« grudzień 2014 | strona główna | luty 2015 »

Star Trek Attack Wing - The Collective OP3

31 styczeń 2015, 23:31| | Komentarze (0)

Znowu sukces :)

Nie udało się wygrać nagrody za OP3, ale punktów za oba turnieje (OP2 był w listopadzie) starczyło na nagrodę główną! "Assimilation Target Prime" jest mój! Technicznie jest to jakiś nieznany zasymilowany statek klasy Galaxy, ale i tak będzie występował jako Borgowy Enterprise. A co.

Star Trek Attack Wing The Collective prize

W lutym ma być pierwszy turniej z nowej serii... trza się będzie lepiej przygotować.

trwały link do tego wpisu

Sikret wiecznie żywy?

29 styczeń 2015, 19:17| | Komentarze (0)

Dziś dzień premiery następcy krótko żyjącego Secret Service, magazynu "Pixel" (czyt. piksel).

Udało mi się upolować go dopiero w 5 kiosku, choć wcześniej z zakupem SS nie miałam żadnego problemu.

Pixel no.1 & Space Patrol

Jestem po lekturze mniej więcej połowy 110-stronicowego numeru. Pierwsze strony dotyczą tematów bieżących, premier i nowości. Druga połowa magazynu to artykuły dotyczące historii, wspominkowe i przeglądowe, a całość zamyka kilka felietonów. Te przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, mam nadzieję, że ich liczba utrzyma się na podobnym poziomie w przyszłych numerach.

Na razie najsłabiej wypadają wywiady z zagranicznymi gośćmi: są o niczym, niestety. Razi też spora liczba angielskich zapożyczeń i wtrąceń, zwłaszcza w recenzjach nowości. Wielu z nich spokojnie można by uniknąć.

Do szaty graficznej, zwłaszcza rozmieszczenia zdjęć i skaczących "lidów" (hehe, a przed chwilą sama narzekałam na anglicyzmy) też można mieć zastrzeżenia. Zlokalizowanie nazwiska analityka, z którym przeprowadzano wywiad w kontekście spółek notowanych na giełdzie, zajęło mi kilkanaście sekund. "Lid" dla hecy wydrukowano pod akapitami z wywiadem. Ha ha.

Jeszcze nie przeczytałam całości, ale i tak wiem, że drugi numer kupię. Czuć w Pikselu ducha SS, Top Secret czy Gamblera, a przecież właśnie o to chodzi :)

Galactic Encounters

"Kosmiczny patrol" upolowany na allegro za kilka złotych. Ilustracje nadal trzymają poziom, choć tekst już nie ten, co we wcześniejszych albumach.

Przeglądanie książki umiliłoby oglądanie "Jodorowsky's Dune", gdyby dokument wreszcie pojawił się w Europie. Nie pojawił się i nic nie słychać, by się w niedalekiej przyszłości objawił, pozostaje wertowanie "Kosmicznego patrolu".

trwały link do tego wpisu

kąpiel

27 styczeń 2015, 12:08| | Komentarze (4)

W przypływie weny wykąpałam pady do Playstation 2. Po wyjęciu z Pudła Przechowywania okazało się, że gumki od drążków dziwnie się lepią. Czasem to efekt starzejącej się gumy - kąpiel miała to zweryfikować.

Mimo silnej pokusy nie wrzuciłam do wody całych padów, a tylko elementy wodoodporne. Bardzo przydatny w rozkładaniu pada okazał się znaleziony w sieci instruktaż ze zdjęciami.

Pady są już jak nowe, nic się nie lepi, ale kupiony kilka dni temu 「極上パロディウス」 (Gokujou Parodiusu) jak nie działał, tak nie działa. Konsola z uporem maniaka informuje, że na tej nieznanej płycie z grą na PS2 (sic!) nic poza czarnym ekranem nie ma.
Żeby było do kompletu, "Detana! Twinbee Yahho DX" potrafi się zawiesić. Obie idą do zwrotu, grrrr.

Na otarcie łez pogrywam w "Rez". I rymuję :>

W kolejce do kąpieli czeka kontroler do Xboxa 360 - chwilowo mu się upiekło, bo nie mam go czym rozkręcić.

trwały link do tego wpisu

wpadło z początkiem roku

23 styczeń 2015, 18:46| | Komentarze (0)

To dopiero pierwsza część...

Yes, we were naughty. Completely naughty. So, so very sorry. But just between you and us, it felt quite good.

