz z glosnikow lecialo pouczenie, ze Miasto jest zamykane i nalezy opuscic jego mury :]. Tekst w Pascalu ze na Miasto potrzeba pold nia to FIKCJA: jeden dzien, od rana do wieczora, to minimum.

Jako ze pozyczylysmy rowery (10 yuanow + 100 yanow depozytu), to pojechalysmy je teraz oddac: byly pozyczone do 19:00, ale o tej porze umowilysmy sie z Kasia i Andrzejem pod Mao, wiec wtedy czau juz bysmy nie mialy.

Pod Mao byly tlumy, ktore dwa razy dzienie przyciaga na plac zmiana warty. My idziemy zobaczyc ja jutro rano (5:45, planujemy byc na placu pare minut po 5:00 rano), bo istnieje szansa, ze tlumy beda mniejsze, a zdjecia ladniejsze :)

Z Kasia poszlysmy na perozki (mhhhhm, lubie tutejsze pierozki) i umowilismy sie na DZIS.

A dzis?

Caly dzisiejszy dzien spedzilismy na wycieczce na Simatai, najbardziej odludny kawalek Wielkiego Muru, polozony 165km od Pekinu.

Ech.

Zobaczycie zdjecia, to zrozumiecie. Ale udalo nam sie uciec od komerchy Badaling (najpopularniejszego kawalka muru), przejsc spory kawalek niedawno odrestaurowanego muru oraz .... zjechac w dol na linie! Mam zdjecia. Chetnie wlazlabym na mur jeszcze raz tylko po to, by sie ponownie przejechac na linie ;d

Po powrocie (sama podroz meczaca, 3 godziny w jedna strone, bo korek w Pekinie potworny, a legendarne umiejetnosci tutjeszych kierowcow nie ulatwiaja sprawy) bylismy na bardzo dobrym obiedzie ^_^ Mhhmhm :)

Co by tu jeszcze napisac. Aaaa. Juz wiem. Jutro w nocy jedziemy do Szanghaju. Niestety, nie udalo nam sie kupic hard sleeper-ow do Szanghaju i po dluzszej debacie kupilysmy soft sleepre, ktory, choc potwornie drogi (475 yuanow w jedna strone) pozwoli nam sie wyspac i wyrobic z planem zwiedzania okolic Szanghaju. Hard seat pewnie bysmy przezyly, ale potem wymagalybysmy reanimacji w hostelu, a na to nie mamy juz czasu.

Jeszcze jutro sprobujemy zarezerwowac bilety samolotowe z Szanghaju do Hong Kongu, mamy kilka roznych opcji, zaczniemy od agencji w naszym motelu. Mamy tez numer do jakiejs chinskiej agencji, ktora wynalazl nam Chen, ale zachodzi obawa, ze mowia tam wylacznie po chinsku, wiec te opcje zostawilismy sobie na pozniej.

Jako ze bilet na pociag do Szanghaju byl taki drogi, a ja w Szanghaju chce sobie jakies koszulki sprawic, to dla was prezentow NIE BEDZIE. Hehehehe. ;d

Jutro tez jest dzien

Jutro, po zmianie warty i sniadaniu w McDonaldsie (najblizej i maja kawe z wieczna dolewka, jak w Japoni!) jedzimy obejrzec Niebianska Swiatynie, Letni Palac i co sie jeszcze da. A o 18:10 spotykamy sie na dworcu z Kasia i jeszcze jedna Polka, Ola, ktore jada z nami do Szanghaju, choc tylko na jedna noc.

Odezwe sie jeszcze kiedys, teraz ide spac. Pap.

trwały link do tego wpisu

w Xian, a zaraz znowu w drodze

13 wrzesień 2006, 14:33| | Komentarze (7)

Wynioslysmy sie juz z pokoju, pojechalysmy zjesc pierozki i zwiedzic slynne mury miejskie miasta Xian, a teraz czekamy juz na odpowiednia pore, co by sie przeniesc z hotelu na dworzec. Ale ze tu jest internet, a tam nie ma, to wolimy poczekac w hotelu :)

Mury miejskie sa sukcesywnie odrestaurowywane, moze je juz prawie cale przejechac na rowerze, my jednak, z braku czasu, zadowolilysmy sie krotkim spacerem.

Xian jest calkowicie do zycia. Czysto (jak na chinskie standardy), komunikacja miejska jest dla ludzi, idzie sie dogadac po angielsku ... :) Podobno w Pekinie bedzie jeszcze lepiej ^_^

Z Datong do Pekinu jest (wg rozkladu) cala masa pociagow, nie powinnysmy wiec miesc problemow z kupieniem biletow. Nawet gdyby nie udalo sie kupic hard sleeper'a, to i hard seat przezyjemy, w koncu 7 godzin to nie 15 :)

Kupilam prezentow i w rezultacie przybylo mi kilogramow w plecaku. Lech. Dobrze ze niewiele je nosimy, a w Hong Kongu pozbede sie tego i owego, na przyklad spiwora, to przynajmniej wiecej miejsca sie zrobi...

Aaaa, no i jeszcze o pierozkach. Otoz od wczoraj chcialysmy pierozkow, ale ze Kasia i Andrzej mieli za niedlugo pociag, to zadowolilismy sie przyhotelowa restauracja, ktora jedzenie serwuje zacne, ale pierozkow nie podaje. Dzis wiec, w ramach sniadania, pojechalysmy do pierozkarnia polecanej przez nasza wczorajasza pania przewodnik. Ze 180 rodzajow pierozkow byly nici, bo lokal, choc minela juz 10:00, dopiero otwieral swe podwoje i mozna bylo wybierac tylko sposrod 4 rodzajow pierozkow, i to niewszystkich (chcialysmy many), a tylko tych mniejszych. Ale i tak byly pyszne, zjadlysmy 2 pelne talerze (30-pare i tam bylo).

Przy okazji wyszly nasze braki w kwestii poslugiwania sie paleczkami: chinskie paleczki sa o wiele dluzsze od japonskich, okragle i sliskie, wiec pierozki zrecznie sie im wymykaja :) Mialysmy wiec sniadanie owiane duchem sportowej rywalizacji :]

Czy juz wspominalam, ze mam 3 Snickersy? Snickers to tutaj dobro rzadkie, widzialysmy je jedynie w Carrefour (w Chongqing i tu, w Xian) oraz w muzeum w Xian (w cenie zaporowej). Czekolady nie widzialysmy tu wcale.

W odroznieniu od Japonczykow Chinczycy jedza MASE slodyczy, ale wlasnych, takich ktore nam ani slodkie, ani warte ponowneog zjedzenia sie nie wydaja. No ale przynajmniej nie wcinaja non stop rybich wnetrznosci w wielu postaciach :]

W pociagu bede LEZEC, JESC moje Snickersy, w koncu zaktualizuje bloga-na-papierze (bo mam 2-dniowe zaleglosci) i bede SPAC. Jak niewiele czlowiekowi potrzeba do szczescia ;>

trwały link do tego wpisu

do jutra w Xian

12 wrzesień 2006, 23:37| | Komentarze (2)

Dobiega konca drugi dzien naszego pobytu w Xian. Bawimy sie swietnie, poznalysmy mase nowych ludzi, miedzy innymi Pierwszego Egipskiego Turyste i pare Polakow (!), z ktorymi umowione jestesmy w Pekinie w piatek :)

Przyjechalysmy tu wczoraj po 8 rano (pociag byl spozniony), mozno wykonczone, bo jednak 15 godzin w hard seacie robi swoje. Ale juz na stacji wylapal nas czlowiek z hotelu, ktory rozwazalysmy, i mimo ze ceny wzrosly od czasu, gdy je wydrukowano w naszym przewodniku, to stwierdzilysmy ze nalezy nam sie odrobina luksusu i mamy dwuosobowy pokoj z wlasna lazienka :)

W hotelu mowia po angielsku, w miescie mowia po angielsku, w kasie na dworcu kolejowym mowia po angielsku (mamy hard sleeper do Datong ^_^), normalnie cywilizacja, panie.

Wszyscy poza nami przyjechali tu z polnocy, wiec nasze opowiesci chlona jak gabki: o tekturowych domach, podlej atmosferze, zagubieniu, biedzie. Czesciowo z fascynacja, czesciowa z ulga, ze ich tam nie bylo.... Ale mysmy zakosztowaly juz prawie kazdej strony Chin. Tybet omijamy, na wybrzeze (Pekin, Szanghaj) jedziemy, bedziemy mialy prawie caly wachlarz doznan.

Xian

Wczoraj zwiedzalysmy Xian, widzialysmy Wielka i Mala Pagode Dzikiej Gesi, tutejsze muzeum i Wieze Dzwonnicza. Mamy tez Snickersy, prodkut RZADKI. Tzn ja mam, bo Mchan ma zlamany zab (zlamal sie na Fuji) i nie moze jesc orzeszkow. Hehehe.

Dzis wybralysmy sie na eastern trip (zorganizowana z naszego hotelu, taniej niz przewidywalysmy), widzialysmy kilka miejsc, z czego gwozdziem programu byla Armia Terakotowa. O panie. Nie uwierzycie, jesli nie zobaczycie na wlasne oczy. Super.
Zdjec mamy mase, wlasnie niektore wrzucam na Flickr'a, ale przy ich rozmiarze troche to potrwa.

