« sierpień 2009 | strona główna | październik 2009 »

Dzien 26, przed ostatni

26 wrzesień 2009, 21:15| | Komentarze (0)

Mam polskie znaki, hyhy.

Kaczka po pekińsku w stylu dowolnym okazała się za droga jak na nasze mozliwości, więc zadowoliłyśmy się pierożkami i "czymś-zielonym-z-czosnkiem". Pół lokalu zamiast jeść swoje, gapiło się na nas, w końcu gaijin przy stole to gwarancja zabawy. Powinnyśmy kasować za bilety.

Caly dzień spędziłysmy w Letnim Pałacu. Jadłyśmy lody i pływałyśmy łódką, więc dzień miałysmy niczym w Sopocie. Na M-chanowy targ fotograficzny czasu już niestety nie starczyło, ale za to mogła się wykazać w salonie gier. Nie wykazała się, Mistrz jest tylko jeden! (hehehe).

powrót

Przy pomyślnych wiatrach wylądujemy w Wa-wie jutro o 19:25. M-chan coś kracze o zatrzymaniu na granicy i zamknięciu w zimnej, chińskiej celi, gdzie następnie będziemy się (niczym ostatni cesarz) 15 lat uczyć, jak być obywatelem.

Więc jeśli nie wylądujemy, to poszukajcie nas w obozie pracy.

trwały link do tego wpisu

Dzien 24, w ktorym ukradlam miske

24 wrzesień 2009, 17:13| | Komentarze (5)

No przyznaje bez bicia. Spalaszowalam sredniej wielkosci tonkatsu, a nastepnie zwinelam miske. Paleczki, tacke i jednorazowy kubek zostawilam. Nastepnie oddalilam sie szybkim krokiem, a w tamtej Yoshinoya (wschodnia ulica Nanjin) jestem juz pewnie spalona. Nic to, w Szanghaju sa inne ;>

M-chan straszyla niebieskim smash, ale jakos nie nadszedl. Jesli mnie zatrzymaja na lotnisku, to sprobujemy opowiesci w wersji z kleptomania.

Na lotnisku ogolnie moze byc smiesznie, bo mamy masy (masy, masy) prezentow (glownie dla siebie :>), a plecaki niebezpiecznie wypchane. NIE wiem, jak dopcham tam pozostalosci po X'sie (zabieram go do podrecznego). Dzis wolalam jeszcze nie zmagac sie z tym problemem, wiec do pociagu zabieram go w oddzielnej torbie x]

Oto sie rozchodzi:

Yoshinoya's donburi bowl

znaki

Blondi chciala wiecej historyjek (dykteryjek. jak to mawial wieczny magister F.), wiec jedna mi sie przypomniala. Z wczoraj.

Otoz gadam sobie radosnie, pokazujac cos M-chan. Chinskiego nie znaju, opisuje wiec znaki po japonsku, metoda "Polnoc slonce nie wiem swiatynia". Gadam, gadam, wymieniam i dochodze do 本. I pustka.

Wiec tlumacze M-chan: "Nastepny jest, no wiesz, drzewo (木) z kreska, jak w ksiazce. Nie wiem, co to znaczy."

Mchan: plask

本 znaczy ksiazka.

To z upalu.

trwały link do tego wpisu

Dzien 23 - lewitowalam razem z pociagiem!

23 wrzesień 2009, 20:08| | Komentarze (1)

Stalo sie! Przejechalam sie maglevem! Krotko, ale intensywnie. Nie sluchac stukotu wozkow, widac tylko licznik predkosci i migajaca dekoracje za oknem. A w polowie trasy grzmotem uderza fala od mijanego pociagu.

Na dodatek na lotnisku (tamze zdaza maglev) mieli onigiri. Wiadomo, ze moja milosc mozna kupic jednym tunamayo, wiec lotnisko szanghajskie kupilo ja na dluzej ;>

Po powrocie do miasta zrobilysmy tez zakupy herbaciano-prezentowe, bo w Pekinie nie bedzie kiedy. Szkoda pogody, M-chan i Hangzhou, ale na dzien nie narzekamy, zwlaszcza ze w trakcie polowania na kolacje trafil sie i sloiczek Skippy'ego :> Czy juz wspominalam, ze moglabym mieszkac w tym miescie? Yoshinoya tez tu maja.

Wkret lokalny: naprawde chce miec miske z Yoshinoya, taka, w ktorej podaja tonkatsu. Usilowalam wrobic M-chan w pomoc w jej kradziezy, ale sie nie dala namowic. Miska jest atrakcyjna i chce ja. Pomysly na jej wyniesienie chetnie przyjme. Od razu zaznaczam, ze nie da sie jej po prostu kupic.

