« listopad 2014 | strona główna | styczeń 2015 »

dzień 14 - do PP

27 grudzień 2014, 22:15| | Komentarze (0)

Większość dnia to podróż do PP. Z dwiema przerwami.

Podróżujący z nami Francuz nabył torebkę smażonych pasikoników: wyglądają paskudnie, ale smakują całkiem nieźle. Jak chrupki.

Pasikoniki łapane są w siatkę, której skacząc nie widzą. Następnie są topione, a potem smażone razem z piekielnymi papryczkami. Pasikoniki mogę jeść, za papryczki podziękuję.

Na targu sprzedawca nabiera pasikoniki (ręką!) do mocno przechodzonej puszki niewiadomego pochodzenia i tak odmierzoną porcję przesypuje do torebki. Kosztuje to grosze, pewnie grozi jakąś chorobą, ale raz się żyje.

on a way from Siem Reap to Pnom Penh

W naszym minivanie nie domykały się drzwi, w efekcie gdy tylko trafiliśmy na utwardzaną drogę (czyli taką bez asfaltu) powietrze w samochodzie zmieniło barwę na czerwoną i oddychało się dosyć pyliście.
Z powodu pyłu zapchał się też filtr powietrza, co skutecznie unieruchomiło klimatyzację.

Ale dotarliśmy do PP.

Nadal nie wiemy, co będziemy robić jutro - mamy w PP cały dzień. Pomysły krążą wokół jedzenia (duh) i kina, ale tak jak jest co jeść, to naprawdę nie ma na co pójść do kina. Do wyboru są Hobbit, Exodus i Noc w muzeum. Shoot me.

trwały link do tego wpisu

dzień 13 - rubieże: Koh Ker i Beng Malea

26 grudzień 2014, 22:02| | Komentarze (0)

Koh Ker.
Tubylcy mówią Koh Kej. Ludzie w PP mówią Koh Ker.

Na Beng Malea tubylcy mówią Beng Meli, a mieszkańcy PP Beng Malea.
I weź tu się człowieku naucz poprawnej wymowy.

Zaczęliśmy od Beng Malea, położonej ok. godziny jazdy od Siem Reap. Przyznam, że byłam odrobinę zaniepokojona liczbą turystów w Beng Malea, która uchodzi za świątynię zbyt odległą dla przeciętnego turysty.

Mimo to całość można było zwiedzić unikając innych białych twarzy. Lekki stres: czy te wszystkie minibusy (bo tuktuki to na pewno nie) jadą potem do Koh Ker?

Na szczęście nie jechały :)

W Koh Ker (kolejne 1,5 godziny jazdy dalej na północ, już do prowincji Preah Vinear) poza nami były może 2 inne samochody. A Koh Ker to nie jest jedna świątynia. To jedna z dawnych stolic Imperium Angkor i zawiera ponad 90 ruin.

BTW Las wokół Koh Ker przypominał polską jesień :)

Zwiedziliśmy 5 różnych świątyń, w tym aztecką piramidę (Koh Ker) i świątynię "5 stup" (bo to dokładnie znaczy Prasat Pram).

Koh Ker, Cambodia

Kupiłyśmy piwo i co? I wygrałam kolejną puszkę :-)
Odbiorę w PP :)

We won!!!

Kupiłyśmy ostatnie prezenty (dla siebie głównie ;P) oraz dodatkowe środki odstraszania na wyspę:

Prepared for mosquitos :>

Plecak wypchany po brzegi, więcej prezentów się nie zmieści :P

trwały link do tego wpisu

dzień 12 - świątynie Angkor

25 grudzień 2014, 20:48| | Komentarze (0)

Ostatni z trzech dni na zwiedzanie świątyń Angkor. Na więcej nie mamy biletu :)

Na koniec zostały świątynie powszechnie uważane za najciekawsze, co oznacza też tonę turystów.

Świat z tuktuka.
Prosiak wygląda niewyraźnie.

Temples of Angkor, Siem Reap, Cambodia

Bayon:

Bayon, Angkor Thom, Siem Reap, Cambodia

Bayon, Angkor Thom, Siem Reap, Cambodia

Upał daje w kość. Nie ma to jak zimny kokos.
Ten na zdjęciu nie miał szans w starciu z tasakiem:

coconit at Angkor Thom, Siem Reap, Cambodia

Po kokosie świątynia, którą wszyscy ignorują: Preah Pithu. Nie było w niej żywej duszy::

Preah Pithu, Angkor Thom, Siem Reap, Cambodia

Na koniec: Angkor Wat. Niesamowita.

Angkor Wat, Siem Reap, Cambodia

I to już koniec świątyń Angkor w tym roku.

Odwiedzone świątynie:

  • Bayon
  • Baohuon
  • Prah Palilay
  • Taras Słoni z przyległościami
  • Preah Pithu
  • Thommanon
  • Chau Say Tevoda
  • Spean Thma
  • Ta Prohm
  • Srah Srang
  • Angkor Wat

Ufffff.

Droga powrotna. Uważni obserwatorzy mogą się domyślić zasad obowiązujących na drodze:

on a way back to Siem Reap, Cambodia

on a wat back to Siem Reap, Cambodia

Untitled

Czas zarezerwować bilety do PP (mini van, 10$) i jutrzejszą wycieczkę do Koh Ker (45$).

Untitled

Padam.

trwały link do tego wpisu

dzień 11 - świątynie Angkor i muzeum min lądowych

24 grudzień 2014, 22:24| | Komentarze (0)

Początek wycieczki i od razu guma. Niczym nie zrażony kierowca zjechał do najbliższego punktu serwisowego czyt. wyposażonej w kompresor i zapasowe opony wiaty obok jednej z chałup.
Dętka nie przeszła testu wykonanego sprawnym okiem właściciela "warsztatu" i została zastąpiona nową. Była okazja obejrzeć, jak to się robi w Kambodży. :)

Temples of Angkor, Siem Reap, Cambodia

Plan na dziś zakładał odwiedzenie miejsc dosyć odległych od Siem Reap: Kbal Spean i Banteay Srei.

Kbal Spean wymagało 45 minutowej wspinaczki przez dżunglę. Wydaje mi się, że sam spacer był ciekawszy od zabytków na górze (reliefów z Wisznu i dziesiątek lingamów).