Tutaj, w Xian, atmosfera jest wybitnie turystyczna, a zabytki sa OBLEGANE. Natknelysmy sie nawet na dotychczas nie wystepujace, japonskie wycieczki, znak, ze zabytek jest WAZNY ;>

Przyjemnie pogadac po angielsku :-)

Jutro po 14 mamy pociag do Datong, bedziemy tam nastepnego dnia (czwartek) rano. Chcemy zwiedzic jaskinie i pozno wieczorem wsiasc w pociag do bliskiego juz Pekinu. Mimo ze to tylko 5 godzin i tak chcemy zabookowac hard sleeper, jesli sie uda. W Pekinie bedziemy w piatek okolo 5 rano. Najpierw kupimy bilety do Szanghaju na niedziele wieczor, potem znajdziemy hotel i pozbedziemy sie bagazow i kurzu z podrozy, w koncu bedzie mozna wyruszyc na miasto i pozwiedzac :)

W piatek wieczorem umowlismy sie z Andrzejem i Kasia pod Mao :-)

Jak widzicie, humory poprawily nam sie znacznie, od kiedy zdobywanie kolejnych biletow i punktow wycieczki wychodzi nam sprawniej :)

Koncze, bo spac mi sie chce :] ... a moje WIELKIE lozko CZEKA. Do uslyszenia z (prawdopodobnie) Pekinu.

trwały link do tego wpisu

Dzień 7: rejs, I Przełom (瞿塘峡) i 3 Małe Przełomy (小三峡)

10 wrzesień 2006, 23:45| | Komentarze (0)

O 6 rano zerwała nas pani Li pytając, czy chcemy na wycieczkę. Leje. Nie chcemy. Spać.

O 8 rano z hakiem wybrałyśmy się już przezornie na pokład, ale plan zdobycia krzeseł się nie powiódł: wszystkie były już okupowane przez naszą Chińską Armię. Zadowoliłyśmy się stołeczkami i suchą miejscówką: dach górnego pokładu cieknie w przerażającej liczbie miejsc.
Po chwili udało się nam jednak przeskoczyć ze stołeczków na krzesła.
Hip Hip hurra.

Nadal stoimi w miejscu, zacumowaniu przy zamku, punkcie kluczowym wycieczki, którą dziś rano wzgardziłyśmy. Nadal leje, nadal nie mam wyrzutów sumienia.
Zresztą już mi starczy tych wycieczke fakultatywnych.
Szkoda, że leje, bo dziś będzie pierwszy z Trzech Przełomów oraz wycieczka do Małych Przełomów . Widoczność jest średnia, a pływanie w deszczu to wątpliwa przyjemność. :/

Przypomniałam sobie o dwóch rzeczach, o których jeszcze nie napisałam.
Jedna to sprawa klucza do kabiny. Nikt nie ma klucza do własnej. Jedyny pęk kluczy jest pod kontrolą pani obsługującej dany pokład. Wychodząc drzwi można zatrzasnąć, ale wejście umożliwia wyłącznie pani z kluczami. Za każdym razem trzeba do niej pójść i poprosić, by otworzyła drzwi. Przypuszczam, że jest to jednakowo męczące dla obu stron, ale chińska logika wzbrania się przed przekazaniem klucza ciemnemu ludowi.

Druga sprawa to ROBAL. M-chan twierdzi, że to karaluch. Jeśli to karaluch, to WIELKI jest. Uciekł, gdy wczorajszego wieczoru wróciłyśmy z wycieczki, ale przecież może wrócić… Brrrr.
W sumie powinnam być przyzwyczajona po całej walce z gokiburi, którą odbyłam w I-House, ale ten był WIELKI. Jak te, które mieszkają przy akademiowym śmietniku. Moim zdaniem żywią się kotami. W całości.

No i minęliśmy Pierwszy z Wielkich Przełomów (瞿塘峡, Przełom Qutang). Faktycznie niesamowity. Wielkie ściany pną się ku ukrytym za chmurami szczytom, a Jangcy robi się w tym miescu o wiele węższa niż dotychczas. Pierwszy Przełom jest krótki, po chwili pionowe ściany zmieniają się w zielone góry, ale widoki nadal wspaniałe. Gdzieniegdzie widać białe znaki wbite w skałę – to oznaczenia poziomu, do którego podniesie się woda po zakończeniu zalewania. Wielka szkoda.

Na kilkanaście minut przed wpłynięciem na I Przełom górny pokład pęka w szwach. Widoczność się poprawiła, ale nadal siumpi (choć już nie leje), więc pod zadaszoną częścią pokładu ścisk straszny. Wpływamy na Przełom i tłum przerzuca się na prawą burtę. Nigdy nie dyskutuj z sensownością poczynań chińskich turystów. Po prostu podążaj ich śladem.
Obfotografowałyśmy prawą burtę, przeniosłyśmy się na lewą i czynność powtórzyłyśmy. I Przełom jest krótki (8km), ale faktycznie robi wrażenie.
Teraz czekamy na kolejną atrakcję: wycieczkę na Małe Przełomy.

Przybiliśmy do jakiegoś nienazwanego miejsca, które jednak było miastem niemałych rozmiarów. Wzdłuż obskurnego (czyt. typowego), zbudowanego głównie na bazie starych łodzi i tratw portu ciągnęł się równie obowiązkowy szpaler szałasów z towarem dla turystów. Typowy, ale przeważały … kamienie.
Gaijińskim tekstem dnia było „Idź na brzeg, kup kolejny kamień”.

Poprowadzono nad ku innej kei, gdzie wręczono nam po zalaminowanym bilecie, który nam 30 metrów dalej odbierano. Chińska logika.

„Małe” łodzie były, w naszym przypadku, dwupiętrowymi motorówkami z wygodnymi fotelami, mieszczącymi spokojnie i po 300 osób.

小三峡

3 Małe Przełomy (小三峡) powinny być pozycją obowiązkową, nie wycieczką fakultatywną. Z poziomu znacznie mniejszej łodzi na wąskiej odnodze rzeki sprawiają niesamowite wrażenie. Od rana naprzemian lało i siąpiło, ale gdy tylko ruszyliśmy na 3 Małe Przełomy znacznie się rozpogodziło. Cud ^_^

Po pierwszym, Smoczym Przełomie był obowiązkowy, półgodzinny postój w jakiejś zapomnianej przez bogów dziurze nad brzegiem rzeki, gdzie straszyły jedynie szałasy pełne chłamu dla turystów.

„Kup pan kamień…”.

Cała wycieczka była długa, zwłaszcza, że statek płynął niespiesznie, a wracał tą samą trasą, którą przypłynął (statek zawraca przed płycizną, gdzieś w trakcie 3ciego małego przełomu). W drodze powrotnej skuteczną drzemkę uniemożliwiała pani z mikrofonem, która najpierw śpiewała (a wszyscy pasażerowie razem z nią x_X), a potem zachwalała kolejne towary, które można było następnie nabyć drogą kupna, a których było niemało. I tak przez 1,5 godziny. Heh.

W porcie kupiłyśmy dużą paczkę ciastek – poziom cukru utrzymujemy na wysokim poziomie ;P i … papier toaletowy (13Y). W kajucie czekało jedzenie i wygodne łóżko.

trwały link do tego wpisu

ship-lock

10 wrzesień 2006, 9:33| | Komentarze (3)

It's not a canal-lock. At least not here.

They call it SHIP-LOCK here.

Builders of the Great Dam cannot be wrong.... ;>

I would love to write more in english, but with my limited time I simply cannot repeat myself now. I will try to make it up for you LATER. Promise.

trwały link do tego wpisu

W Wuhan, na rozstaju

10 wrzesień 2006, 8:13| | Komentarze (4)

Hej Hej.

Mam problem z dostepem do Gmaila. Raz mnie loguje, raz nie, podobno problemem sa czaty, ktore ChRL blokuje regularnie :/ Jakbm tylko wiedziala, jak tego czata zablokowac na stale .... Bo teraz na przyklad jestem zalogowana od godziny (z wylaczonym czatem) i wszystko jest ok.
Ok. Czat zablokowany. Thx Blondasku.

Jest po 7AM, jestesmy w Wuhan, przed godzina przyjechalysmy tu z Yichang, gdzie skonczyl sie nasz rejs. 4 godziny w autobusie z banda klocacych sie Chinczykow, z ktorych co po niektorzy palili W AUTOBUSIE i w wiecznym przeciagu SSIE.

No ale dojechalysmy.

Pierwotnie mialysmy lapac pociag do Xian z Yiching, ale Chen i pani Li stwierdzili, ze Yichang to male miasto i moga byc prblemy z biletem do Xian i lepiej zrobimy, jadac do Wuhan, choc to zupelnie nie po drodze, bo na wschod, kiedy my musimy na polnocny zachod :] No i teraz nie wiadomo, czy dobrze zrobilysmy. Bo Bilety do Xian owszem, mamy, ale siedzace (hard seat), bo wagonow hard sleep nie przewidziano wyjatkowo dzis. Dupa blada.

No ale co robic. Spedzilysmy 10h na siedzaca, spedzimy i 15h.

Ostatnie 4 dni spedzilysmy plynac po Jangcy. Widoki niesamowite, zwlaszcza Male Przelomy, widziane z pokladu mniejszej lodki, do ktorej sie przesiedlismy.

Oczywscie nie odbylo sie to bez obowiazkowego przystanku na zakupy, ktory funduje sie czasem i kilka razy w ciagu jednej wycieczki. Na szczescie nam limitowano jeden taki przymusowy postoj na wycieczke. Uff.