Cos dziwnego wisi w powietrzu, niebo jest czerwono-zolte i grozi huraganem, ale jest parno i nie pada. Dziwny swiat.

trwały link do tego wpisu

Dzien 23, leje rowno

23 wrzesień 2009, 8:53| | Komentarze (1)

Jak pech, to pech. Mchan struta, pogoda paskudna, w perspektywie kolejne muzeum i dalsze wydawanie pieniedzy, bo marna pogode najlepiej leczyc wzmorzona konsumpcja.

Wstalam o 7 z zamiarem pojechania do Hangzhou, ale co to za przyjemnosc spacerowania po ogrodach w deszczu?

Ja tu jeszcze wroce. Po sniadaniu.

trwały link do tego wpisu

Dzien 20

20 wrzesień 2009, 21:43| | Komentarze (0)

Od wczoraj jestesmy w Szanghaju. Do Pekinu jedziemy dopiero 24 w nocy, na dodatek hard sleeperem! 300RMB zostanie w kieszeni :)

Wjechalysmy juz na Jin Mao Tower, ale przejazdzka maglevem jeszcze przed nami. Pogoda super (pomijajac wilgoc), byle w niezmienionej postaci dotrwala do Pekinu - planujemy dzien w Letnim Palacu.

Szanghaj potwornie rozkopany - przygotowania do Expo ida pelna para, szkoda, ze ofiaramy padamy i my - 50 min zajelo nam dzis odnalezienie sie po wyjsciu "tym drugim, rownie dobrym" wyjsciem z metra. Grrr.

Dzis bylysmy w Suzhou, do ktorego pociag pedzil 200km/h! ^_^

Nogi mnie bola i wszystko mnie swedzi czyli jest dobrze. Jutro poluje na Xsa hyhyhy. I trampki z "udkami".

Ale belkot. x>

trwały link do tego wpisu

Dzien ... ktory to... ach, Dzien 17

17 wrzesień 2009, 13:26| | Komentarze (3)

Strulam sie, a dopadlo mnie w pociagu (bueh), a teraz na dodatek leje rowno i wg. prognozy pogody lac bedzie jeszcze jutro i pewnie pojutrze. BUEH.

Juz mi lepiej, ale pogoda dobija. Jak mamy zwiedzic Nankin w strugach deszczu? Muzeum Masakry Nankinu mialysmy sobie odpuscic, ale moze sama pogoda nas tam zagna, w koncu muzeow nie znamy tu az tylu.

W Gory Zolte nie jedziemy, nie ma sensu, zapowiadaja 4 dni deszczu oraz burze. Zostajemy w Nankinie dwie noce, a 19-stego jedziemy do Hangjiou. Zapowiadaja brak deszczu. Jej.

Luoyang

Wrazenia po Luoyang mam mieszane. Po pierwsze - Klasztor Szaolin. Kasuja tam czlowieka za wszystko, w rezultacie robi sie z tego potwornie droga wycieczka, nawet przy taniej podrozy autobusem publicznym. 100Y gwarantuje wstep na teren swiatynny i do swiatyn na dole. Chec obejrzenia swiatyn na kolejnych gorach wymaga albo b. dlugiej wspinaczki albo oplacenia wjazdu (i zjazdu) kolejka linowa. Ale to nie wszystko. Nas, po "zdobyciu" (60Y) szczytu przywital straznik inkasujacy po 5Y za mozliwosc pojscia dalej x_X.

Mimo ostrego tempa udalo mi sie dotrzec do wiszacego mostu. Ale zmahalam sie niezle.

Z kolei na tych, ktorzy zdecyduja sie pozostac na dole czeka tlumek turystow, sporo naganiaczy oraz (platny) busik wozacy turystow po kompleksie. Ogolnie klasztor to mistrzostwo wyciagania kasy i ani sama nie planuje tu wrocic, ani nikogo namawiac, by odwiedzil. Sa ladniejsze swiatynie. I tansze.

Nastepnego dnia padlo na Groty Longmen i Swiatynie Bialego Konia. Oba to rozczarowanie - groty, mimo pieciu A w klasie zabytku sa w wiekszosci w stanie, w jakim pozostawila je Rewolucja, tj mozno zdewastowane. Gdzie im do grot z Datong!

Klasztor - podobnie. Ot, swiatynia. Wchodzac na teren najstarszej buddyjskiej swiatyni na terytorium Chin czlowiek mimowolnie spodziewa sie czegos wiecej, zwlaszcza, gdy tlukl sie do nie 1,5h autobusem miejskim. A tu figa.