Banteay Srei:

Temples of Angkor, Siem Reap, Cambodia

Zwiedzone świątynie:

  • Kbal Spean
  • Banteay Srei
  • Banteay Samre
  • Prec Rup

W drodze powrotnej z Banteay Srei odwiedziłyśmy też muzeum min lądowych. Otwarte przez Aki Ra, człowieka, który jako dziecko walczył w armii Czerwonych Khmerów by później zdezerterować do Armii Wietnamskiej i walczyć przeciwko Czerwonym Khmerom.
Przez kilkadziesiąt lat Aki Ra rozbrajał miny przy użyciu kombinerek i to właśnie te niewybuchy (choć już profesjonalnie zabezpieczone) stanowią zbiory muzeum. Niewybuchy zainteresować mogą wyłącznie pasjonatów militariów, ale muzeum to znacznie więcej niż stos zardzewiałych łusek: zawiera sporo zdjęć i opowieści z czasów minowania Kambodży i jej późniejszego rozminowywania. Zawiera też wiele zdjęć i sporo statystyk.

Obecnie ocenia się, że w Kambodży jest jeszcze od 5 do 10 milionów niewybuchów. Pesymiści twierdzą, że odminowanie kraju zajmie minimum 100 lat. Rząd przyjął optymistyczny plan wyczyszczenia kraju z min do 2020 roku, ale jest to plan zupełnie nierealny.

Przy muzeum jest ośrodek pomocy i szkoła, ale te są, całkiem sensownie, wyłączone z planu zwiedzania. Część przychodów z biletów idzie na utrzymanie uczniów.

nie ma prądu = nie ma netu

Udało nam się dziś wrócić trochę wcześniej niż wczoraj. To dobrze, bo plan zakładał przemaszerowanie przez Siem Reap celem wypatrzenia ewentualnych prezentów.

Niestety, wcześniej nastała godzina 17:30, co dziś oznaczało koniec elektryczności w naszej dzielnicy. Myślałam, że w Siem Reap to się nie zdarza.
Ciekawe czym zasilają lotnisko, jeśli elektryczność siada w dzielnicy z lotniskiem? To w końcu najlepsze lotnisko w kraju.

Prąd wrócił po dwóch i pół godzinie.
W tym czasie zdążyłyśmy odbyć spacer, napić się soku odkrywając, że smoczy owoc występuje w dwóch kolorach: bordowym i białym, kupić część prezentów, zwiedzić hyakuena (japoński sklep wszystko-za-100-jenów) oraz spędzić 40 minut w księgarni ku irytacji M-chana :)

Interesujące było obserwowanie zdezorientowanych gaijinów, którzy z racji braku prądu, światła i internetu wychynęli znienacka na ulice :) Niestety, na ulicach było równie ciemno, chyba że mijany sklep miał własny generator.
I co taki biedny gaijin ma zrobić?

Wieczór zamknęły 2 puszki Angkor The Pride of Cambodia i suszone banany.

Nadal nic nie pobija japońskiej kolacji wigilijnej :)))

trwały link do tego wpisu

dzień 10 - uzupełnienie: Świat z tuktuka

23 grudzień 2014, 23:23| | Komentarze (0)

Wynajęłyśmy tuktuka na 3 dni. W zależności od pokonywanych odległości i godzin taka przyjemność kosztuje od 15$ w górę. Zrezygnowałyśmy ze wschodu i zachodu słońca nad Angkor Wat - miałyśmy szansę przeżyć to wraz z całym tłumem 3 lata temu, ale i tak dzień z planowaną wycieczką do Bantaey Srei i Kbal Spean wyniósł nas 30$. No trudno.

Tę samą trasę można pokonać klimatyzowanym minivanem, ale to zupełnie nie ta przyjemność. Owszem, jest chłodniej, ale pęd tuktuka i wgryzający się we wszystko czerwony pył są wg mnie obowiązkowym punktem zwiedzania Kambodży.

Na dodatek z tuk tuka więcej widać: skutery obładowane kilkoma setkami martwych kurczaków powieszonych za łapki głową w dół, obwoźny kram na pojeździe ala tuktuk z taką liczbą rondli, plastikowych misek i krzeseł, że kierowcy praktycznie nie widać czy ciężarówkę wyładowaną naostrzonymi drewnianymi palami załadowanymi czubkami w kierunku jazdy.
Nadal nie wiem, co się dzieje, gdy takie pojazdy mają zderzenie z innym ciałem stałym.

around Angkor, Siem Reap, Cambodia

trwały link do tego wpisu

dzień 10 - świątynie Angkor i Tonle Sap

23 grudzień 2014, 22:53| | Komentarze (0)

Dziś będzie więcej obrazków, a mniej grafomaństwa.

Preah Ko (Roluos Temples), Cambodia

Preah Ko, świątynia Świętego Wołu. Druga z trzech świątyń Roluos.

Tonle Sap, Cambodia

Świat z tuktuka.

Tonle Sap, Cambodia

Jezioro Tonle Sap, największy zbiornik słodkiej wody w Azji Południowo-wschodniej i jednocześnie główne źródło zjadanych w Kambodży ryb.

Tonle Sap, Cambodia

Te drzewa nikną pod powierzchnią wody w czasie pory deszczowej, a powierzchnia jeziora zwiększa się wtedy nawet pięciokrotnie.

Tonle Sap, Cambodia

Tonle Sap, Cambodia

Tonle Sap, Cambodia

Miejsce nie z tej ziemi: Kompong Pluk, wioska na palach.

Tonle Sap, Cambodia

Parking dla tuktuków.
W czasie pory deszczowej to miejsce jest dnem jeziora.

Tonle Sap, Cambodia

Łatanie dętki. Później zaliczyliśmy też tankowanie z butelki po Pepsi.
Nawet nie musiałyśmy wysiadać z tuktuka.

Tonle Sap, Cambodia

Tonle Sap, Cambodia

Tonle Sap, Cambodia

Kambodża przydrożna.
Czerwony pył jest wszędzie.

around Angkor, Siem Reap, Cambodia

Obiad i można wracać na trasę dużej pętli wokół świątyń Angkor.

Do tego wieczorem byłyśmy w cyrku.

Zwie się "Phare, The Cambodian Circus" i bawiłyśmy się świetnie, a na koniec, niczym biali kolonialiści, wróciłyśmy do hostelu lokalną bryczką czyli tuktukiem.

Odwiedzone świątynie:

  • Bakong (świątynie Roluos)
  • Preah Ko (świątynie Roluos)
  • Wschodni Mebon
  • Ta Som
  • Neak Pean (świątynia splątanych Nag)
  • Prah Khan

Jutro: Bantay Srei i okolice, muzeum min i kolejne świątynie z dużej pętli.

trwały link do tego wpisu

dzień 8/9 - Kratie / Siem Reap

22 grudzień 2014, 21:53| | Komentarze (0)

Z samego rana pojechałyśmy tuktukiem (12$ za podróż w obie strony) obejrzeć delfiny. Tuktuk jest jednostką słabo pływającą, więc w celu ewentualnego ujrzenia delfinów już na miejscu, w Kampi, 15km na północ od Kratie, trzeba się przesiąść w płaskodenną łódź.
Łodzi na miejscu jest kilkanaście. Stoją w specjalnie dla turystów przygotowanym miejscu i kosztują niemało - 9$ od osoby. Cena spada do 7$ gdy pasażerów jest więcej niż dwoje.