Paczka z Japonii dotarła do Polski przed przesyłką z Wielkiej Brytanii mimo, że została wysłana później... mój umysł tego nie ogarnia.

collection update - January 2015 part 1

Obie gry na Playstation (pierwsze Playstation, a co!) to shmupy. Od lewej to "Gokujo Parodius Da! Deluxe Pack" i "Detana TwinBee Yahho Deluxe Pack".

Twinbee DX zawiera dwa porty z automatów: "Detana!! TwinBee" z 1991 i "TwinBee Yahho!" z 1995 roku.
Parodius DX to też kompilacja portów z automatów: "Parodius Da!" z 1990 i "Fantastic Parodius" z 1994.

W drodze jest już arcade stick, ponieważ najwyraźniej nie potrafię grać w pionowe shmupy bez jego pomocy.

Ostatnia pozycja w cudnym, migotliwym opakowaniu, to "Hoshi no Kaabii Kagami no Daimeikyuu" czyli kolejna gra z Kirbym :) Pojawiła się w wersji angielskiej jako "Kirby & the Amazing Mirror", ale japońska kopia jest znacznie tańsza niż jej zachodnie odpowiedniki, a do tego ma ładniejsze opakowanie i kolorową instrukcję.

Mając odpowiednią liczbę kabli, konsol i kopii gry można tę część przygód Kirbiego przejść w 4 osoby. Ja nawet nie będę próbować szukać kogoś z taką samą wersją gry...

trwały link do tego wpisu

wystawa klocków Lego

18 styczeń 2015, 20:52| | Komentarze (0)

Jarmark Stulecia nadal straszy elewacją, ale jego wnętrza ponownie się do czegoś przydały. Tym razem część przestrzeni wystawowej zajmuje wystawa konstrukcji z klocków Lego.

I to jakich!

Zdjęcia robione kartoflem, więc nie powalają jakością, ale można pojąć skalę wystawy.

mozaiki

Lego picture side A

Lego picture side B

pojazdy

Ursus C-330

Syrenka?

Space shuttle

Digger

Another, smaller scale Ursus

2 ZAZ cars

miasta

City diorama

Park

Look at that staircase!

Another City diorama

PRL

Makietę trzeba obejrzeć z bliska, tyle się na niej dzieje.
Efekt wzmacnia ukazanie tej samej ulicy zimą (czołgi na ulicach) i latem.

Pracować dobrze to pracować lepiej.
Robiąc lepiej dajemy więcej.

PRL street diorama

PRL street diorama with Pewex add

PRL street diorama: milk supplier

znane konstrukcje i Paszczaki

Tower Bridge

Paszczak (Hemulen) of Moomins diorama

Po takiej dawce Lego (5h!) nie pozostaje już nic innego, jak siadać i budować.

trwały link do tego wpisu

plan Nadrabiania Zaległości

16 styczeń 2015, 12:28| | Komentarze (0)

Liczba gier, które rozgrzebałam i porzuciłam, sięgnęła sum nieogarnialnych. Dlatego też stwierdziłam, że warto by w tym roku skończyć po jednej grze na każdą platformę, jaką posiadam i mieć poczucie, że coś się w Stosie Zaległości poruszyło.

Decyzja jeszcze nie zapadła, ale kandydaci leżą już na wierzchu, kurzyć zaczną się niebawem.

Clearing the Backlog 2015

Jako że nie posiadam PS Vita, to żadnej z posiadanych dwóch gier na Vitę skończyć nie mogę :P Założę się, że brak Vity to klucz do sukcesu mojego planu :)

Kandydaci to:

Game Boy
"Hoshi no Kaabi 2" (aka "Kirby's Dreamland 2") / "Warioland"
Game Boy Color
"Shadowgate Classic" (prosty wybór, mam tylko dwie gry na GBC, z czego ta druga nie działa zbyt dobrze na moim niebieskim GB Advance SP)
Game Boy Advance
"Advance Wars" / "Metroid Fusion" / "Hoshi no Kaabi 2 Yume no Izumi Deraksu" (aka "Kirby's Nightmare in Dreamland")
Nintendo DS
"Professor Layton and the Lost Future"
Nintendo 3DS
"Fire Emblem Awakening"
Game Cube
"Resident Evil" (GC nie posiadam, ale od czasu traumy w RE6 chodzi za mną ta gra)
Wii
"Super Mario Galaxy 2"
Playstation
"Einhander"
Playstation 2
... zapomniałam o PS2, bo gry na nią są zakopane bardzo głęboko ... trzeba będzie coś wybrać
Playstation 3
"Ni no Kuni Wrath of the White Witch" (40h w nią włożyłam, warto by skończyć)
Playstation Portable
"Dungeon Siege Throne of Agony" / "Crisis Core Final Fantasy 7"
Xbox 360
"Assasin's Creed III"

I chyba tyle.