Wczoraj przeplynelismy Drugi i czesc Trzeciego Przelomu i przed Tama 3 Wielkich Przelomow zaladowano nas do autokaru i przewieziono przez Akwarium (do kitu, ale czego mozna sie spodziewac po kolekcji rb z Rzeki Yangcy ;d), Tame (ochrone to maja tam taka, jak na kazdym lotnisku. Kosmos.), obowiazkowy postoj na zakupy (mam nowa torbe ;d) i w koncu na komunistyczne show, nazwane "Envoiremental Show". Mysl przewodnia przedstawienia glosila, ze to naprawde swietnie dla tutejszych ludzi, ze im partia komunistyczna sprawila tutaj teraz taka fajna wielka tame.

Ze srodowiskiem calosc miala niewiele wspolnego: tzn byly plony zyta i tanczace drzewka (na tereach wokol tamy zrobiono profesjonalne tereny zielone, posadzono MASE drzew i krzewow. Kolejny kosmos i pytanie: "Po co?").

Bylo glosno, byly spiewajace dzieci (niczym na pochodach pierwszomajowych), czerwone flagi i robotnicy. W tle lataly iskry spawarek, przez scene toczyly sie beczki pchane przez zastepny robotnikow, a w koncu bylo sielsko i anielsko, trawka, drzewka i spiewanie.

Normalnie myslalam ze tam zejde. Ale Chinczycy kilkakrotnie spontanicznie bili brawo, nasi barbarzyncy wydawali sie rozbawieni. Heh.

Jedyny minus calej "Wycieczki na Wielka Tame" (bo tak sie calosc zwala) to to, ze gdy my dawalismy sobie zrobic papke z mozgu na przedastawieniu, nasz statek i ci, ktorzy na wycieczke sie nie zdecydowali i pozostali na pokladzie, sluzowali sie przez 5 kolejnych sluz Wielkiej Tamy. Echhhh. Ja tez bym chciala.

Gdzie jest najblizsze 5 sluz? Preferuje Europe.

Po powrocie na statek przepsalysmy sie ze 3 godziny, bo po polnocy przybyjalismy do Yichang i trza juz bylo isc do autobusu. 4 i pol godziny w autobusie, w ktorym Chinczycy kloca sie o to, czy nawiew na dachu ma byc otwarty czy nie (wialo po mnie niemilosiernie, w rezultacie obecnie boli mnie gardlo) ... w koncu nawiew zamknieto, ilus zapalilo papierosy W SRODKU autobusu, no kosmos. Sklelam ich po polsku jak najlepiej umialam, ale zamkneli sie tylko na chwile.

Stwierdzam, ze nienawidze tego narodu, gdy musze z nim podrozowac. Bo ci na statku byli bardzo pomocni ... ale podrozowac z Chinczykami nie polecam, bo sie dra, charkaja, spluwaja na podloge (moze nie w autobusie, ale w pociagu juz tak), pala jak smoki (zeby w koncu zeszli na raka :] ... tanie papierosy to pewnie niecny plan partii komunistycznej, jeden z wielu w programie walki z przeludnieniem :])... Lech.

Tak wiec o 16 z minutami jedziemy do Xian, tam zostajemy 2 noce i 3ciego dnia jedziemy do Datong, gdzie zwiedzamy jaskinie i tego samego dnia jedziemy do Pekinu.

W Pekinie bedziemy 4 dni, potem Szanghaj, na Zolte Gory juz nam pewnie czasu nie starczy. Z Szanghaju wracamy do HK samolotem, ale za biletem rozejrzymy sie jeszcze w Pekinie. Ech, byle do cywilizacji....

trwały link do tego wpisu

Dzień 6: rejs

9 wrzesień 2006, 23:45| | Komentarze (0)

Obudzili nas przed 6, choć nastawiłyśmy sobie budzik na 6 i przecież byśmy wstały. O 6:30 zaplanowana była wycieczka do Miasta Duchów. Doszłyśmy do tego, że wszystko odbywa się wedle rozkładu, i że należy się trzymać okolicy własnej grupy, którą również zlokalizowałyśmy. Była to grupa pani Li, więc na przyszłość nie będziemy miały żadnych problemów.

Weszliśmy po schodach na brzeg, a stamtąd poszliśmy do Miasta Duchów. To, co ja uznawałam za twór wyłącznie turystyczny, okazało się być ponad 1600-letnią świątynią. Niestety na miejscu trzeba było dopłacić za możliwość wjazdu wyciągiem (15Y w jedną, 20Y w obie strony). W innym przypadku trzeba byłoby pod górę zaiwaniać. Zapłaciłyśmy, przejechałyśmy się, na górze była świątynia właściwa. Sprawiała o wiele lepsze wrażenie jeśli człowiek oddalił się od hałaśliwej wycieczki i mówiącego bezustannie (i po chińsku) przewodnika. Była pagoda, ale nie można było na nią wejść. Zastanawiam się, czy kiedyś znajdę pagodę, na którą BĘDZIE MOŻNA wejść. I nie na II-gie piętro (I-wsze wg polskich standardów), a WYŻEJ. Po zejściu z góry (myśmy zjechały, miałyśmy bilet w 2 strony) można było pójść w przeciwnym kierunku, gdzie było rzeczone Miasto Duchów, tym razem już czysto turystyczna mieszanka kiczu i religii. Na dodatek w trakcie zaczęło siąpić, ale powstrzymałyśmy się przed kupieniem parasolki i mądrze zrobiłyśmy, bo niedługo potem przestało.

Minęłyśmy kramy z szajsem, ale w drodze powrotnej kupiłyśmy banany (5Y za 4 sztuki, drożyzna). W Pałacu była inscenizacja chińskiego piekła, dosyć makabryczna, nie powiem, z iście chińską logiką oświetlenie i animacje były włączone tylko na jakiś czasem przeznaczony pewnie dla tłumów mniejszych niż nasz, więc regularnie gasły za nami światła, a ostatnie pomieszczenie „zwiedzałyśmy” już po ciemku. Heh.

I tyle. Wróciłyśmy na statek i zajęłyśmy kluczowe pozycje na górnym pokładzie (wstęp tylko dla posiadaczy specjalnej karty, 55Y + 10Y depozyt, kluczowe elementy: w cenie napoje, jakieś przegryzki i właśnie wstęp na górny pokład).

Teraz płyniemy dalej i już nie mam o czym pisać, więc skupię się na herbacie.

i Zabrać ze sobą: klapki pod prysznic, papier toaletowy, chusteczki nawilżane się przydają i woda butelkowana też, bo w pociągu z mycie jest różnie, a nie używałabym ich wody z kranu doustnie, zwłaszcza na bezludziu.
Jechać uzbrojonym w, najlepiej już przygotowane, kartki z napisami, czego się chce. „Proszę mnie zawieźć do [tu kanji nazwą].”,, „Gdzie jest kafejka internetowa.”, itp. Nie musisz umieć tego przeczytać, ważne, żeby oni potrafili.

Zatrzymujemy się jeszcze dwa razy: statek obraca się obowiązkowo dziobem w górę rzeki i cumuje przy kolejnej kei. Ale postój trwa tylko minut, po czym donośny sygnał informuje, że odpływamy. Nie ruszamy się z górnego pokładu, bo i po co.

i Magazyn That’s Beijing WWW.thatsbeijing.com -> http://www.thebeijinger.com/

Nagle zaczyna siąpić, pod wieczór mżawka zmienia się w ulewę, która, niestety, przywita nas następnego poranka. Ech, psie szczęście.

Wg planu o 14 z hakiem jest zwiedzanie kolejnego przybytku (zabytku, to jest), ale, o dziwo, statek się nie zatrzymuje i wycieczka się nie odbywa. Nas to ani ziębi, ani grzeje, ale nie możemy dojść, czy wycieczka nie odbyła się z braku chętnych (aż ciężko w to uwierzyć na statku pełnym ludzi) czy z powodu pogody. Miejmy nadzieję, że kolejna wycieczka, przewidziana na 19:30-21:30, jednak się odbędzie.

Pojawia się pani Li z SMSem od Chena. Dzwoni do niego, chwilę gadamy, dowiadujemy się, że Yichang to naprawdę małe miasto i mogą być (= będą) problemy z kupieniem biletu kolejowego do Xian. Radzi nabyć u pani Li przejazd autobusem (a może samochodem? Nie jest to jasne.) do Wuhan, a bilet na pociąg kupić już tam. Wuhan to największe miasto na Jangcy, więc coś w tym jest. Płacimy po 120Y/os, a pani Li tworzy nam karteczkę z napisem „Poproszę dwa bilety na pociąg z Wuhan do Xian”.

Popołudnie spędzamy na pokładzie, gdzie 2 komplety barbarzyńców są wyraźnie nudzące się, a ostatni obecny komplet zbił się w kupkę, pije piwo, pali i ogólnie hałasuje. Na pokładzie jest jeszcze jeden komplet barbarzyńców, 4-osobowy, ale najwyraźniej nie opuszczają oni swoich kabin. M-chan widziała ich raz, gdy konferowali ze sobą stojąc w drzwiach (mają kabiny naprzeciwko siebie). Może mają lęk przed otwartymi przestrzeniami? Na wycieczkach też ich nigdy jeszcze nie było.

Gdy deszcze zaczyna być zbyt agresywny, ewakuujemy się pod pokład. Nasza wycieczka zaczyna się dopiero o 21:30. Jak zawsze leci zapowiedź przez głośniki, ale pani Li i tak przychodzi sprawdzić, czy aby się nie zagapiłyśmy.

Leje, ale mamy sztormiaczki.