Droga przyjemność, ale delfiny wymierają, więc trzeba korzystać z okazji.

Słodkowodne delfiny w Kampie, choć objęte totalną ochroną i żyjące na odcinku rzeki objętym głównie totalnym zakazem połowów czegokolwiek - wymierają. Wcześniej ich liczbę zredukowały polowania i połowy innych ryb, a także wzmożony ruch na Mekongu. Teraz wymierają już chyba dla zasady.

Udało nam się ujrzeć 4 :) Pływały nabierając co pewien czas powietrza i wydając przy tym charakterystyczny dźwięk.
Te delfiny nie są jak ich pobratymcy z kreskówek, nie skaczą wesoło nad wodę i nie podpływają zbyt blisko łodzi, ale są :)

Środek dnia spędziłyśmy nic nie robiąc, leżąc na balkonie hostelu Balcony, pijąc owoce z mlekiem i wypoczywając. Po chłodzie Sen Monorom upał panujący w Kratie wydawał się nie do zniesienia.

Gdy już nieco zelżał poszłyśmy na spacer wzdłuż rzeki.

Kratie sprawia podobne wrażenie jak opuszczone ośrodki wypoczynkowe np. na Mazurach. Bulwar wydaje się odpicowany, ale gości nie było od 3 lat i wszystko już się sypie. Wyblakłe od słońca plakaty są już prawie nieczytelne, ale informują o przebrzmiałej chwale.

Tak wygląda Kratie. Te z postkolonialnych budynków, które zajmuje władza publiczna, są odmalowane, mają naprawione bramy wjazdowe, a na masztach powiewają flagi, ale farba już się łuszczy, a flagi już się strzępią. Pozostałe francuskie budynki powoli popadają w ruinę, tak jak i przedziwne, skończone lub zarzucone w połowie nowe budynki, z których nikt nie korzysta. Czasem tylko ich urodę od frontu ratuje przerośnięty ogród.

Kratie wydaje się być przygotowywane na najazd turystów: stąd bulwar nad rzeką (na odcinku 1km, potem jest klepisko i pretekst to pozbywania się wszelkich śmieci), nowy, przerośnięty i zupełnie nie pasujący do zabudowy Kratie wielopiętrowy hotel czy rząd latarni, których elektryka powoli wychodzi na zewnątrz, bo co ma robić z nudów.

Mimo to spacer był bardzo przyjemny i zrobiłyśmy sporo zdjęć.

Wracałyśmy przez targ, a to w Azji zawsze jest przygoda.
Na przykład sprzedawcy ryb: można u nich kupić całą rybę, rybę bez głowy, samą głowę albo ewentualnie wyłącznie wyselekcjonowane wnętrzności. Ryby są świeże, ale to, co człowieka zniechęca, to fakt, że leżą na tej metalowej tacy od rana bez lodu i wzbudzają zainteresowane wielu much.

Obfotografowałam stoiska, mam nadzieję, że coś z tych zdjęć wyjdzie. Liczę zwłaszcza na te ze stosami owoców.... mmmhhmm.

do Siem Reap (SR)

Wg informacji z naszego hostelu minibus do SR miał dotrzeć w 5 godzin. Miałyśmy dobrą passę punktualnych dojazdów, czas to przerwać.

Minibus przyjechał spóźniony - czekałyśmy na niego od 7:00. Potem zrobił kilka kółek po mieście celem zebrania odpowiedniej liczby pasażerów. Tak, zwiedzał ponownie raz odwiedzone miejsca.

Wreszcie miał komplet, wraz z dwoma mnichami na kanapie obok kierowcy i motorynką uwiązaną z tyłu.

Z Kratie wyjechaliśmy po 8:30.

Nie jechaliśmy główną drogą, prowadzącą przez Kampong Cham a "skrótem" - lokalnymi drogami prowadzącymi bliżej Mekongu. W efekcie część skrótu nie miała jeszcze asfaltu, choć trzeba też uczciwie przyznać, że roboty drogowe w Kambodży trwają w najlepsze i pewnie już za kilka miesięcy asfalt się pojawi.
Na razie go brakowało, więc podskakiwaliśmy na co większych wykrotach.

Pasażerowie zmieniali się co postój - na miejsce wysiadających zaraz znajdował się chętny. Jedynymi, którzy z podróży zrezygnowali, choć wyraźnie było widać, że na nasz bus czekali (to było jeszcze w okolicy Kratie) była pewna liczna rodzina, która widząc ścisk panujący w busie nie uwierzyła w zapewnienia kierowcy, że wszyscy się zmieszczą.

Wierzę, że by się zmieścili, ale pewnie po 8 godzinach byłyby ofiary śmiertelne.

Tak właśnie. Podróż trwała 8 godzin. Tak zwane 5 z hakiem.

Na dodatek bus nie dowiózł nas do stacji autobusowej - kierowca nie opłacił się miejscowej policji, a mając samochód z innej prowincji nie wolno mu było wjechać do miasta. Jakiś kosmos.

Ani my, ani towarzysząca nam para Francuzów (poznanych przelotem w Sen Monorom - świat jest mały :)) nie byliśmy tym faktem zachwyceni. Pachniało szwindlem na kilometr, zwłaszcza że w tym samym momencie pojawiły się tuktuki i zaczęły nagabywać nas celem kontynuowania podróży do centrum SR.

Grrr.

W końcu pojechałyśmy jednym z tych tuktuków prosto do hostelu (3$), niech giną.

Hostel jest bardzo przyjemny, mamy przyjemny pokój na piętrze. Na dole jest restauracja (na razie najlepszy rybny amok!) i agencja turystyczna, ileś osób mówi naprawdę komunikatywnym angielskim, a wszyscy są bardzo mili. Odpoczniemy tu :)

image

Amok z ryby (po prawej) i amok z krewetkami (po prawej).

Żeby było śmieszniej, leży na tej samej ulicy co hostel, w którym mieszkałyśmy w SR 3 lata temu. Zajrzymy tam w wolnej chwili :)

Zarezerwowałysmy bilety do lokalnego cyrku na jutro i tuktuka na 3 dni. Możemy się też z nimi wybrać do Koh Ker, ale na szczęście nie musimy decyzji podejmować jeszcze dziś.