Na PC mam rozgrzebane kompletne "Wrota Baldura" i też chciałabym je skończyć, ale to może być cel dodatkowy.

Nie oszukujmy się, na tych 10 grach się nie skończy, jak Diablo złapie, to ciężko będzie się od niego oderwać.

Listę zamknę na dniach, a potem do boju!

trwały link do tego wpisu

znowu w PL

13 styczeń 2015, 10:30| | Komentarze (0)

Od sobotniego wieczoru jesteśmy w PL. Nasze bagaże zabalowały w Belgradzie, dlatego mają do nas dotrzeć dopiero dziś wieczorem.

Poza tym leje, jest deficyt słońca, a w pracy nie ma pracy. Trzeba będzie się zmotywować i wprowadzić kilka zmian.

Pod koniec stycznia ma być kolejny turniej "Star Trek: Attack Wing", a na początku lutego kolejna zjAva. Potem już może być wiosna, jeśli o mnie chodzi.

trwały link do tego wpisu

dzień ostatni - Sajgon (HCMC)

9 styczeń 2015, 9:29| | Komentarze (0)

Wieczorem lecimy do Abu Dhabi. Mam nadzieję, że z programu rozrywkowego nie zniknęły jeszcze filmy świąteczne. Święta bez Kevina to nie święta.

Plany na dziś: kawa, kawa, kokosek, ramen i japońskie dobra.

To ostatnie godziny, trzeba korzystać. (Siooorb kawę z Higlands Coffee)

trwały link do tego wpisu

dzień przedostatni - do Sajgonu

8 styczeń 2015, 13:01| | Komentarze (0)

Jesteśmy w Ha Tien. Z Kampot ruszyliśmy ze sporym poślizgiem, ale w dobrym towarzystwie.
Na wietnamskiej granicy zostaliśmy wszyscy zmuszeni na zapłacenia 1$ za kontrolę zdrowotną (health check). Kontrola polegała na wpisaniu czegokolwiek w wybrane pola żółtego formularza a następnie mierzeniu temperatury, która podejrzanie u wszystkich wyniosła tyle samo: 36,5 stopnia. Osom.

1 skandalicznie wyłudzony dolar. Scam jak nic.

W Hatien kilkudziesięciominutowa przesiadka, ale nowy van również nie jedzie do HCMC. Ten jedzie tylko gdzieś. W gdzieś (stacja autobusowa, inne miasto, nie wiadomo) czeka kolejny autobus. Fan fan fan

trwały link do tego wpisu

dzień kolejny +3 - Phnom Chnnork, pola solne i znowu Kep

7 styczeń 2015, 22:25| | Komentarze (0)

Plan na dzisiaj zakładał odwiedzenie świątyni w jaskni, Phnom Chnnork. Zbudowana z ciegieł w 7 wieku (na długo przed Angkhor Wat!) zachowała się w świetnym stanie tylko dlatego, że chroniła ją jasknia. Inne ceglane budowle z tego okresu, te zbudowane na otwartej powierzechni, nawet jeżeli przetrwały, to najczęściej w szczątkowym stanie albo jako malownicze stosy cegieł.

Jechałyśmy kierując się GPSem i mapami Google, które są troche zbyt nowoczesne dla kambodżańskiej infrastruktury: niektóre wąskie ścieżki są na mapach oznaczone grubą linią podczas gdy kilka całkiem równym i szerokich traktów na mapach zupełnue nie występuje.
To nic. Pojechałysmy za daleko (prawie do tzw. Tajnego Jeziora) i musiałyśmy nadrabiać skrótem, ale to nic, droga była bardzo malownicza i można było odnieść wrażenie, że niektórzy mijani miekszańcy nigdy nie widzieli takiego dziwa, jak gaijin na skuterze :)

Kilkukrotnie w ciągu dnia musiałyśmy przecinać ichnią linię kolejową.
Przejazd oznaczony jest zawsze cudnym znakiem z parowozem, a my przejeżdzamy z zachowaniem wszelkich europejskich zasad bezpieczeństwa. Warto tu wyjaśnić, że kambodżańskie pociągi to dobro rzadkie (w życiu żadnego nie widziałam, nawet na stacji) i pędzą 20km/h. Ale zasady to zasady.