Najjasniejszym punktem pobytu w Luoyang byl pierwszy wieczor i przypadkowa kolacja z poznanym tu Wlochem i para jego chinskich znajomych. Zabrali nas do najstarszej czesci miasta, gdzie napierw opchalismy sie szaszlykami z kwasnych, jablkopodobnych owocow w cukrze i sezamie (dobre na trawienie :> ) a potem mielismy okazje sprobowac wybranych potraw z Wodnego Bankietu. I TsinDao do woli :>

Dobija mnie tutejsza klawiatura (klei sie, a wiekszosc klawiszy wciska sie dopiero po kilku probach), a towarzystwo tez nie najlepsze (fajczacy Chinczyk + karaluchy), wiec informacje o Wodnym Bankiecie bedziecie musieli sobie wygooglac sami. Szukajcie "water banquet".

Przespie ten dzien, to mi humor wroci...

trwały link do tego wpisu

Dzien 15 - moje kung fu jest silniejsze

15 wrzesień 2009, 23:49| | Komentarze (2)

W ultra skrocie: od wczoraj jestesmy w Luoyang. O hostelach opowiem wam przy okazji.

Wczoraj bylysmy na wodnej kolacji, dzis w Szaolin, a jutro jedziemy do grot Longmen, a potem dalej, pociagiem do Nankinu.

Istnieje ryzyko, ze Gore Zolta przyjdzie nam porzucic, bo zapowiadaja burze i deszcze :/ Ale jeszcze jej nie skreslilysmy, sprawdzamy pogode na biezaco.

W Nankinie bede miec pewnie wiecej czasu, to cos wiecej skrobne. Polowanie na pocztowki trwa :D

trwały link do tego wpisu

Dzien 13, leniwy

13 wrzesień 2009, 14:28| | Komentarze (3)

Od rana nie pada, ale musialysmy zrobic sobie dzien na podladowanie baterii. Nie ma to jak sniadanie do 10 :) a potem wolny spacer po chlodnych ulicach!

Naiwnie myslalysmy, ze wymienimy jakies pieniadze, oszczedzajac czas w Luoyang. Figa. Widocznie Bank of Beijing to jakis wyjatek, tu, w Chengdu, pieniadze mozna wymieniac wylacznie w Bank of China. Podrepatlysmy do niego poslusznie, ale i tu rozczarowanie - wymiana pieniedzy mozliwa jest wylacznie od poniedzialku do piatku. A dzis niedziela. Kto mogl to wiedziec? Jestesmy na urlopie, tak przyziemne sprawy jak podzial tygodnia na konkretne dni zupelnie nas omija. Omijal. Do Chengdu :D

Konsumpcyjnie

Spotkalam w Chengdu japonskie Xboxy. W Szanghaju/Pekinie jeden stanie sie moim. Tylko jeszcze znaki na "not modded" musze wygooglac.

I kupilam sobie 2 koszulki. W sklepie bardzo podobnym do tego z Chongqing, z 2006. B. fajne wzory :-)

Songpan

Nie wiem, czy potrafie na szybko opisac nasza wycieczke w gory, do Songpan. Niebo bylo niebieskie. Droga w glab doliny w ruinie, a okolica to jeden wielki plac budowy. Atakowaly ogromne roje pszczol, a tybetanskie kobiety chodzily w narodowych strojach. Powietrze pachnialo gorami, a noca bylo widac gwiazdy. Woda jezior doliny Erdohai byla szmaragdowa, lazurowa, niesamowita.

Zrobilam mase zdjec, ale ani jednego malych, czarno-pomaranczowych ptakow, ktorych tam bylo pelno. Mimo 3400 metrow npm tylko przez chwile czulysmy sie dziwnie. Potem jadlysmy, co nam dali tym, co nam dali. To jest chleb, warzywa i makaron paleczkami nie pierwszej swiezosci. No trudno.

Ten fragment Kunlun spowodowal, ze zarys trzeciej wycieczki do Chin juz mamy - tym razem beda to Yunan, Guiling, Tybet i, ponownie, Chengdu i parki Min Shan. Ciekawe kiedy uznamy, ze widzialysmy ten kraj?

I nadal wole konia na talerzu niz pod soba.

dalej

Wydaje sie, ze teraz juz bedziemy jechac wg planu. Chyba ze pogoda nie dopisze, no to bedziemy modyfikowac wycieczke.