Siem Reap

Od opuszczenia lotniska w Abu Dhabi nie widziałam na raz tylu turystów, co wieczorem na ulicach SR. To jakiś koszmar, powtórka z Zakopanego albo Ustki.

Są wszędzie, noszą wielki aparaty i krótkie spodenki i pewnie ich Kambodża sprowadza się do granic SR. :/

Kambodża to wszystko, tylko nie SR! Nawet PP ma swój klimat (tu nie możemy się z M-chanem dogadać, jak PP lubię, ona niet). SR to jedno wielkie targowisko dla turystów. Wydaje się, że nie ma w SR nic z oryginalnego SR, wszystko przejęły usługi dla gaijinów.

Plusy SR to szansa nabycia jakiejś książki o Kambodży, ogólnie dostępne japońskie dobra i targ pełen potencjalnych prezentów. Konsumpcja w pełni.

Jutro pierwszy z trzech dni w Angkor Wat. Wg mojego planu zaczynamy od świątyń Roluos, położonych kilkanaście kilometrów na wschód od SR.

trwały link do tego wpisu

dzień 7 - do Kratie

20 grudzień 2014, 22:06| | Komentarze (0)

Ruszamy po śniadaniu. Minibus ma nas zawieźć do położonego nad Mekongiem Kratie w 4-5 godzin.

W minibusie jest pięcioro obcokrajowców i drugie tyle tubylców. Potem pojawia się człowiek ze skuterem, oboje też chcą jechać do Kratie.
Niewielka rearanżacja pasażerów i skuter jest już wepchnięty pomiędzy 2 rzędy foteli. Ich wcześniejsi okupanci zostali przesiedleni na tył, a skuter "dla bezpieczeństwa" (chyba tylko po to, żeby nie wypadł przy otwieraniu drzwi) zostaje za przednie koło przywiązany linką do kolejnego fotela.

Jeżeli będziemy mieć wypadek, to nie mamy szans.

Pędzimy pod prąd pustą drogą, mijamy przysiółki i wądoły, wreszcie opuszczamy góry i wiatr - słońce wróciło i praży niemiłosiernie.

Jedyny postój robimy w typowej przydrożnej knajpie: pełnej plastikowych stolików, psów, jedzenia niewiadomego pochodzenia. Ale wiatr nie wieje, a w toalecie jest czerpak i woda, jest więc jak spłukać toaletę.
Wspominałam, że Kambodża się zmienia? Zmienia się.

W Kratie jesteśmy o czasie. To jakaś nowa moda.

Zrzucamy rzeczy w hostelu (w jedynej łazience jest ciepła woda!!!), wypijamy regenerującą mieszankę owoców z mlekiem i można zwiedzać.

Delfiny zostawiamy na jutro. Dziś płyniemy promem na pobliską wyspę Koh Trong. Na miejscu można wynająć rowery i objechać całą wyspę dookoła.

Wysepka jest idylliczna, otoczona piaskiem (obecnie poziom wody w Mekongu jest b. niski) i palmami. W środku kryje ileś wat (świątyń) i połacie pól ryżowych.
Nic na świecie nie jest tak zielone jak pole ryżowe.

Rowery okazały się dosyć zużyte, ale koła reagowały na obracanie pedałów, hamować można stopami.

Ostatni prom z Koh Trong odpływa o 17:00, musiałyśmy więc tylko pilnować czasu i można się było rozkoszować przejażdżką.
Każdemu polecam. Jest tam zielono i bardzo spokojnie, mieszkańcy nadal używają pary wołów do młócenia ziarna, a drzewa chronią przez żarem.

:-)

Po powrocie na stały ląd zrobiłyśmy też rundkę po lokalnym targu. Kupiłyśmy owoców i niespiesznie ruszyłyśmy w kierunku kawiarni Sorya. Kawiarnię prowadzi Amerykanka, która organizuje też wyprawy kajakowe na delfiny.

Brzmiało to wystarczająco interesująco, a poza tym chciałyśmy się napić kawy.

Okazało się, że kajaki, owszem, są, ale w niedzielę Sorya jest zamknięta, więc najbliższe wiosłowanie planowane jest dopiero w poniedziałek, kiedy my planujemy być już w drodze do Siem Reap. No trudno.

Kawa była pyszna, z rozpędu zjadłyśmy tam też obiad... mmmmhhmm.

sunset on Mekong River, Kratie

Przysiadła się do nas angielska turystka: rozumiała potrzebę unikania tłumów i uwielbienie do Davida Attenborough. Przegadałyśmy ze 2 godziny :)
To jedna z radości takie podróżowania: przypadkiem poznajesz nowych ludzi, spędzasz z nimi jakiś czas, a potem każdy jedzie w swoją stronę.

I tyle.
Nadal jest ciepła woda, przez ścianę słuchać lokalne zawodzenie (muzykę popularną, dużo fletów), ale od czego są korki do uszu.

Jutro: delfiny!

trwały link do tego wpisu

dzień 5/6 - Sen Monorom

19 grudzień 2014, 20:10| | Komentarze (0)

Pierwszy raz pojedziemy ekspresowym minivanem. Należy do szanowanej firmy przewozowej i ma dotrzeć do Sen Monorom w zaskakujące 5 godzin. Pięć godzin!

Będąc w Kambodży należy spodziewać się wielogodzinnych podróży, które przymusowo trwają dodatkowe 2 godziny dłużej.
W przypadku naszego minivana podobno te 5 godzin to najprawdziwsza prawda.
Zobaczymy.

Droga nr 76 do Sen Monorom jest całkiem nowa, ma szeroki asfalt i świeżo wymalowane pasy, a to zwiększa nasze szanse na osiągnięcie planowanego czasu.
Droga dojazdowa do samego PP jest obecnie gruntownie remontowana, ale to dosyć krótki odcinek.
Całe PP i na mniejszą skalę podobno cała Kambodża to jeden wielki plac budowy. W PP, tuż obok hałdy śmieci i kosztem części terenu zielonego budują ogromne centrum handlowe. Obok kolejnej hałdy powstają 2 biurowce z kategorii drapaczy chmur. Kilka budynków jest już gotowych, nie wiem, które są już otwarte.
To wszystko wokół panującego w PP bałaganu robi przedziwne wrażenie.

do Sen Monorom

Robert, nowy właściciel Nomads, zrobił nam kawę i śniadanie, bo wszyscy inni jeszcze spali. O dziwo udało nam się je zjeść w momencie, gdy podjechała nasza podwózka do miejsca zbiórki :)
Z reguły autobusy nie opuszczają miasta jeśli mają szansę na kilku dodatkowych pasażerów. Pro aktywnie, zamiast stać i na nich czekać, krążą po mieście i zbierają chętnych. Potrafią tak krążyć i 2 godziny, a to samo miejsce odwiedzić kilka razy. W efekcie wcześnie zabrani pasażerowie mają 2 godziny zwiedzania miasta gratis ;)

Nasz minivan na miejsce naszej zbiórki dotarł jedynie odrobinę spóźniony i o dziwo nie kontynuował zbierania pasażerów, mimo wolnych miejsc. Profeska i cywilizacja.