Droga na górę to liczne schodki,, wzdłuż których ciągną się stoiska z pamiątkami i jedzeniem. Olewamy, zapasy uzupełnimy w drodze powrotnej, a przeglądanie pamiątek w deszczu nas nie interesuje.
Na miejscu był … dom. Zachowany w całości, tradycyjny chiński dom, w którym spadziste dachy kończą się nad podwórkiem, w rezultacie w środku domu (podwórze jest w środku domu) mamy ścianę deszczu  Na szczęście reszta domu ma dachy 

M-chan robiła furorę robiąc zdjęcia ze statywu (powodzenia tym, którzy namiętnie pstrykali zdjęcia panoramy miasta z ręki ;P ), a że w Chinach praktycznie wszędzie można robić zdjęcia i używanie flasha rzadko kiedy jest zakazane, to podniosłyśmy niską do dzisiaj średnią zdjęć z Przygody.

W sumie nic specjalnego, ale figury były b. ładne, miały nawet opisy w chinglish, a poza tym mamy masę innych fotek. Szkoda tylko, ze deszcz uniemożliwiał zrobienie zdjęć na zewnątrz, bo i dom, i nastawiona na turystów (i jedyna oświetlona) uliczka wyglądały zachęcająco.

i Nie bardzo widzę sens kupowania biletów na Miasto Duchów i dom rodziny Pin w agencji: za oba bilety zapłaciłyśmy 100Y, czyli dokładnie tyle, ile trzeba by za oba zapłacić na miejscu (Miasto 60Y, dom 40Y).

Przewodnik Pascala ma rację, że z tych wycieczek można spokojnie zrezygnować. Wejścia są drogie, w obu miejscach, które widziałyśmy, chinglish występuje w śladowych ilościach, z reguły sprowadzając się do nazwy danego obiektu. W przewodnikach info o tych miejscach jest żadne, słowem, niewiele się z tych wycieczek wynosi. Ale myśmy były wygłodniałe, bo przecież już 5 dni jesteśmy w Chinach i praktycznie nic nie widziałyśmy (pomijam miasta przemysłowe i pociąg od środka), więc przynajmniej miałyśmy rozrywkę. Nie mówię, że wycieczki są złe, ale są drogie, gdy się porówna, co się w zamian otrzymuje. Oczywiście, jeśli ktoś zna chiński, sprawa przedstawia się zupełnie inaczej.

Miałyśmy czas na „przed 11PM” (odkryłyśmy, że godzina powrotu z wycieczki zapisana jest na tablicy przy wyjściu ze statku. Nice. Tyle że nam i tak wszystko mówi pani Li albo oddelegowana przez nią koleżanka), ale nawet z robieniem zdjęć z wyzwalaczem (10s tu, 10s tam), zakupami (19Y: 2xwoda 1,5l, 4xinstant ramen, „słodki”, jak twierdził sprzedawca, 1x pepsi 0,5l) i niespieszny zejściem na dół (nikt przecież nie chce stracić zębów na mokrych schodach) byłyśmy na pokładzie długo przed spodziewanym wypłynięciem.

Na statku trzeba być o czasie, bowiem nie czeka on na spóźnialskich. Co taki spóźnialski ma potem ze sobą zrobić, niestety nie wiem. W naszym przypadku niezrównana pani Li przyszła sprawdzić, czy jesteśmy. Byłyśmy. 

Ostatnim punktem dnia był prysznic. Pisałam już, że łazienkę mamy większą niż te w I-House: jest na tyle duża że nie trzeba odsuwać zlewu, gdy zamiast z kibelka chce się skorzystać z prysznica. Nie da się jednak zaprzeczyć, że nasze I-Housowe łazienki były czystsze i sprawiały o wiele lepsze wrażenie nawet wtedy, gdy zamiast zawartość spływu zaczynała gnić i wonieć. Heh.
No nic, czas na prysznic. M-chan wyniosła z łazienki wszystko, a przynajmniej tak jej się wydawało. Gdy po skończonym prysznicu wyniosła z łazienki papier toaletowy, mogła wydusić z siebie tylko jedno: „Przegrał”.
Hehe. Trzeba będzie kupić nowy.

Łazienka była kompletnie zalana, ale nic tam, mamy przecież klapki.
Zong wypłynął (dosłownie) dopiero po kilkunastu minutach. Otóż łazienkowy odpływ był mało wydajny względnie podziałała jakaś inna magia, ale podłoga na zewnątrz, przy drzwiach do łazienki, była kompletnie zalana.
No czad.
Na dodatek ten nadmiar wody przemieszczał się i miałyśmy już rzeczkę do okolic szafy. Ej no.
Dla bezpieczeństwa przeniosłyśmy plecaki możliwie najdalej od strefy zagrożenia.

Zapomniałam jeszcze wspomnieć o TV. Otóż mamy TV, ale z japońską wtyczką, która za żadne skarby nie pasuje do chińskiego kontaktu. Po wtyczce widać, że ktoś czynił nieśmiałe próby przystosowania jej do standardów ChRL, ale żadna, choćby największa siła nie zmieni bez uszkadzania wtyczki o równoległych bolcach na taką o położonych ukośnie.

chińskie wtyczki

^_^

Tak więc mamy, zgodnie z opisem, TV w kajucie. A że nie działa?
A gdzie w opisie było napisane, że to ma być działający TV?

trwały link do tego wpisu

Dzień 5: Chongqing (重庆)

8 wrzesień 2006, 20:03| | Komentarze (1)

Pobudka przed 6, by załapać się na jeszcze nie okupowaną łazienkę, gdzie przed lustrem można ochlapać się do woli wodą z butelki, którą dla bezpieczeństwa myłyśmy zęby. Call us paranoid.

Po 6 łazienka jest w stanie oblężenia, a my niespiesznie pakujemy się i zajmujemy miejsca na krzesełkach pod oknem celem nie tyle podziwiania widoków co zejścia z drogi szarżującym w obie strony współpasażerom.

Mam łóżko 中 (środkowe) , na którym niby można siedzieć, ale chyba gdy jest się BARDZO niskim Chińczykiem. M-chan o siedzeniu na swoim 上 (górnej) może zapomnieć. Krzesełka to lepsze rozwiązanie.

Wniosek na przyszłość : 中 nie jest warta zachodu i tych 15 czy 20Y, które trzeba za nie dopłacić (下 (dolna) jest odpowiednio droższa), a mając śpiwór bądź kaptur można się łatwo osłonić przed zimnym podmuchem klimy (który zresztą dociera do中), więc w sumie to najlepszy wybór. A że Chińczycy tłuką się o下 i 中, to szansa na kupienie上 jest największa.

Przejście na peron trochę trwało: 16 wagon był o 16 wagonów oddalony od wyjścia z peronu. Dobrze, że nie byłyśmy w wagonie 20, hehe.
Przed dworcem Chen skutecznie opędzał nasze stado przed naganiaczami, kupił mapę Chongqing i po chwili szukaliśmy autobusu do portu.

Do portu jeżdżą fioletowe 102, 120 i zielony 703.
1Y i jesteśmy. 38 groszy, hehe.
Jeżdżenie z przewodnikiem popłaca.

W porcie skierowaliśmy swe kroki do oficjalnej, państwowej agencji handlującej biletami na rejsy. Rejs owszem, mieli, ale ponad 2000Y sobie za niego liczyli. W cenie zawarte były wszystkie wycieczki, na które wcale jednak nie miałyśmy ochoty, zwłaszcza po tym jak Pascal powiedział nam, że niewiele z nich jest coś wartych. Opcji zrezygnowania z wycieczek agencja państwowa jednak nie przewidywała.

Tu jednak w Chena wstąpił duch chińskiego kapitalisty: posadził nas w poczekalni (skąd rozpościerał się interesujący widok: był most i kolejka linowa dla pieszych, a kolejna kolejka podjeżdżała wprost pod nasze okno ) i poszedł się wywiedzieć w innych, pobliskich agencjach.

Wracał 2 racy, przynosząc nowe oferty i mapy (w tym mapę całych Chin ^_^), aż w końcu trafiłyśmy na to, co chciałyśmy. Zamiast 3 dni weźmiemy 4, do tego 4 wycieczki (Małe Przełomy, Trzy Przełomy, Miasto Duchów (? Hehe) i jakąś świątynię. 1180Y. Niccccce. Agencja mogła nam też załatwić hotel na cały dzień: pokój za 70Y i perspektywa prysznica oraz możliwość zrzucenia gdzieś bagaży była kusząca, więc się zdecydowałyśmy.

Do hotelu, całkiem niedaleko, zawieziono nas taksówką, bo było pod górkę. Te górki to też powód dla którego tubylcy nie jeżdżą po mieście rowerami, wyjaśnił Chen.

To i zanieczyszczenie, Chongqing to jeden z Pieców Chin, największych i produkujących najwięcej zanieczyszczeń miast ChRL.

Zrzuciliśmy bagaże i pierwsze kroki skierowaliśmy do kafejki internetowej. I tu szok. Na zewnątrz typowa, brudna i śmierdząca uliczka, a za plastikową zasłonką przestronna, choć zadymiona i zdeczko ciemna sala pełna wysokich foteli i kompów. A sprzęt niebylejaki, bo chińscy farmerzy pocinali w Warcrafta ^_^. Karaluchy (podobno) patrzyły ze ściany łapczywie na M-chan, Chińczycy charkali i spluwali na podłogę (obrzydliwe), ale net działał bez zarzutu.

Wszystkie Google oprócz chińskich są blokowane, tak jak cała Wikipedia, ale udało mi się pokonwersować ze Sławkiem (Gmail dziwnie rozłączało co pewien czas… dlaczego?), napisać notkę na bloga, odpisać na maile i nawet jakieś zdjęcia na flickr skomentować . Normalnie jak w domu.