Czas wtrabic kolejny domek dla krasnoludkow. Do uslyszenia!

trwały link do tego wpisu

Dzien 12 - widzialam niebieskie niebo

12 wrzesień 2009, 22:25| | Komentarze (0)

Podroz do oddalonego o 350km od Chengdu tybetanskiego Songpan to makabryczne 14 godzin w jedna strone, z czego 13h to kreta, gorska droga, nadal reperowana po zeszlorocznym trzesieniu ziemi. W rezultacie w wielu miejscach mozliwy jest jedynie ruch wahadlowy, a w korkach stoi sie i godzine. Wokol niemozliwy kurz (wszystko na wysokosc 1,5 metra jest szare. WSZYSTKO) i plaga pszczol.

Ale warto bylo. Siedzenie jeszcze mnie boli, ale co widzialam, to moje.

W sumie liczylam, ze ktos sie pojawi online i mu OPOWIEM, ale sie przeliczylam. Na pranie w hostelu tez nie mam co liczyc, pozostaje zrobienie go pojutrze, juz w Luoyang. Teraz pada - przyjemna odmiana od codziennego zaru Chengdu.

Ide. Dzis nie ma Dnia Dziecka, czas sie umyc. Ciepla woda! I spac! W czystym lozku!

Tak, rozpieszczamy sie.

trwały link do tego wpisu

Dzien 8 - dzieje sie

8 wrzesień 2009, 20:33| | Komentarze (0)

Oj, dzieje.

Nigdy nie myslalam, ze znajde w Chinach tak niesamowite, spokojne i poukladane miejsce, jak nasz hostel w Chnegdu (link w poprzedniej notce, jesli ktos przegapil).

Zmahane po calym dniu (to Chengdu, bliski sasiad Pieca Chin, jest goraco i baaaaardzo wilgotno, pocimy sie jak norki) wkraczamy w brame Przytulnego Ogrodu. A tu wszystko w drewnie, masa roslin (jest tez ogrod! i wygladniale "koje" ;)), nawiew (w srodku jest tez klimatyzacja). Recepcja i sasiadujace z nia stanowisko turystyczne chyba nigdy nie spia - dzwonia, sprawdzaja, drukuja ... A wszystko zdecydowanie taniej, niz konkurencja.

Polki na parterze sa pelne ksiazek. I to nie klasycznych, hostelowych przewodnikow, pozostawionych tam przez kolejne pokolenia turystow, ale powiesci i podobnych. Na japonskie wydania kieszonkowe i mangi tez sie miejsce znalazlo. Wiecej, ksiazke mozna tu wymienic, zostawiajac w zamian jakas inna :)

Moglabym opisac wam wygode mieszkania tutaj: duze lozka, szerokie lazienki (z polkami!), dzialajaca klime, nawiew, maszyne z woda ... ale pewnie nie wiele was to przejmie. Uwierzcie, wszystko jest tu przemyslane i zorganizowane z sensem.

Pisze o tym wszystkim, bo jedzac tu dzis kolacje (dzis, po powrocie od pand jadlysmy tu tez sniadanie, pyszne bylo) stwierdzilam nagle, ze to chyba pierwsze miejsce w Chinach, gdzie naprawde odpoczywam. Jest tanio, jest wygodnie, jedzenie jest niesamowite - do wyboru z kuchni chinskiej, japonskiej i eurpejskiej, caly czas przewalaja sie tlumy ludzi, a z kazdym nowa opowiesc.... Fakt, wiekszosc jest tu przelotem w drodze do Lhasy, ale spotkalysmy i takich, co od 2 miesiecy sa w drodze :)

Dobrze mi na mysl, ze wrocimy tu znowu, chocby na jedna noc. Juz debatujemy, co bedziemy jadly :)

Jedzenie to wazna sprawa, bo w menu jest masa smakolykow, a zoladek tylko jeden. Moge jednak powtorzyc za poznanym Anglikiem: Robia tu najlepsze burgery ever. Debatuje, czy zamiast chahanu i yakisoby nie walnac jeszcze dwa razy burgera.... Stracona jestem x>

gorrrraco

Bedzie obrzydliwie: po jednym dniu w Chengdu na mojej swiezo upranej koszulce sa ogromne zacieki z soli. GORACO tu panie. Obrzydliwie goraco, parno, wilgotno, a do tego masa spalin i smog. Aaaaa. Nasz hostel i jego ogrod i tarasy (tak! sa tez tarasy, mozna tam spokojnie zjesc i skorzystac z WiFi) to przyjemny azyl.

dzis

Rano bylysmy obejrzec pandy (glownie pandy wielkie, ale czerwone tez byly. I takie 1,5 miesieczne pandziatka tez.), a potem zrobilysmy sobie tor przeszkod przez Chengdu. Zaliczylysmy Swiatynie Niebieskiej Owcy (oficjalnie nazywa sie Swiatynia Zielonego Barana, ale czy to moja wina, ze ich starozytny system krzakow ma tak ograniczone slownictwo? ;> ) oraz Dom Du Fu, poety z okresu Tang, a raczej caly kompleks ogrodow, ktorymi obudowano dom Du Fu.