Potem równie profesjonalnie dodał gazu i już rzadko schodził poniżej 90 km/h (mówimy o ruchliwych kambodżańskich jednopasmówkach!). Cywilizacja dawała o sobie znać, gdy mijając znak "30 km/h" zwalniał do 70km/h. Wypas.

Do tej pory nie rozumiem, dlaczego na krętych górskich drogach pędził 90km/h przeciwnym pasem mimo, że nasz był PUSTY. Może to życzenie śmieci...

O dziwo skończyło się bez wypadku, widoki po drodze, zwłaszcza dżungla, były wspaniałe, a na koniec dotarliśmy do Sen Monorom w 5 godzin. Zgodnie z planem. Kosmos.

Sen Monorom

Jeszcze w latach 60-tych dotarcie do Sen Monorom wymagało podróży z PP do Wietnamu, a dopiero stamtąd przebijania się do Sen Monorom. Całość zajmowała 1 miesiąc. Nic dziwnego więc, że przez lata jedynymi mieszkańcami prowincji były lokalne plemiona, a nie Khmerzy. Ci osiedlili się tu dopiero wtedy, gdy rząd w PP, już po upadku Czerwonych Khmerów, chciał większej kontroli nad prowincją. Khmerzy zostali tu wysłani w roli straszaka na wypadek, gdyby Wietnam zapragnął odzyskać ten fragment terenu.

Khmerzy stanowią 20% mieszkańców prowincji Mondulkiri, żyją wyłącznie w takich przysiółkach jal Sen Monorom. W okolicach Sen Monorom i w lesie mieszka wyłącznie lud Bunong. Radzi sobie znacznie gorzej niż Khmerzy, a najszybszy zarobek znajduje przy wycince swoich lasów. Za jedno drzewo mogą dostać nawet 1000$. To kusząca oferta do czasu, gdy jest co wycinać.
W najbliższym sąsiedztwie Sen Monorom dżungli już nie ma: wycięto ją i zmieniono w pola uprawne. Obecne rolnicze hity to drzewa kauczukowe, maniok i papryka.

W Sen Monorom wieje. Kramy nie wystarczały, musiałyśmy wyciągnąć bluzy. Zzzzzimno.

Przemaszerowałyśmy przez całe miasteczko do Tree Lodge, gdzie miałyśmy zarezerwowany hostel.

Tree Lodge to dom na palach w którym zamieszkuje prowadząca hostel rodzina. W ciągu dnia ich powierzchnia mieszkalna jest zamieniana w restaurację dla gości. Ta, w połączeniu ze sporym tarasem (jaki widok!), tworzy b. przyjazne wrażenie. Jest też WiFi :)
Domki dla gości to albo drewniane bungalowy z własnymi łazienkami albo proste trójkątne chaty z materacami i moskitierami. Optowałyśmy za bungalowem. Zzzzimno.

Po wysłuchaniu opowieści tych, którzy właśnie z 2-dniowej wyprawy do dżungli wrócili spakowałyśmy WSZYSTKIE ciepłe ciuchy, które przywiozłyśmy z PL. WSZYSTKIE, łącznie z polarem i kurtką. Tylko rękawiczki zostawiłam.

spacerem przez dżunglę

Do wioski Bunong, z której mieliśmy rozpocząć wędrówkę z przewodnikiem podwieziono nas samochodem. Początek był łatwy, bo wokół wioski dżunglę wycięto w pień robiąc miejsce na uprawy i pastwiska.
Przez dłuższy czas głównym pytaniem było "Gdzie jest dżungla?".
Była.

Dżungla do taki las, w którym fauna chcę cie zjeść, a flora jej pomaga. Dlatego trzeba mocno uważać i patrzeć pod nogi.

Okolica eksploduje życiem, ale zupełnie nic nie widać. Pod nogami leży gruba warstwa tego, co spadło z góry, wokół są ściany rattanu (ten jest dosyć uciążliwy, bo jego pnącza są mocno czepliwe i ciężko się z niego wyplątać bez pomocy) i paproci, a niebo przesłania dach liści. Słychać ptaki i małpy, ale zupełnie nic nie widać.

Tak czy siak trzeba mocno uważać, gdzie się stąpa: łatwo się potknąć albo podciąć źle przydepniętym pnączem. Po drodze każdy zaliczył jakąś wywrotkę. Ja spektakularnie stanęłam na kawałku bambusa po czym zjechałam kilka metrów po zboczu, z którego schodziliśmy w ramach "pójdziemy skrótem, ścieżkę w bambusach wyrobię maczetą".

Zgodnie twierdzimy że po drodze przynajmniej raz się zgubiliśmy i w efekcie zrobiliśmy więcej kilometrów niż zakładane 20. A przynajmniej nasze mięśnie tak twierdzą.

Przerwę i obiad mieliśmy pod wodospadem :) Po drodze widzieliśmy jeszcze kilka, kto chciał, mógł nawet pójść popływać.

Do miejsca noclegu,drewnianej wiaty o bambusowym dachu, dotarliśmy dosyć późno, na minuty przez grupowym wyzionięciem ducha. Wiało.

Kolacja była super, zjadłam całą suszoną rybę (głowę porzuciłam, wnętrzności już mi wystarczyły - głowy zjadł Krem, nasz przewodnik twierdząc, że to jego ulubiona część ryby :))

Potem zaczęło się rozpijanie lokalnego ryżowego wina, które mocą i smakiem przypomina tanie shochuu i tak samo podle wchodzi na zimno.
Wino miało pomóc w przetrwaniu nocy w hamakach podwieszonych w rzeczonej wiacie.
Nie pomogło, działało tylko 5 minut.

W nocy było ZIMNO. Cała wiata trzęsła się przy każdym odrobinę silniejszym podmuchu, a wiało naprawdę nieźle. Udało mi się przetrwać tylko dlatego, że miałam na sobie WSZYSTKO.