Potem poszliśmy się wywiedzieć, czy nie dałoby się kupić tu biletów na pociąg z Yichang do Xi’an. Nie dałoby się. W Chongqing można kupić tylko bilety na pociągi z Chongqing. Heh.

Jeszcze w kafei (15Y za 3 osoby, za 2h) Chen wyszukiwał nam pociągi i samoloty z kolejnych punktów naszej podróży, więc teraz, po niepowodzeniu przy kupowaniu biletów stwierdził, że napisze nam kartki w różne miejsca, żebyśmy jadąc gdzieś czy kupując bilet mogły tylko pokazać kartkę. ^_^

Na przyszłość: by sprawnie poruszać się po chińskich kasach biletowych naprawdę nie trzeba znać chińskiego. Na angielski oczywiście nie ma co liczyć (za wyjątkiem dużych miast na wybrzeżu, popularnych wśród obcokrajowców). Wystarczy zapisać sobie na kartce (najlepiej przepisując kanji z przewodnika lub mapy): skąd, dokąd, jak (hard seat, soft seat, hard sleeper, soft sleeper i godziny), a pani w kasie DA RADĘ. Nawet odpisze, jeśli jakieś połączenie nie jest już dostępne. Proste i piękne, polecam z doświadczenia.

Przeszliśmy się po niespodziewanie odnalezionym centrum Chongqing, które przypominało centrum każdego dużego miasta, więc było swojsko i od razu poprawiło nam się samopoczucie. Ech, miastowi ;P

centrum Chongqing

centrum Chongqing

Idziemy do McDonalds’a, bo nie jesteśmy jeszcze na tyle dzielne, by się zatruć już 5tego dnia. Wracając próbuję kupić torbę [nie mam torby, czerwony plecak został w Japonii], ale 25Y i niechęć sprzedawcy do jej zbicia (torba miała coś mazakiem na taśmie zapisane) skutecznie mnie odstraszyły. Bez mrugnięcia okiem nabyłam jednak t-shirt, który przykuł moją uwagę już w drodze w drugą stronę [mieli tam masę fajnych tshirtów], ale gdy ja bez mrugnięcia okiem płaciłam 68Y (ok. 25zł) za koszulkę, Chen łapał się za głowę, jak można tyle płacić, koszulki za 25Y się kupuje. Ale że to był sklep (firmowy), to targować się nie dało, a ja mam słabość do koszulek (ogólnie to ja mam słabość do RZECZY), więc koszulka jest już moja. Już na statku ją przymierzyłam, a M-chan zrobiła zdjęcie: przy najbliżej okazji wyślę je Chenowi, będzie się mógł znowu złapać za głowę ^_^. Jeszcze szybkie zakupy – Carrefour (jak na Reducie ;P) i wróciliśmy do hotelu (recepcja hotelowa na 5 piętrze, pokoje hotelowe na 15stym, odpraliśmy się kolejno i można się było zrelaksować.

M-chan, Chongqing

Chen, Chongqing

me, Chongqing

widok z naszego okna hotelowego

widok z naszego okna hotelowego

Przed 19 (ech, nie ma to jak nieśmierdzące ubranie) poszliśmy do portu. Z biletami w garści pojechałyśmy (2Y/os) specjalną kolejką szynową do portu właściwego (wpuszczane są wyłącznie osoby z biletami – dla Chena zrobili wyjątek – po przeskanowaniu bagażu, niczym na lotnisku). Kabinę mamy luksusową, łazienka mocno średnia, ale większa od tych, do których jesteśmy przyzwyczajone ;).

Chen coś tam z obsługą podyskutował i pani Li obiecała pomóc przy zakupie biletów z Yichang do Xi’an, Chen napisał jej nawet specjalną karteczkę.

Niestety, niedługo mieliśmy odpływać, więc trzeba się było pożegnać. Szkoda, bo nie tylko potwornie nam pomógł, ale i fajny z niego człowiek, więc miło było pogadać. Wymieniliśmy się mailami, może kontakt się nie urwie.

Poszłyśmy na górny pokład i kontynuowałyśmy konkurs na liczenie barbarzyńców (2pkt za dużego, 1pkt za małego, obecnie mam 21 pkt a Chan 19). Parę fotek, piaskiem w oczy, odbiliśmy i można spać.

w porcie w Chongqing

Sailing away from Chongqing

Dusk in Chongqing

Chongqing, port nocą

trwały link do tego wpisu

Dzień 4: W pociągu do Chongqing

7 wrzesień 2006, 20:02| | Komentarze (0)

Jedziemy do Chongqing. Wyspałam się, zjadłam, pograłam w karty, napisałam to, co czytacie. Wracam spać, już 13PM ;)

Nad ranem jacyś Chińczycy, chyba rodzina pode mną, zakosili mi kołdrę. Miałam śpiwór, ale kurde no, nie mają własnych? Na szczęście właśnie wstawałam, a teraz oni już wysiedli i kołdrę zwrócili.

Kosmos.

Walnę się i posłucham muzy z „Kingom Hearts”, bo mi się miło kojarzy z I-Housem i Japonią.

Do usłyszenia.

Update:

Nie mogę więcej spać. Muza leci jakaś smętna (.hack), cały czas myślę o I-Housie, przyjaciołach, którzy niedawno, choć wydaje się to jak wieki, wrócili już do swoich krajów, o miłym wrażeniu, jakie sprawiło mieszkanie Natalii (miałam półgodzinnego doła, gdy pedałowałyśmy z ostatnimi bagażami do Natalii, taka nasza road of no return) … na dodatek za oknem pada.

Tu w blogu-na-papierze wpisano (ręką Chena):
Shipinchen 013726261687

Poznany wczoraj przy okazji kupowania biletów leżących młody Chińczyk pojawił się dzisiaj w naszym wagonie kolejny raz, tym razem z chęcią pogadania dłużej.

Pogadalim, bo przecież rzadko ostatnio trafia się okazja do pogadania. Opowiedziałyśmy o planowanej trasie naszej wycieczki, co zainteresowało większą liczbę współpasażerów, więc raz my, raz Chen, musieliśmy coś powtarzać ponownie.
Rozmówki angielsko-chińskie zaliczyłyśmy.

Chen pojawił się trochę później ponownie, podarował przekąski (z kurczaka zrezygnowałyśmy z wiadomych przyczyn) i zaoferował pomoc w znalezieniu autobusy/statku i hotelu na jutro. Super!

On sam jedzie do Chongqing na miesiąc do swojego „student”, ale pracę zaczyna dopiero za 2 dni, w Chongqing nie ma co w ten wolny dzień zbytnio robić, więc chętnie pomoże.

Na pomoc zgodziłyśmy się chętnie, pomne wydarzeń z wczoraj.

Zjadłyśmy też po chińskim instancje, których od japońskich (instant) ramen smakuje jednak niebo lepiej. Wrzątek jest gratis, kranik jest na krańcu każdego wagonu.

Znowu przegrywam w 66. Dobranoc.

trwały link do tego wpisu

Dzień 3: z Hong-Kongu do Guanghzou (广州)

6 wrzesień 2006, 20:02| | Komentarze (1)

M-chan zapomniała przestawić czas w komórce i w efekcie wstałyśmy o godzinę za wcześnie. No bywa.

Z hotelu poszłyśmy na odnalezione wczoraj miejsce autobusowe, gdzie kupiłyśmy sobie po bilecie do Guanghzou (czyt. Głandzo), z przesiadką na chińskiej granicy (80HK$ za osobę). Wcześniej uzbroiłyśmy się w wodę (10HK$) i Snickersa (to ja, 7HK$). M-chan w rezultacie aż do Guanghzou nic nie jadła 

Były potworne korki, więc zamiast 3 godzin jechaliśmy ponad 4 :/
Na granicy, zarówno tej HK-Shenzen, jak i Shenzen-ChRL, nie robiono nam żadnych problemów i b. sprawnie posłano dalej. Jeszcze w HK nalepiono na nas specjalne nalepki, by obsługa autobusowa mogła nas łatwo wyłapać i wsadzić do odpowiedniego autobusu (granicę przekracza się pieszo, po drugiej stronie czekają nowe autobusy).

Korek, a i późniejsze wysadzenie nas w miejscu dla nas mało korzystnym (Garden Hotel w Guanghzou) zmniejszało nasze szanse zdążenia na kolejne pociągi.

W Pascalu napisano, że najłatwiej na dworzec dotrzeć autobusem. Niestety, mimo 2 wielkich przystanków nasz autobus się tu nie zatrzymywał, a mimo najlepszych chęci spotkana po drodze Chinka nie była nam w stanie skutecznie pomóc.

Gdy skończyłyśmy inspekcję 2giego przystanku zaczepiła nas para angielskich turystów. Poradzili taksówkę, dali kwitek z kanji (w Pascalu napisano, że Wschodni Dworzec obsługuje wszystkie ważne dla turystów, długodystansowe połączenia, ale kanji na niego już nie podano…), który można bezstresowo pokazać taksówkarzowi i skończyło się na tym, że wzięłyśmy taksówkę. 17Y (juanów, 元) później byłyśmy na stacji: wielkiej i nowoczesnej, ale oznaczonej od czapy, więc potrwało, nim znalazłyśmy odpowiednią kasę biletową.

W kasie pani nas informuje, że bilety do Chongqing (czyt. Ciocin) (ponad 2000 km!) to nie tu, tylko na Dworcu Głównym, który wg Pascala obsługuje wyłącznie połączenia lokalne. Czad.