Dzieki posiadanej zlotej Panda Card i do pand, i do domu Du Fu weszlysmy za darmo :-) 120Y do przodu, hehe.

Mimo autobusow (klimatyzowane - 2Y, otwarte okna - 1Y) podroz powrotna zajela nam ponad godzine, a plamy soli na mojej koszulce zaczely tworzyc obrazy 3D.

Wykonczylo nas Chengdu, ale jutro w gorskim autobusie bedzie czas na relaks, chyba ze nas gorskie drogi i potworne umiejetnosci kierowcy wykoncza wczesniej.

w gory

Od jutra milkne na 4 dni. Jest szansa ze odezwe sie 12 wieczorem, jesli tylko bede miec na to sily.

Kowalski napisal, a M-chan potwierdzila, ze konie lubia cukier. W kostkach. Skad ja tu wytrzasne cukier w kostkach? Rezolutna M-chan (niezle, co? przed chwilawymyslilam ... rezolutyna, hehe) wymyslila, ze marchewki i jablka tez moga byc. Marchewek nie znaju, ale jablka da sie kupic. A potem ja kupie milosc mojego wierzchowca. Ha! (Tak, wiem jak gryzie kucyk)

I tyle. Ide zdrapac z siebie sol. Szkoda, ze konie jej nie lubia, moglabym im jej sporo dostarczyc x]

trwały link do tego wpisu

Dzien 7 - zmiana planow!

7 wrzesień 2009, 19:27| | Komentarze (6)

Przyjechalysmy do Chengdu osobowym z Xi'an. Miast 17h spedzilysmy w pociagu godzin 19 i pol, bo pociag raczyl miec opoznienie. Bylysmy 19-godzinna atrakcja pociagu, bo w calym, 17-sto wagonowym skladzie bylysmy jedynymi przedstawicielami nacji gaijinskiej.

Sen pozwolil wyrwac sie ze szponow ciekawskich.

niebieski smash

M-chan odkryla nowa moc, "niebieski smash". Jest to moc podobna gaijin smash, ale obdarzeni nia sa wylacznie przedstawiciele niebieskiej sluzby mundurowej. Niebieski smash daje nadludzka moc panowania nad obszarem okupowanym przez dzierzacego ja osobnika. Pozwala opierdalac bezlitosnie, narzucac wole i zarzadzac przestrzenia publiczna. Krzyk nie wystarczy, warunkiem sukcesu jest intensywne poszturchiwanie ofiary. Wtedy niebieski smash osiaga pelna moc. Potega.

zmiana planow

Zamiast do Jiuzhaigou jedziemy do Songpan, a stamtad na dwa dni konno w gory. Gwarantowane nieziemskie widoki i duze wahniecia temperatur. Mam czapke i po cichu licze, ze choroba wysokosciowa tym razem mnie ominie. 12 wrzesnia wracamy do Chengdu, a dzien pozniej pociagiem cofamy sie do Xi'an. Sporo zaoszczedzimy, a przygoda nabierze rumiencow :)

Update.
Jednak nie zatrzymamy sie w Xi'an, bo pociagi z Chengdu, ktore rozwazamy, jada przez Xi'an, ale dojezdzaja i do naszego nastepnego celu, Luoyang, wiec nie bedziemy niepotrzebnie sie przesiadac. Pa pa pierozki. CHLIP.

Zobaczymy, co dalej, ale powinno byc bez obsuwy, do Shaolin raczej zdazymy.

chce

Chce drewniana zabe, co rechocze. W Xi'an chcieli za nia 30Y. Chyba ich pogielo. Ale chce.

hostel w Chengdu

Zobaczyc znaczy uwierzyc. Tu jest wszystko. WSZYSTKO. Raj backpackerow.

trwały link do tego wpisu

Dzien 6 - jeszcze w Xi'an

6 wrzesień 2009, 14:55| | Komentarze (0)

Jeszcze chwile jestesmy w Xi'an. Podejrzewany o bycie wspolziomkiem wspolokator, zgodnie z oczekiwaniami, okazal sie byc Polakiem :) Mamy od niego namiary na hostel w Chengdu prowadzony przez Japonke i Singapurczyka :-)

Od rana lazilim po Xi'an. Wiele sie tu zmienilo od 2006. Powstaly wielkie ulice z galeriami handlowymi, wiele naziemnych i podziemnych przejsc, buduja metro. Kosmos panie.