Niektórzy nie zmrużyli oka.
Byle do rana...

jutro nadeszło, będą słonie

Przeżylim. Rano pogoda się poprawiła, można się było odwinąć ze wszystkich ciepłych warstw i nawet wciągnąć kostium kąpielowy :) Może się przydać.

Na śniadanie, chyba dlatego, że byliśmy grzeczni , dostaliśmy naleśniki z bananami i nutellą :) :) :) I tę wspaniałą lokalną kawę.
Po takiej nocy to było śniadanie mistrzów.

Potem zeszliśmy ponownie nad rzekę celem upolowania słoni i nakarmienia ich wszystkimi bananami, które w tym celu nam rozdano.

Przy okazji okazało się też, że można zgubić słonia. Na szczęście niedługo potem sam się odnalazł.

Słonie, które mieszkają w dżungli projektu Mondulkiri, to słonie udomowione. Zostały odkupione albo wynajęte od właścicieli by resztę emerytury mogły spędzić na wolności jako szczęśliwe, najedzone słonie. Oba mają powyżej 50 lat, ale przy pomyślnych warunkach i dobrze odżywione mogę żyć ponad setkę.

Oddaliśmy im wszystkie banany. Próbowaliśmy stawiać opór, ale słonie mają b. czuły węch i tak długo przeszukują człowieka trąbą z prawa i lewa, aż je w końcu dorwą :)

Po południu była okazja umycia słonia, z której skorzystałyśmy, choć prąd był dosyć mocny, woda dosyć zimna, a słoń dosyć duży. No i komary mnie dopadły w stopę :( Mentalnie już mam malarię.

Do Sen Monorom zabrano nas pickupem. takim 4 osobowym pickupem z naczepą. Ledwo się zmieściliśmy, co niektórzy byli już bliscy wypadnięcia (droga była b. stroma i b. nierówna, a kierowca powoził z khmerską fantazją), ale dotarliśmy. Fajnie było.

Zdecydowanie warto :)

pachnę słoniem

W Siem Reap zrobimy pranie, bo wszystko jest utytłane obowiązkową czerwoną gliną i pachnie słoniami ;P

Stwierdziłam, że ja również wymagam prysznica, więc porzuciłam towarzystwo (właśnie rozkminiano, które z naszych puszek piwa wygrały nam kolejne puszki piwa - teraz jest tu jakaś promocja kapslowa :P).

Łazienka jest dosyć spartańska, ale woda jest. Zimna bo zimna, ale gorzej niż w nocy w dżungli na pewno nie będzie.
Gdy już się dokładnie namydliłam światło zgasło. Hmmmm. Po chwili znów się zapaliło ... zaczęłam rozważać umycie włosów. Wtedy zgasło kompletnie.

Damn, co jeśli pompa wody też jest na prąd?!

Nie była. Po ciemku (ciemności totalne, nic nie widać) udało mi się zmyć z siebie mydło i wtedy po omacku poszłam szukać ręcznika i latarki. Ech.... Trochę to trwało, ale na koniec byłam czysta i mam nową historyjkę to opowiadania.

Światło wróciło niecałą godzinę później.

Jutro jedziemy do Kratie, a dziś się wyśpię w cieple.

[Zdjęcia nie mają ochoty się załadować, Internet ma siestę, zupełnie jak ja. Będą później. Słonie też. :)]

trwały link do tego wpisu

dzień 4 - do Sen Monorom

17 grudzień 2014, 18:17| | Komentarze (1)

Znowu wczesna pobudka, tym razem o 6:15. A to miał być WYPOCZYNEK.

Załapałyśmy się na prysznic (zimny, ciepła woda chyba wyemigrowała z Indochin), śniadanie z kawą i dłuższe oczekiwanie na losowym skrzyżowaniu, z którego miał nas odłowić nasz ekspresowy minivan. Sukces.

Opóźnienie nadrobiliśmy już na przedmieściach Phnom Penh i kierowca rzadko już zdejmował nogę z gazu.

Samo PP jest odmienione: gdzie się nie odwrócić trwa budowa. Najczęściej eleganckich galerii i biur. Pewnie nie powinno mnie to dziwić w PP, gdzie już trzy lata temu każdy samochód był najnowszym modelem Toyoty, BWM, Lexusa lub sporadycznie Mercedesem, też nowiutkim i błyszczącym. W kraju, w którym średnia pensja to 30$ jest to dosyć szokujące.
Na dodatek samochodów jest tu znacznie więcej niż w Sajgonie. W efekcie trudniej też przejść przez ulicę.

A wracając do minivana...

Rzadko kiedy jechaliśmy poniżej 90 km/h, zdecydowanie za szybko jak na natężenie ruchu panujące na drodze. Trzeba jednak przyznać, że kambodżańskie drogi uległy znacznej poprawie: asfalt na drodze do Kampong Cham jest nowy, wystarczająco szeroki, by 2 samochody mogły się minąć bez konieczności zjeżdżania na pobocze i bez spychania z drogi skuterów. Nawet pasy są wyraźne i dwukolorowe. Postęp.

Podróż szła sprawnie, do Sre Khtum po prostu pędziliśmy kolejnymi odnogami drogi nr 6. Gdy już większość pasażerów wysiadła dotarliśmy w góry. Pagórki takie. Droga kręciła się jak spirala, a nasz kierowca pokonywał łuki z limitem 30km/h zwalniając do 70 i mknąc po górę pod prąd.
O dziwo, przeżyliśmy.

W Sen Monorom (czyta się Sen Monrom) byłyśmy po 13:00 czy zdecydowanie o czasie.
Sen Monrom to rozwleczona na sporym obszarze wiocha. Ma jednak bank, bankomat i kilka hosteli.

Sen Monorom przywitał nas także pochmurnym niebem i bardzo silnym wiatrem. Po drodze do hostelu musiałyśmy założyć bluzy! Skandal.

Teraz wiatr jest jeszcze mocniejszy, a słynny kambodżański czerwony pył mam już chyba wszędzie.

Ale to nic. Okolica jest piękna, choć wietrzna. Zjadłyśmy, pogadałyśmy ze spotkanymi gaijinami (w Sen Monorom są turyści - ale albo są w dżungli, albo pochowani przed wiatrem w restauracjach), a jutro ruszamy na 2 dni do dżungli. Grupa, która dziś wróciła, jest zachwycona, choć wszyscy twierdzą, że zmarzli. Zabieramy dodatkowe ciuchy. te zimowe, na powrót do Polski :)

Masakra takie wczasy w tropikach.