Zmęczone łapiemy kolejną taksówkę i jedziemy na Główny. Wokół remont, dworzec również w remoncie, masa bramek i płotów, więc trzeba nadrabiać drogi by dostać się w pobliże licznych wejść na dworzec. Odbiłyśmy się od jednego okienka, potem od lewego wejścia, gdzie nas skierowano (tam wpuszczają wyłącznie posiadaczy biletów). Ale policjant zagadał z jakimś nastolatkiem, który poprowadził nas odpowiednio, a potem próbował kupić z nami bilet. Niestety, niczym fala, kolejne okienka zamykano przed naszymi oczami, zaciągając zasłonki. Znak, że nie ma już biletów!

O zgrozo.

W ostatnim okienku były bilety, owszem, ale tylko siedzące. Guanghzou to drogie miasto, padałyśmy na twarz, więc szansa na znalezienie choćby przyzwoicie niedrogiego hotelu spadała znacznie, opóźniałyśmy się w ten sposób o 1 dzień…

Oczywiście, jak to w Chinach, biletu na jutro kupić nie można.
Można to zrobić dopiero … jutro.

Szybka decyzja i kupujemy biletu siedzące. Dowiadujemy się, że istnieje szansa ich upgradowania do sleepingu już u konduktora, więc nastraja nas to ździebko pozytywniej.
Mamy bilety w garści. To ostatni z dzisiejszych pociągów, odjeżdża o 20:50, mamy więc czas coś zjeść (KFC, set 18Y), odsapnąć w bezpiecznej atmosferze (lokal cały czas patroluje policjant) i zrobić zakupy jedzeniowe na najbliżej 32 godziny.

Kupujemy 2l wody, 4 instant zupy w kubkach, 3 opakowania ciastek (+/- 40Y), herbatę i zupki w proszku mamy. Nie mamy kubków, ale możemy improwizować w kubkach po instantach. Bardziej nas martwi brak pałeczek czy też innych sztućców, które w Japonii dają ci przy kasie. Tu ich nie ma. Robimy rundkę wokół pozostałych sklepów w okolicy: pałeczek nie sprzedają, za to kupujemy karty do gry (3Y). Idziemy do lewego wejścia, pokazujemy bilety i bez problemów znajdujemy poczekalnię naszego pociągu.

Na sali tłum, zakaz palenia jest regularnie ignorowany. Dostępna jest wrząca woda za darmo, norma, także w chińskich pociągach.
Wygrywam w wojnę w 40 minut, pod czujnym spojrzeniem siedzących w okolicy Chińczyków. Żeby im totalnie namieszać w głowach gramy jeszcze w Makao i co? I też wygrywam. Powodzenia w połapaniu się w zasadach, hehe.

Chińczycy, jeśli chodzi o tłoczenie się i przepychanie, to nasz bratni naród. Zajmujemy kluczowe pozycje i z nieudanym „Do Przodu Polsko!” pędzimy z tłumem na peron i do wagonu. Każdy wagon ma numerek i konduktora w drzwiach. Ten wpuszcza do wagonu tylko osoby z odpowiednią miejscówką, nie ma więc mowy o pielgrzymkach zagubionych, jak to ma miejsce w polskich pociągach.

Jako że Chińczycy mają walizki na kółkach, torby i toboły, w wyścigu nie mają z nami szans, jesteśmy w naszym wagonie nr 8 jako jedne z pierwszych, mamy więc gdzie rozłożyć bagaże.
Zdobycie miejsca na półce bagażowej to klucz do sukcesu w chińskich pociągach. Potem zaczyna się … wojna. Ludzie mają ogromne ilości bagażu: wagonowy (?) dwoi się i troi, by je wszystkie ułożyć w bezpieczne dla życia siedzących niżej ludzi piramidki.

Wagony są szerokie, pozbawione ścianek działowych: w jednym szeregu jest 5 miejsc w formacie 2 + 3. Miałyśmy to nieszczęście, że dostałyśmy miejsca środkowe i przy korytarzu, a że fotele w pociągach są całkowicie pozbawione poręczy i zagłówków (ot, taki pałąk o kącie 90°) to miałyśmy marne szanse na wyspanie się. Gdy ruszyliśmy rozpoczęłam jedną z wielu wędrówek w celu wywiedzenia się, jakie mamy szanse na zmianę biletu. Poznałam Chinkę, która bardzo dobrze mówiła po angielsku i która z chęcią zgodziła się pomóc.

Ludzie tutaj są b. uczynni, gadatliwi i pomocni, jednak większość mówi wyłącznie po chińsku. Na nasze skonfundowane spojrzenia i „I don’t speak chinese” otrzymujemy wyłącznie więcej słów po chińsku.
Swoją drogą to dobre miejsce do ćwiczenia konwersacji, jeśli ktoś choćby śladowo zna język. Mój chiński składa się z dziękuję (się-sie), wymeldować się (ciun-la) i pałeczki (ksiaci). Heh.
Na dodatek obie mamy problem z przestawieniem się na angielski, czego dowodem są liczne „sumimasen”, „arigatou” i „hai”. W Japonii zakodowało się nam w głowach, że po angielsku to można wyłącznie do białych twarzy … i teraz mamy efekty.

W wagonie 11 jest „office”. Powiedziano mi tam, żebym przyszła po 45 minutach, potem po godzinie, w końcu: nie ma, wszystko jest sprzedane, trzeba przyjść rano, ok. 6. No trudno.

Pojadając wafelki przysypiałyśmy w kombinacji: M-chan na kawałku stolika, ja na M-chan.
Regularnie przechodzący ludzie z wózkami jedzenia na ciepło \ owoców i przekąsek \ owocami \ gazetami \ wrzątkiem i pan wagonowy, który jak nie zamiatał to rozmazywał podłogę powodowały, że trochę nam zajęło przywyknięcie do tego hałasu i uśnięcie.
Jedyne, co było ciężkie do zniesienia to dym papierosowy.
W przedziale nie wolno palić, ale wolno to robić w przejściach na krańcach wagonów, gdzie są też WC i łazienki. A że drzwi są otwarte, to dym leci do środka :/

Nasz pociąg był „drogi”, miał Klimę. I tak jak doceniam klimatyzację, to ZIMNO panie jest, gdy zmęczona siedzisz bez ruchu, więc polecam wziąć bluzę lub dwie.

M-chan ustawiła budzik na 5:40, więc gdy nadeszła pora zabrałam moją Chinkę i poszłyśmy do wagonu 11. Była to pora jakiegoś dłuższego postoju, nabyłam (dopłaciłam +/- 110 i 115 Y) do biletów i mogłyśmy w końcu iść spać, mimo że już świtało.

Dotarcie do wagonu 16 trochę nam zajęło, ale na miejscu konduktorka pokazała nam co i jak i padłam na twarz.

Dobranoc!

Uwagi po:

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego w blogu-na-papierze nie wspominam o naszej sąsiadce z wagonu nr 8, b. miłej Chince, która charkała mi pod nogi z regularnością zegarka. Może wtedy szok ogólny powodował, że charkanie nie wydawało mi się tak obrzydliwe, jak wspominam je dziś. To samo dotyczy rzucania pustych opakowań po przekąskach wprost na podłogę. Nasza Chinka elegancko upychała je pod swoim siedzeniem, wciskając je między plastik i materiałowy pokrowiec.

Argh.

Chyba tego nie napisałam, ale z tego co pamiętam albo od razu miałyśmy miejsca przy oknie i środkowe, albo jakoś je z sąsiadami (byli większą grupą) wymieniłyśmy. Koniec końców miałyśmy dostęp do stoliczka, który rozciąga się między fotelami na długość 1,5 krzesła. Nie rozumiem, dlaczego tylko tyle, ale przynajmniej jednak osoba mogła go użyć za poduszkę.

Ogólnie podróż z HK do Chongqing był najbardziej masakryczną częścią wycieczki. Z leżącej w zupełniej innym świecie Japonii trafiłyśmy do środkowo-południowych Chin, biednych, rzadko odwiedzanych przez turystów. Można powiedzieć „prawdziwych Chin”. Teraz już by mnie to tak nie szokowało, ale wtedy entuzjazm wycieczkowiczów sięgnął dna.

Guanghzou występuje w polskiej literaturze jako Kanton. Do tej pory uważałam, że Kanton to prowincja, a tu taka niespodzianka.

trwały link do tego wpisu

farming.....

6 wrzesień 2006, 13:02| | Komentarze (4)

I'm in internet cafe in Chongqing and guess what, I'm surrounded by Chinese Farmers!

Oh, yeah!

P.S. Couldn't add a Wikipedia link, since Wikipedia is either blocked here or simply doesn't work. Google it by yourselves ;d

trwały link do tego wpisu

w Chongqing

6 wrzesień 2006, 12:12| | Komentarze (10)

Nie uwierzycie,ale juz jestesmy w Chongqing, zwanym piecem Chin.

GMail mnie zalogowal, ale natychmiast potem sie na mnie wypial i strona juz nie dziala. Nie wiem czy to urok ChRL czy moje szczescie.... szkoda, widzialam mase nowych maili :(

Update, juz jest ok. Nic nie forwardujcie, jest good, nawet ze Slawkiem pogadalam :)

Mialam napisac: Robcie forward na szulima na poczta.fm. ale poczta.fm TEZ nie chce mnie zalogowac - przy probie logowania pojawia sie

NIEPRAWIDŁOWY ADRES STRONY Nie znaleziono strony o podanym adresie. Adres wpisany do przeglądarki jest niepoprawny i nie odwołuje się do żadnego dokumentu na serwerze. Sprawdź poprawność adresu lub zajrzyj na stronę startową systemu bezpłatnych kont pocztowych.