Dzis niedziela, wiec posiedzielismy chwile w najblizszym parku, obserwujac ludzie cwiczacych tai chi, tance klasyczne i jakies uklady grupowe, grajacych w badmingtona i zoske. Parki to skuteczna ucieczka przed smogiem i skwarem dnia. Zreszta, kiedys zobaczycie zdjecia :)

Zwiedzilismy (my, ponownie) Wielka Pagode Gesi i jakos ten dziesiejszy raz podobal mi sie bardziej od tego z 2006. Moze to dlatego, ze wtedy padalysmy juz na pysk. Zrobilam zdjecia wykladni drogi do oswiecenia w Chinglish. Padniecie.

Was Bhudda a god?
Number he was not.

I tak to lecialo... :>

Na Mala Pagode Gesi nie starczylo juz czasu, przespacerowalismy sie w koncu pol miasta, wiec podjechalismy pod Wieze Dzwonnicza, gdzie serwuja najlepsze pierozki na swiecie. I znowu sie nimi opchalismy, tym razem rezygnujac jednak z lokalnego piwa o tajemniczej nazwie "Hans Red Wolf" :D W zamian wzielismy Cole, czyli "Gazowana Wode" :> Kocham ten kraj.

Hostel, w ktorym mieszkamy, to ten sam, w ktorym mieszkalysmy w 2006 roku. Niestety, od tego czasu mocno podupadl - lazienki nie sa brudne, ale zdewastowane, a te publiczne wystepuja w liczbie JEDNA na pietro x_X Na kolejki nie trafilysmy, ale mozemy sobie wyobrazic, co sie dzieje przy pelnym oblozeniu hostelu.

Nie ma tez chwalonej przez nas restauracji hotelowej, trwa remont. Zreszta, hostel nie jest juz numerem jeden przewodnikow Lonely Planet, jak to mialo miejsce w 2006. Nie dziwota.

Na plus trzeba zaliczyc potezna, cicha klimatyzacje, wygodne lozka i darmowy internet, z ktorego wlasnie bezwstydnie korzystam.

do Chengdu

O 17:30 mamy pociag do Chengdu. Chcemy obejrzec pandy, zwiedzic nieznane miasto i rozejrzec sie za opcjami dotarcia i wydostania sie z Jizhaigou. Gdy dopadne net, napisze, jakie mamy dalsze plany.

In minus - Chengdu jest daleko. Czeka nas ponad 18 godzinna podroz. Mamy wode, instanty, ciacha i inne drobne uprzyjemniacze czasu (czy wspominalam, ze mam GameBoya? MAM :> ), ale 18 godzin i tak bedzie bolalo. Dobrze, ze wiekszosc trasy powinno sie udac przespac.

I to chyba tyle. Znowu opuszczamy Xi'an w poczuciu niedosytu. Z tego robi sie juz nowa swiecka tradycja.

trwały link do tego wpisu

Dzien 5 - z Xi'an

5 wrzesień 2009, 23:06| | Komentarze (2)

Od rana jestesmy w Xi'an, przyjechalysmy burzujskim pociagiem z Pekinu, wyspane i w dobrych nastrojach. Obudzono nas o 7, choc pociag dojezdzal po 9. Po co? Mamy kilka pomyslow, ale wygrywa argument, ze to kolejny przejaw chinskiej logiki.

Obudzono nad, bysmy sie sprawnie ogarneli, a potem nie ruszali z miejsc, co by pani mogla w spokoju zwinac dywan, wyniesc z przedzialow termosy na wrzatek, wrocic z wiadrem i metodycznie oproznic termosy z wody, odniesc wiadro i zabrac sie za wynoszenie z przedzialow kolejno (bowiem zawsze koncentrowala sie tylko na jednym rodzaju przedmiotu) plastikowa reklame kolei, magazyn kolejowy, 2 metalowe tacki, wazoniki ze sztucznymi kwiatami i wieszaki. Do ostatniej rundy przystapila z workiem na smieci, zbierajac jednorazowe klapki.

Dlaczego zrobila to wszystko, gdy pasazerowie nadal byli w pociagu i chetnie by z niektorych z tych dobr skorzystali? Niewiadomo.

Dlaczego na starcie zwinela dywan? Byla swiadoma swych umiejetnosci przy oproznianiu termosow z wody.

Gdzie zniosla te wszystkie dobra? Niedaleko, do przejscia miedzy wagonami, skutecznie je blokujac.

Chinska logika ma sie swietnie.

Pekin, 4.09

Caly dzien lalo, wiec plan zwiedzenia palacu letniego przelozylysmy na koniec wycieczki. Postanowilysmy zwiedzic cos zadaszonego, wybor byl niewielki (ich swiatynie maja wielkie dziedzince), w koncu zdecydowalysmy sie na muzea. Zrobilysmy liste kilku obiecujacych miejsc i ruszylysmy w droge.