(ale internet tu także jest :) 3G jest bodajże w całej Kambodży, LTE na razie tylko w kilku miejscach, ale to mniej więcej jak w PL. Heh.)

trwały link do tego wpisu

dzień 3 - Phnom Penh

16 grudzień 2014, 19:15| | Komentarze (0)

Od 15 jesteśmy w PP. Autobus z Sajgonu jechał 7h. Papierologia na granicy trochę trwała, ale i tak poszło znacznie szybciej niż 3 lata temu na rzece. W końcu to największe przejście graniczne z Wietnamem.

Więcej będzie później, bom zmęczona, a jutro znowu wczesna pobudka.

Spóźnione zdjęcia:

W autobusie pustki:

on a way to Phnom Penh, Cambodia

W Sajgonie, w oczekiwaniu na odjazd.

on a way to Phnom Penh, Cambodia

Prom? Nikt nie wspominał o promie.

on a way to Phnom Penh, Cambodia

Zasłużony obiad: smażone owoce morza z warzywami i ryż.

on a way to Phnom Penh, Cambodia

W PP jest pochmurno i wietrzno, ale nadal bardzo gorąco.

Deptak wzdłuż Tonle Sap:

on a way to Phnom Penh, Cambodia

Słońce zachodzi tu podejrzanie szybko.

on a way to Phnom Penh, Cambodia

trwały link do tego wpisu

dzień 2 - uzupełnienie

15 grudzień 2014, 21:01| | Komentarze (2)

that's how you write your blog from now on!

Od dziś tylko w takich warunkach można aktualizować pożywkę.
Pot Pocariego można ewentualnie zastąpić piwem Tiger.

Howgh!

trwały link do tego wpisu

dzień 2 - Sajgon (aka HSMC)

15 grudzień 2014, 20:35| | Komentarze (0)

Marudziłam, że nie mogę spać, więc w nagrodę ocknęłam się po 11 i to tylko dlatego, że M-chan zapaliła światło (nasz pokój klasycznie nie ma okien).

Żyjemy, zaspałyśmy na śniadanie, ale to nic.

Śniadanie upolowałyśmy w okolicy i zawierało nieziemską, lokalną kawę. Po sąsiedzku jeden z klientów kawiarni korzystał właśnie z usług wędrownego masażysty. Usługa zawierała nawet stawianie baniek.

Vietnamese coffee is one of a kind

Saigon: a view from a cafe

Wymieniłyśmy 50$ na dongi umilając sobie czekanie pogawędką z przypadkowo poznanym profesorem z RPA :). W końcu miałyśmy za co kupić bilety autobusowe do Phnom Penh (aka PP) na jutro, a przy okazji dowiedziałyśmy się, że kambodżańska wiza kosztuje już 35$!
W 2011 ta sama przyjemność była o 15$ tańsza.

Autobus Sorya jedzie do PP 6 godzin, rusza spod agencji o 8 rano. Planujemy nie zaspać tym razem i zjeść śniadanie w hostelu.

Saigon: iced white coffee  (mhhmm)

Obowiązki spełnione, czas się przejść: przewędrowałyśmy uliczkami w kierunku opery i pomnika wujka Ho. Pomnik jest przykryty brezentem, a cała trasa od rausza do budynku opery praktycznie niedostępna: Sajgon kopie sobie kolej miejską. Nie zakopuje jej, kopie miejsce na torowisko - pociąg miejscami ma być podziemny.

Brak wujka Ho nas nie powstrzymał, przewędrowałyśmy do katedry Notre Dame i budynku poczty (ta też jest w remoncie, na dodatek elewacja jest przemalowywana na kolor słoneczników x_X).

Po drodze zupełnie przypadkiem weszłyśmy do kawiarni, w której podawali nieziemksą lokalną kawę w postaci mrożonej, a dla M-chana napój z maccha.

Maccha nie była jedynym japońskim akcentem w Sajgonie. Wczoraj w kombini były onigiri (zjadłyśmy, a co! W końcu to jest urlop) i japońskie słodycze. Dziś miałyśmy być dopiero świadkami postępu choroby ;)

W 2011 nie udało nam się dotrzeć nad przecinająca miasto rzekę Sajgon, więc dziś naprawiłyśmy ten błąd. Jest dosyć parno, logicznie założyłyśmy, ze nad rzeką będzie trochę chłodniej. Było, ale tylko trochę.

Saigon: floating restaurant on Saigon River

Big Foot :P

Odsapnęłyśmy na ławeczce z widokiem na rzekę, restaurację-rybę, ławicę czerwonych rybek i ławicę śmieci, a potem ruszyłyśmy wzdłuż rzeki.

Nadrzeczny park przechodzi w zbiór bonsai (nie wiem, o co cho, ale mają kilkanaście metrów kwadratowych pełnych drzewek w donicach. Może to lokalny magazyn?

Potem Sajgon zmienia się w plac budowy, a port cywilny w coś o znacznie większym tonażu za płotem z drutu kolaczastego. Znak, że czas odwrócić się od rzeki.

Znalazłyśmy restaruację Osaka, w której, wg Internetu, podają nalepszy ramen w mieście. Pyszny był, menu było po japońsku i obsługa też włada tym językiem. :)

Saigon: ajitama ramen

W okolicy podobnych japońskich restauracji jest znacznie więcej: jest yakiniku, iles restauracji z sushi, podają gyoza, tonkatsu, mieli nawet izakaya.
I sklep z japońskim jedzeniem. Był Pot Pocariego (potem okazało się, że jest też w niektórych kombini i dobrze gasi pragnienie), Carpis, małe dorapany, masa sosów, alko i makaronu instant. Mmmhmmm. Już wiem, co będę robić 8 stycznia w Sajgonie ^_^

Teraz już zalegamy w hostelowym lobby. Rano mamy autobus, więc odezwę się już z PP.

trwały link do tego wpisu

dzień 1

15 grudzień 2014, 0:53| | Komentarze (1)

Jesteśmy w Sajgonie. Nie mogę spać, choć już po północy :(
Na dodatek aplikacja flickr ma jakiś kryzys i nie chce załadowa zdjęć, stąd ich obecny zupełny brak.

Dotarcie tu obejmowało wdrapanie się na 3 piętro, a 3 loty (do Belgradu, do Abu Dhabi i wreszcie do HCMC) oraz poprzedzający wypad do Sochaczewa.

Co jest w Sochaczewie, spytacie? Odpowiadam: nic. Nadażyła się jednak okazja odłowienia na tamtejszym dworcu M-chana, z czego skorzystaliśmy. M-chan od sobotniego poranka podróżowała Polskimi Kolejami i jej pociąg wyczyniał po drodze niestworzone rzeczy, by na koniec przed Skierniewicami pojechać tyłem do Łodzi. Dla tych, którzy są słabsi z geografii województwa mazowieckiego: Łódź jest w przeciwnym kierunku niż Warszawa.
Koniec końców M-chan ewakuowała się w Sochaczewie i udało nam się nie spóźnić na samolot.