Dupa blada.

A wracajac do Chin:

W Guanghzou jezdzilysmy jak glupie z jedej stacji kolejowej na druga, bo tak madrze to opisano w przewodniku. Bez chinskiego jest tu TRUDNO. Chinczycy staraja sie pomoc, ale coz z tego, jak wiekszosc bardzo marnie lub wcale nie mowi po angielsku :/

W koncu z pomoca kupilysmy bilety na ostatni pociag tego dnia, niestety, WSZYSTKO bylo juz wykupione, pozostaly nam miejsca siedzace. :/ Pani w okienku powiedziala, ze mozemy je zmienic na lezace juz w wagonie, jesli beda jakies wolne. Ryzykfizyk, na noclegu w Guanghzou bysmy pewnie zbankrutowaly, bo tu drogo, a i plan podrozy by nam sie obsunal. Kupilysmy.

Opisze wam cale doznanie jak juz bede miec czas przepisac mojego bloga-na-papierze, teraz tylko powiem, ze dopiero o 6 rano udalo nam sie bilety kupic na lezace i przespalysmy wiekszosc podrozy, w czasie snu na jawie gralysmy w karty.

Sleeping nie jest meczacy, dzis dojechalysmy o 6:50 i wybitnie genki jestesmy.

Pomaga nam poznany w pociagu Chinczyk: dzis o 20:00 rusza nasz statek (mamy pierwsza klase i 4 wejscia do zabytkow/pomniejsze wycieczki za 1300 RMB od osoby .... powiem tylko, ze szykowalysmy sie na 2500 od osoby :)

Jakie sa Chiny? Probowalam opisac to rodzinie, ale slabo mi szlo...

Chiny widziane z pociagu (przejechalysmy ponad 2000km) sa rolnicze, biedne ... domki jak z kartonu ... brudne. Ale sa autostrady i liczne wiadukty. Miasta sa koszmarami ze snu o rewolucji przemyslowej: wielkie, pelne smogu i spalin, z dziesiatkami i setkami gigantycznych wiezowcow. Ale nie myslcie o Wa-wie, raczej o centrum Kairu.

Chinczycy chca byc pomocni, chetnie by tez pogadali, ale tu przeszkoda jest bariera jezykowa. Ale z angielskim jest u nich lepiej niz u Japonczykow. Szkoda tylko, ze sa zupelnie na indyeidualnych turydtow nieprzygotowani .... rzadko gdzie jest info po angielsku.

Bylysmy JEDYNYMI barbarzyncami w pociagu (2 dni! my i Chinczycy ... a pociag byl dlugo, 20 wagonow mial), wiec teraz nie moge sie doczekac spotkania z jakimis Bialymi Twarzami. Hehe, co tez kraj z czlowiekiem robi....

Tu prosba. Jak macie jakies dodatkowe info ode mnie, to sie dzielcie. Ja sie nie rozdwoje, czasu mam tylko tyle ile mam, wiec jak ktos wie cos nowego, niech podesle innym / tu wklei albo co.

trwały link do tego wpisu

Dzień 2: Hong Kong

3 wrzesień 2006, 23:07| | Komentarze (6)

Spałyśmy jak zabite do 10, ale po niecałej godzinie, gdy już się doprowadziłyśmy do stanu, byłyśmy gotowe do drogi.

Śniadanie w McDonaldsie nie jest złe, bo jest kawa (po za tym jest standardowo złe ;>), mogłyśmy tez zaobserwować różnice w kulturze spożywania fast-foodowych posiłków między Japonią a Hong Kongiem. W Japonii klient, przed opróżnieniem tacki segreguje śmieci, wlewając resztki napoju i lodu do specjalnego otworu, a plastiki oddzielając od kartonu i resztek jedzenia.

W Hong Kongu nie tylko nie ma segregacji, nie ma też zwyczaju odnoszenia tacek do kosza na śmieci. Po sali krążą zastępy pracowników których jedynym zadaniem jest sprzątanie po szacownych klientach.

Nie chcąc odstawać za bardzo, przykładnie zostawiłyśmy nasze tacki na stoliku...

W drogę...

Z Nathan Rd. jest już bardzo blisko do portu "Gwiezdnych Promów" (Star Ferry), które są jednym z "must see, must try" Hong Kongu i którymi planowałyśmy dostać się na Lantau. Jakiez było nasze zdziwienie, gdy od pani z okienka dowiedziałyśmy się, że na Lantau to i owszem, ale bezpośrednio z Kowloon (Tsim Sha Tsui) pływa tylko First Class Ferry, a jeżeli chcemy płynąć Star Ferry, to musimy popłynąć do Central (wyspa Hong Kong) i płynąć na Lantau stamtąd. Pokazała nam cennik: 5HK$ różnicy nie było warte marnowania czasu: kupiłyśmy bilet na Lantau (32HK$).

Drogo? Napewno według przewodnika Pascala, którym się posiłkowałyśmy. Niestety, zapomina on wspomnieć, że w niedzielę (czyli dziś) obowiązują specjalne ceny :]. Ech.
No nic.

Lantau

Popłynęłyśmy na Lantau (30-40 min), a tam wsiadłyśmy w autobus (25$) do Ngon Ping, gdzie znajduje się budda i świątynia. Podróż krętymi drogami trwa około godziny, a buddę widać już z daleka.

Nie wydaje się być tak duży jak budda z Kamakury (patrz: Kamakura po raz pierwszy, Kamakura Bus Trip, czyli Kamakura po raz drugi), ale urody mu odmówić nie można.

Kupiłyśmy wejściówki (nie "meal ticket", te za 23$) i wdrapałyśmy się po 260 stopniach pod sam nos Oświeconego. Z wysoka było widać cały kompleks świątynny Po Lin, zatokę, a nawet stację pobliskiej kolejki linowej.

Budda na wyspie Lantau

Hong Kong, Lantau

Widok spod buddy

Hong Kong, Lantau

Nie wiem jak nazywają się ci mniejsi, ktorzy wielbią Buddę, ale to jeden z nich:

Hong Kong: Lantau: Buddha

Budda z dołu. I duuuużo schodków.

Hong Kong: Lantau: Buddha

Gdy jednak zeszłyśmy do świątyni, pogoda nagle zrobiła się nieprzyjazna turystom: zerwał się potworny wiatr i nadgonił chmury, w rezultacie budda zniknął nam z oczu. Dobrze, że już wypstrykałyśmy nasz limit zdjęć na niego ;)

Świątynia Po Lin na Lantau:

Hong Kong: Lantau: Buddha

Budda ze świątyni na Lantau:

Hong Kong: Lantau: Buddha

Uuuu, pogoda się psuje.

Hong Kong: Lantau: Buddha

Świątynia cd

Hong Kong: Lantau: Budda
Hong Kong: Lantau: Budda
Świątynia Po Lin
Świątynia Po Lin

Hong Kong

Obejrzałyśmy świątynię i można było wracać, tym razem jednak popłynęłyśmy promem na wyspę Hong Kong (32 HK$). Gdyby umieścić centrum Nowego Jorku na BARDZO małej wyspie, to można by uzyskać tanią imitację Hong Kongu. 50-60 piętrowe wieżowce, unoszące się nad autostradami przejścia dla pieszych, dwupiętrowe tramwaje i dwupiętrowe autobusy... Ciężko to opisać, cała wyspa to jak jedno wielkie londyńskie City.

Hong Kong
Hong Kong
Hong Kong
Hong Kong

Przy okazji zaobserwowałyśmy ciekawe zjawisko. Otóż każdą wolna przestrzeń placów i obszarów około-placowych, ale też przejścia podziemne zalegały grupki kobiet w różnym wieku. Wiele grało w karty, część plotkowała, ale były też grupki śpiące, jedzące, tańczące. Jeśli było to spotkanie rodzinne, to nie obejmowało ono rodzaju męskiego.

Niedziela w Hong Kongu: yikes

niedzila w Hong Kongu

Nie byłyśmy skłonne zapłacić za wjazd na szczyt budynku Bank of China (a i widoczność była nieszczególna), zadowoliłyśmy się więc spacerem po okolicy: katedra, park i ... krowy!

Krowia Parada

Krowia Parada, to nic, że pożyczona z Krowiej Parady 2004 w Pradze, oblegała okolice Banku Chin. Zrobiłyśmy kilka zdjęć, a ze znalezioną (i całkiem przystojną, pozwolę sobie dodać) polską krowa zrobiłyśmy sobie nawet zdjęcie grupowe ^_^

Cow Parade
Cow Parade
Cow Parade
Cow Parade
Cow Parade
Cow Parade

Teraz Polska

moi, M-chan i krowa dobra, bo polska

W końcu wrociłyśmy do portu i za szalone 1,7HK$ przedostałyśmy się na stały lad, do Kowloon.

Star Ferry

Hong Kong's Star Ferry

Widok na wyspę Hong Kong

Hong Kong

Kowloon

Spacer był wielce interesujący, a szok związany z wejściem do pierwszego 7/11 ogromny x_X W środku była palarnia połączona z pijalnia piwa, a półki były pustawe i zupełnie nam się to nie skojarzyło z przyjaznymi, japońskimi combini. To się nazywa różnica kulturowa.

Kowloon, pętla autobusowa, port i widok na Hong Kong

Kowloon

Właściciel hostelu podał nam metodę na dotarcie do Guaghzou, poszłyśmy więc sprawdzić, czy jego instrukcja jest słuszna. Zabłądziłyśmy tylko raz :)

Wyprzedaż w jednym z mijanych sklepów: otwarta wojna.