Wspominalam juz, ze para, z ktora dzielimy dorm to Niemiec i .... Polka? :) Pozegnalysmy sie za wczasu, wieczorem juz nas tu nie bedzie.

Jako pierwsze odwiedzilysmy Chinskie Muzeum Sztuki, ktore obecnie ma tylko jedna, tymczasowa wystawe, "60 lat chinskiej sztuki rewolucyjnej". Tak wlasnie. Socrealizm zmieszany z tradycyjna sztuka chinska plus troche sztuki nowoczesnej. Dosyc dziwne, ale nie powiem, zebym uwazala czas za stracony, zwlaszcza ze .... tadddaaaam .... wstep byl za darmo ^_^

Kupilabym album, bo w sumie co my w PL wiemy o wspolczesnej, poliycznej sztuce chinskiej, ale byl baaaarddzo ciezki i kosztowal niemalo, a na poczatku wycieczki wole nie pozbywac sie za szybko srodkow do zycia.

Nastepne (i jak sie okazalo, ostatnie) bylo Muzeum Historii Naturalnej. Przy wejsciu straszyla tablica, ze wstep tylko za uprzednia rezerwacja, ale w kasie pani bez mrugniecia okiem wydala nam bilety ... tadddammmm .... za darmo :)

Dobry dzien mamy, odkujemy sie po bilecie do Xi'an.

W srodku bylo o histori ziemi, byly dinozaury, byly tez robale i liczne, dosyc woniejace, wypchane ssaki. Braki w ekspozycji swiadczylu, ze wonienie to nie jedyny problem, jaki dotyka eksponatow, bo najwyraznie zabrano je do renowacji. Hehe.

Dobrze, ze wejscie bylo za darmo, bo w sumie muzeum nie powalalo, a po wyjsciu mialam wrazenie, ze pachme jak eksponaty x_X.

Dzis, 5.09, Xi'an

Pociag przyjechal dopiero po 9, ale super sprawnie poszlo nam kupienie biletow na .... uwaga uwaga ... na jutro, do Chengdu. Cos sie w Chinach zmienilo, kupowanie biletow z wyprzedzeniem przestalo byc domena wybraych agencji CITS. Wiwat!

Jeszcze szybki meldunek w hotelu, prysznic, podejrzenie, ze nieobecny wspolokator moze byc Polakiem i po 11 bylismy juz w autobucie publicznym do Armii Terakotowej.

Pisze bylismy, bo jezdzi z nami poznany w pociagu Norweg (tak, tak, z tej bardzo drogiej Norwegii).

I w okolicach armii sporo sie zmienilo, znikneli namolni sprzedawczy, ktorzy potrafili przebiec za turysta niemalo kilometrow. Teraz do armii wiedzie pasaz handlowy pelen restauracji (tez fastfoodow), sklepow i stoisk z przegryzkami. Nie wiem, kiedy oni to zbudowali, ale zmiescili sie w 3 latach :]

Do Xi'an wrocilismy przed 18. Byloby pozniej, gdyby nie nasz kierowca, ktory, opierdolony przez kierowniczke autobusu, ze stoi w korku x_X poszedl pogadac ze stojacym przed nim TIRem. Nastepnie i TIR, i on zawrocili w niedozwolonym miejscu i kazdy pojechal w swoja strone - z tym ze mysmy jechali publicznym autobusem o, teoretycznie, ustalonej trasie. Chiny witaja.

Odnalezlismy te niesamowita pierozkarnie przy Dzwonnicy i zamowilismy 3 talerze pierozkow .... byly.... co mam napisac, to najlepsze pierozki, jakie w tym kraju mozna zjesc. Jutro powtorka z rozrywki.

Wieczor spedzilismy w dzielnicy islamskiej. Kocham ciastka ksiezycowe! Jak dopadne takie w Pekinie, to wam przywioze.

Juz pozna, odezwie sie za niedlugo, dam znac, jak nasze dalsze plany. W teorii od poniedzialku jestesmy w Chengdu, z ktorego jedziemy na polnoc, do parku. Zobaczymy. Trzym sie!

trwały link do tego wpisu

pekinska kapusta

3 wrzesień 2009, 20:07| | Komentarze (2)

Od 2006 Pekin wyraznie sie zmienil. Nie da sie wykluczyc wplywu pewnego wydarzenia sportowego :)

Miasto jest podejrzanie czyste, zarosniete zadbana zielenina (czasem z kwiatkiem na czubku), harkanie praktycznie wyplenione, rosliny podlewane ... tylko kierowcy nadal jezdza jak uszkodzeni.