W nagrodę każdy z naszych trzech samolotów wyleciał z mniejszym lub większym opóźnieniem, by następnie z jeszcze większym poślizgiem dolecieć na miejsce.

Abu Dhabi sim city like

Abu Dhabi z samolotu wygląda jak Sim City.

W Abu Dhabi (wielki plac budowy na pustyni) sytuacja była już krytyczna: schodki podstawiono, gdy do następnego odlotu miałyśmy 30 minut. Boarding oczywiście już trwał.

Lotnisko ogromne, w trakcie kolejna kontrola i dzikie tłumy, zero wsparcia dla biednego transferu, pozostawał wyraz obłędu na twarzy i sprint.
Udało się, ale potem 10 minut łapałam oddech.

Z plusów: na wszystkich trzech lotach dobrze karmili, a bogactwo VOD w ostatnim samolocie pozwolił na obejrzenie m.in. wywiadu z Davidem Attenborough i najnowszego filmu z Helen (Mirren). :-)
Film nie powalał, ale Helen i tak wspaniała.

HSMC Airport

Odbiór bagażu.

ordered airport pickup? good luck!

Ci wszyscy ludzie to kierowcy czekający na pasażerów, którzy zamówili odbiór z lotniska. Po wyjściu z budynku człowieka wita szpaler ludzi z kartkami. Powodzenia w szukaniu właściwej.

I tak udało się dotrzeć do Miasta Ho Chi Minha. Jest parno i ciepło, są palmy, skutery i neony. Jest nawet onigiri i zielona herbata z mlekiem.
Tylko sen nie przychodzi.

Jutro: cały dzień Sajgon.

trwały link do tego wpisu

kierunek: Kampuchea

13 grudzień 2014, 11:40| | Komentarze (0)

Lecim. Przez Belgrad i Abu Dhabi do Sajgonu.

Odezwę się po drugiej stronie. Wesołych.

trwały link do tego wpisu

Secret Service is dead

11 grudzień 2014, 10:23| | Komentarze (3)

Nocny spokój internetu zaburzyło pojawienie się informacji o utracie praw autorskich do nazwy "Secret Service" przez obecnego wydawcę pisma, a następnie usunięcie Facebookowej strony pisma wraz z litanią złorzeczeń pod adresem autorów, która już zdążyła na rzeczonej stronie powstać.

Złorzeczenia można kontynuowane na stronie następcy SS, nowego miesięcznika "Pixel".

Nowy magazyn nie będzie miał łatwego startu, nie po tej burzy, która teraz przetacza się przez Internety.

Przypomnę, że od premiery pierwszego numeru minęły dwa miesiące.

"Thank You For Playing" przesunięty

Taki mamy klimat. Zgodnie z duchem świąt premiery gry "Wiedźmin 3" i filmu "Thank You For Playing" zostały przesunięte na określony termin w przyszłości. Tytuły obu produkcji nie ulegną zmianie.

Pojawił się za to obiecany Hall of Fame :-)

Thank You For Playing Hall of Fame

Kręte percie:

trwały link do tego wpisu

Czarny tydzień dla portfela

5 grudzień 2014, 9:33| | Komentarze (0)

Niby marny był ten Czarny Piątek, ale jakoś tego po stosie nie widać. Uczciwie trzeba przyznać, że połowa nie pochodzi z czarnopiątkowych przecen i całość nie jest tak spektakularna jak nabytki z zeszłego roku, ale to i tak masa rozrywki.

Większość poczeka do przyszłego roku, bo już za tydzień URLOP!

Black Friday 2014

gry

Na froncie gier średnio - promocje były nieciekawe albo mało promocyjne - poza klawiaturą Nintendo, wpadł pierwszy z Laytonów na 3DS i obie części "Rocksmith" razem z kablem. Poszukiwania gitary trwają :)

Miałam cichą nadzieję na obniżkę pierwszego "Disney Infinity" :P ale Xboxa 360 ominęło. Może kiedyś.

filmy

Największa zdobycz to kompletne wydanie MASHa, 11 sezonów, film i masa materiałów dodatkowych. I żadnych kartonowych opakowań!

W końcu (ile to już lat? 8?) upolowałam "The Pusher Trilogy". A już traciłam nadzieję.
Wszystkie trzy filmy pokazywano w 2006 na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Wyświetlano je rano, dzień po dniu, w niefunkcjonującym już kinie Atlantic. Teraz z kina Atlantic został jedynie neon, a i on jest wyłączony.

trwały link do tego wpisu

wietnamska wiza: got!

2 grudzień 2014, 12:05| | Komentarze (0)

Vietnamese visa: got!

Można odfajkować kolejną rzecz z listy KoniecznieZrobićPrzedWyjazdem.

Wiza jest wielokrotna, ale poza Sajgonem nie mamy większych wietnamskich planów. Nie tym razem.

trwały link do tego wpisu

co za dzień

1 grudzień 2014, 18:49| | Komentarze (0)

Blu-ray.com leży. Moją bazę danych nadgryzły robale i całą ciężką pracę z ostatniego tygodnia szlag trafił.

Ech.

PS.

Baza przywrócona. Straty: ostatni tydzień notek (czyt. trzy) i poprawki w HTML najstarszych wpisow. Oh well. Za drugim razem pójdzie szybciej.

trwały link do tego wpisu

bezprzewodowa klawiatura :)

1 grudzień 2014, 9:52| | Komentarze (0)

Jedna z "czarnopiątkowych" przecen pozwoliła mi stać się właścicielką bezprzewodowej klawiatury Nintendo.

Nintendo Wireless Keyboard

Klawiatura jest fragmentem zestawu do nauki pisania na klawiaturze, "Pokemon Typing Adventure". Pewnie z racji wieku Pokemony nigdy mnie nie pociągały, ale jeśli program nie wymaga znajomości kieszonkowych potworów, to nie wykluczam, że się nim pobawię. Całość nabyłam wyłącznie z racji klawiatury.

Jest mała, działa m.in. z systemem iOS i zasilana dwoma najzwyklejszymi paluszkami, co ułatwi zdobywanie baterii w Obcych Krajach.

Bojowy plan zakłada zabranie klawiatury w najbliższą podróż do Kambodży, co powinno ułatwić generowanie notatek z podróży.

Na razie twierdzę, że to bardzo dobrze wydane 5 funtów.

trwały link do tego wpisu