One SALE and a whole street went crazy...

Na obiad zafundowałyśmy sobie Pizza Hut (85HK$ z obsługą) i można było wracać, domyć się (później nie będzie gdzie ;d) i spać.

Wkręt na koniec

PS. Tu w blogu-na-papierze jest dopisek:
Wyjechać Jon'owi za nienauczenie mnie "gry w kciuka".

Waaaagh!

trwały link do tego wpisu

dzien 2: Hong Kong

3 wrzesień 2006, 20:57| | Komentarze (7)

Jestemy w Hong Kongu. Spalysmy jak susly, ale udalo nam sie zebrac i poplynac na Lantau, zobaczyc Wielkiego Budde. Nazw swiatyn wam nie podam, bo sa typowo chinskie: duzo spolglosek i gdzieniegdzie spacje :]

Jutro rano wybywamy z Traveller's Hostel (polecam!) i jedziemy autobusem do Guanghzou, a stamtad juz bez przerwy, 30-kilka godzin do Chongqing. Dzis bezskutecznie probowalysmy kupic tanie karty do gry, ale nasza i tubylcza definicja slowa "tanio" sa rozbiezne.

No nic, muza i blog-on-paper beda musialy wystarczyc.

Odezwe sie, kiedy sie odezwe. Pozdr z Chin!

trwały link do tego wpisu

1 dzien: Narita - Hong Kong, ladowanie na wyspie

2 wrzesień 2006, 23:57| | Komentarze (1)

Lot byl opozniony bodajze 35 minut, ale nadrobilismy w powietrzu i o dziwo, bylismy w Hong KOngu o czasie. Pierwszy raz w zyciu lecialam najwiekszym Boeingiem we flocie Northwest Airlines, przyjmujacym na poklad ponad 400 pasazerow 747-400 (moglam pomylic numer, kiedys sie poprawi ;d).

Jedzenie bylo zjadliwe a wszystkie informacje zarowno po angielsku, jak i po chinsku, nie ma na co narzekac.

W Hong Kongu jest WILGOTNO. Bueeeee. I spotyka nas to teraz, gdy pogoda w Japonii wlasnie zaczynala sie poprawiac :] Ech.

Hostel znalazlysmy bez problemow, informacja turystyczna dziala tu bez zarzutu.

Wiecej przy kolejnej okazji. Pap.

trwały link do tego wpisu

Dzień 1: Narita, Japonia - Hong Kong

2 wrzesień 2006, 23:07| | Komentarze (0)

Na lotnisku bez przeszkód, ale wcześniej nieudana próba anulowania umowy z operatorem komórkowym (AU). Czekałyśmy w Kita Urawa GODZINĘ i nic, pani nie była w stanie zliczyć nam rachunków.

Te udało nam się jednak zabrac ze sobą i anulować komórki w ciągu 15 minut na lotnisku Narita. Trochę głupio w sumie wyszło, bo mogłybyśmy je trzymać do końca września i pewnie zapłaciłybyśmy tyle samo. Ale miałyśmy już dosyć jazd ze zrwyanieiem umowy, a w perspektywie niewiele czasu wolnego po powrocie z Chin, więc w sumie może i dobrze się stało.

Moi na lotnisku:

moi na lotnisku Narita

5000 jenów później przespacerowałyśmy się po Narita, zjadłyśmy posiłek mistrzów (海老フィレト,hehehe) i niespiesznie ruszyłysmy do gate`a. Lot już od 3 godzin oznaczony był jako "Opóźniony": zamiast 18:30 start zaplanowano do 18:45.

Piszę w samolocie: idzie ciężko, bo straszne turbulencje.

Miałyśmy się na własnej skórze przekonać, co oznaczają nowe przepisy bezpieczeństwa (obowiązuje tylko na lotach liniami amerykańskimi i lotach do USA, ale my leciałyśmy amerykańskim Northwest :] ): poza standardowym prześwietleniem bagażu przed check-in'em i kontroli przy wkraczaniu do strefy pasażerskiej (prześwietlenie rzeczy osobistych, bramki, wykrywacze metalu) czekało nas jeszcze przeszukanie bagażu podręcznego już w gate-room`ie. Kosmos.

Wcześniej chciałam jeszcze wspomnieć, że gaijin-karta, przy tymczasowym opuszczaniu terytorium Japonii przysparza więcej problemów nić korzyści: tylko posiadacze "Re-entry permit" (Zezwolenia na powtórne przekroczenie granicy) muszą przed spotkaniem z oficerem imigracyjnym wypełnić papierek.

Papierek jest na tyle podchwytliwy, że ja wypełniałam go dwa, a M-chan aż trzy razy :] ;>

Już na pokładzie okazało się, że to, co uznałyśmy miejsca w tym samym rzędzie, ale nie obok siebie (bodajże H i K), to para foteli na krańcu samolotu. W tym miejscu gigantyczny (ponad 400 pasażerów, 2 pokład , zasuwa 900km/h) Boeing 747-400 się zwęża i w rezultacie zamiast rozkładu siedzeń w standardowym dla tego samolotu rozkładzie 3-4-3 , czekała na nas "dwójka" z 2-4-2 ^)^. Bardzo przyjazne miejsca, nie powiem, i na nogi, i nawet na bagaż miejsca jest więcej (bo dzielimy 6-ścio osobowy locker tylko z dwiema innymi osobami).

Ale strasznie trzęsie w tym samolocie...
Idę się zdrzemnąć. W Hong Kongu podobno ciepło i siumpi.

później ...

Out of order

out of order

Miej się na baczności!

Hong Kong airport toilet: BEWARE

O dziwo, dolecieliśmy o czasie. Odebrałyśmy więc nasze niewielkie bagaże, wymieniłyśmy trochę pieniędzy i autobusem A21 (33HK$, trzeba mieć odliczoną kwotę albo kupić bilet w kasie, może być też ośmiorniczka - tutejszy odpowiednik Karty Miejskiej ;> ) pojechałyśmy do Kowloon. Podróż z wyspy Lantau, gdzie jest lotnisko, na kontynent, trwa około godziny. Z 14-stego przystanku autobusu A21 jest do Chunking Mansions bardzo blisko.

W środku kosmos: 16 pięter , dwie ośmio osobowe windy (do obu kolejki) i banda hotelowych naganiaczy. W końcu dopchałyśmy się do prawej windy, która jednak, w odróżnieniu od lewej, dojeżdża tylko na 15 piętro. Ostatnie pokonałyśmy więc tradycyjnie, po schodach.

Całe 16 piętro to "Traveller's hostel". Jest tu kawiarenka internetowa (10HK$/1h), TV, łazienki, kuchnia i szereg pokoi :). Jako że pora była już dość późna, jeden z gości zadzwonił po właściciela, który pojawił się ubrany w ..... ręcznik ^_^, potwierdził rezerwację, a że nie było już miejsc w dormitory, umieścił nas w 2-osobowej "celi", jak to określiła M-chan.

Piętrowe łóżko, metalowe biurko i krzesło oraz wąska przestrzeń podłogi: ale to i tak lepiej niż łóżko w sali grupowej. Właściciel powiedział, żebyśmy formalności załatwili jutro, na co chętnie przystałyśmy, bo zmęczone byłyśmy okrutnie.

PS. Może dla kogoś dojazd autobusem A21 wydaje się szczytem burżujstwa, ale pani w informacji powiedziała, że wersja z autobusem S1 (bilet za 1,5$) i przesiadkami w metrze (MTR) - zachwalana jako najtańsza - jest tańsza o 10$, ale jest dłuższa i trudniejsza logistycznie. Nic więc dziwnego, że zdecydowałyśmy się na A21.

trwały link do tego wpisu

o, net!

2 wrzesień 2006, 10:56| | Komentarze (1)

Jednak u Natalii jest internet. Teraz zaraz wychodzimy, ale po powrocie powinnam byc online.

Scisk scisk

trwały link do tego wpisu

plan wycieczki

1 wrzesień 2006, 7:19| | Komentarze (10)

(wersja 2.0, poprawiona i rozszerzona)

mapa chin

2.09przylot do Hong Kongu: 22:40, z Lantau na kontynent, hotel na Kowloon
3.09dzień w Hong Kongu, pewnie budda na Lantau
4.09do Chin! z HK do Guangzhou, stamtąd DŁUGA jazda do Chongqing
5.09nadal w pociągu
6.09Chongqing osiągnięte, nocleg
7.09spływ Jangcy
8.09spływ Jangcy
9.09spływ Jangcy do Yichang, stamtąd pociągiem do Xi'an
10.09od rana w Xi'an, nocleg
11.09po południu wsiadamy w pociąg do Datong
12.09rano jeseśmy w Datong, zwiedzamy, przed północą wsiadamy w pocią do Pekinu
13.09Pekin zdobyty! nocleg
14.09Pekin, pewnie Wielki Mur
15.09Pekin
16.09rano z Pekinu pociągiem do Huangshan (Żółte Góry)
17.09Huangshan, wieczorem wsiadamy w pociąg do Szanghaju
18.09rano jesteśmy w Szanghaju, nocleg
19.09tu mamy dwie wersje: jeśli starczy pieniędzy to zostajemy w Szanghaju, do Hong Kongu wrócimy samolotem 20.09; a 19 spędzimy na zwiedzaniu okolic Szanghaju.
Przy braku forsy wsiadamy w pociąg i spędzimy 2 doby w pociągu.
20.09w samolocie, względnie nadal w pociągu
21.09wylot do Japonii o 8 rano

Mapę przygotowała M-chan.

trwały link do tego wpisu