I ten smog.... W zyciu takiego nie widzialam. Jak burza piaskowa, tylko ze w powietrzu nie ma piasku. W 2006 pekinskie niebo bylo niebieskie...

trwały link do tego wpisu

Dzien 2gi za nami

3 wrzesień 2009, 19:59| | Komentarze (3)

Dolecialysmy bez przygod, choc w samolocie usnac mi sie nie udalo, mimo wielu wygod - samolot wyraznie nowy, ekran z rozrywkami dla kazdego, jedzenia w brud - ogladania Straznikow nie skonczylam, ogarnelo mnie zmeczenie, sen jedak nie nadszedl.

Dwie godziny przespalysmy w hostelu, a potem ruszylysmy w miasto.

Spacer byl niezly, az do Tienanmen i wzdluz Zakazanego Miasta, az do Dworca Glownego. Chcialysmy od razu kupic bilety do Pingyao, ale nic z tego - kolejki rosly, a kasy zamykano bez powodu lub zarzadzano przerwy. 30 minut i NIC. Dalysmy sobie spokoj, postanowilysy sprobowac szczescia w hostelu.

Tam - nieszczescie - wszystkie (WSZYSTKIE, lacznie z hard sit'em) bilety z Pingyao do Xi'an sa wykupione na 10 dni do przodu x_X Nie pojedziemy do Pingyao.
Szybka zmiana planow i znowu bol - w ciagu najbliszych 3 dni miejsca w pociagach z Pekinu do Xi'an sa, ale tylko w opcji najdroszej - soft sleeper. Co robic? Z Xi'am w koncu nie zrezygnujemy, poza samym miastem to tez centrum naszej wyprawy. Z bolem serca kupujemy piorunsko drogie bilety na 3 wrzesnia. 400Y od lebka. :(

Dzis

Pojechalysmy na Muatinyu, sekcje Wielkiego Muru na ktorej jeszcze nie bylysmy.Zaliczony w 2006 Simatai jest za daleko (=drogo, my jestesmy tylko we dwojke), a Badalin za blisko, skomercjalizowany do bolu. Zorganizowalysmy transport za 200Y. Nie mialybysmy zastrzezen poza powrotem, kedy wpakowano nas olejno do "muzeum jedwabiu" i "herbaciarni", w rzeczywistosci miejscami skubania turystow z gotowki. Przystanki zakupowe to obowiazkowy skladnik chinskiej wycieczki, nasze udalo nam sie skrocic do minimum, ale i tak byly marnowaniem czasu, w koncu nic kupowac nie zamierzalysmy i wcale sie z tym nie krylysmy.

Obejrzalysmy tez Ptasie Gniazdo, slynny pekinski stadion i po 16 odstawiono nas do hostelu.

Sam mur super, szkoda tylko ze od kiedy tu jestesmy, a czego praktycznie nie zaobserwowalysmy w 2006, miasto pokrywa czapa smogu. Przy ladowaniu w Pekinie M-chan stwierdzila, ze to mgla. Niestety, to nie jest mgla, ale widocznosc jest podobna, a nieba po prostu nie widac. O zdjecia z muru z niebieskim niebem mozecie zapomniec - lezacy 90km od pekinu Muatianyu nie jest dostatecznie daleko, by pekinskie zanieczyszczenia go niedosiegaly.

Wlasnie odebralam nasze bardzo drogie bilety do Xi'an. Jutro jeszcze zwiedzamy Pekin, w planach mamy Palac Letni (stary i nowy, i okolice), a wieczorem w luksusach bedzimy do Xi'an.

Odezwe sie stamtad.

wkret prezentowy

Kochani, wysle wam pocztowki, jak mi podeslecie adres (moze byc smsem).

Maja tu Pot Pokariego, Pocky, Pretzle, male-i-super-kawaii ciasteczka czekoladowe (Blondi pewnie kojarzy, te w dlugiej, czerwonej tutce) i inne sprosnosci. Jak ktos ma jakies specjalne zyczenie, to moge w drodze powrotnej wstapic i kupic :)

trwały link do tego wpisu

Z Helsinek

1 wrzesień 2009, 17:02| | Komentarze (1)

Tu jest WiFi :)

Dopiero 17, do odlotu mamy jeszcze sporo czasu. Zwiedzilysmy moomin shop - chce!

Pisze z ipoda bez telefonu, wlasnosci M-chan, idzie mi wolno, a polskich znaków ani T9 jeszcze nie opanowalam.

Ciekawe, na ile to zmyslne urządzenie sprawdzi sie w Chinach. Teraz kończę, postaram sie odezwać jutro z Pekinu.

trwały link do tego wpisu