Phnom Chnnork

Sukces, dojechałyśmy. Z równiny wyłania się zporej wielkości wzgórze i to jest właśnie to.
Droga dojazdowa to trakt wzdłuż kanału nawadniającego, ale nawet nie jest zbyt wyboisty. Na miejscu jest parking dla motorków. W cieniu! Nawet nie wiecie, jaki to ból, usadzić cztery litery na siodełku skuteru, który 20 minut stał w tutejszym słońcu.
W okolicy jest nawet murowana toaleta, pewnikiem postawiona z myślą o turystach.

Na miejscu jest parkingowy, a wbrew temu, co przeczytałyśmy, kłębiące się wokół dzieci nie są namolne i można nie korzystać z ich usług. Ale skorzystałyśmy :)

Do jaskni trzeba się wspiąć po ponad 200 stopniach - z punktu widokowego jest ładny widok na całą równinę. Sama jaskinia to wielki, ziejący otwór, do którego się schodi.
Świątyni jest zaraz orzy wejściu, dociera do niej nawet część światła słonecznego, ale i tak latarka się przyda: w środku jest ciemno. Przewodnik ma swoją, ale wzięłysmy też swoją.
Linga w świątyni to stalagmit :)

Zdjęcia będą głównie z telefonu M-chana, jak już je uzyskam. Ciemno tam, a aparat w Ajfonie 5 rządzi.

Gdy już obejrzałyśmy świątynkę przewodnik zapytał, czy chcemy zejść ze wzgórza jaskiniami. Chciałyśmy.
Wymagało to przeciskania się przez skałki i dosyć karkołomnego zeskoczenia z wysokiej ścianki, ale warto było. Wyszłam zlana potem, bynajmniej nie z gorąca :)

Dla tych, którzy nie zdecydowali się na wędrówkę jasknią pozostawało ponowne przebycie 200 stopni i nieobejrzenie nietoperzy.

Wyjaśniono nam, jak traktem przy kanale dojechać do tzw. Tajnego Jeziora, więc wyprowadziłysmy skutery z cienia i ruszyłyśmy. Udało nam się przejechać odpowiedni skręt, ale tylko o kilkaset metrów - zawróciłyśmy.

Tajne Jezioro

W końcu dotarłysmy do jeziora. Jezioro jest bytem całkowicie sztucznym, efektem prowadzonych tam przez Czerwonych Khmerów robot przymusowych. Po wykopaniu odpowiedniej liczby kanałów i postawieniu tamy jezioro samo się zrobiło.
Nazywane jest Tajnym Jeziorem w ramach spiskowej teorii dziejów: Czerwoni Khmerzy chcieli mieć tamę, jezioro było jej naturalnym następstwem, a "tajność" miała polegać na wymordowaniu i pochowaniu w okolicy tamy tych, którzy ją budowali. Wedle tej samej opowieści rybacy jeszcze długo później wyciągali w sieciach ludzkie szczątki.

Opowieść wydaje się wiele nieprawdopodobna, ale jedno jest pewne, przy budowie tamy umarło bardzo wielu ludzi.

Jezioro naprawdę robi wrażenie, jest bardzo duże, otoczone z każdej strony wzgórzem, na jego powierzchni odbija się cała okoliczna zieleń.

W miejscu, przy którym wyjechałyśmy, były bambusowe dachy i podesty dla turystów, ale zajęty był tylko jeden: spał w nim pies. Pewnie to miejsce est znacznie bardziej popularne wśród Khmerów niż zagranicznych turystów.

Usiłowałyśmy objechać jezioro wokół, ale poległyśmy.
W pewnym momencie główna droga (pylista, ale w miarę równa) odbija w lewo, a obiecująca droga w prawo kończy się parą robotników murujących nową bramę. Będzie brama, będzie droga, ale jeszcze nie teraz. Pojechałyśmy ścieżynką, ale okazała się być ślepym zaułkiem. Ścieżka miała 15 centymetrów szerokości, nawet rowerem trzeba by na niej uważać. Pokonałyśmy oba wykroty przejeżdżając po położonych tam deskach (wąskich deskach! aaa) tylko po to, by dowiedzieć się że to ślepy zaułek i możemy te deski pokonać jeszcze raz. Wypas, tym razem nawet nie zdejmowałam nogi z gazu. Tzn ręki. To taka przenośnia :)

Jako że wedle GPSa i rzeczywistości byłyśmy już blisko drogi N33 do Kep, to pojechałyśmy do Kep.

Była tam mrożona kawa ze słodkim mlekiem, lody (ale jakie!), informacja turystyczna (nie przydała nam się, ale próbowałyśmy) i ponownie Targ Krabowy.
Poczęstowali nas tam okropnie wysokimi cenami, ale zjadłyśmy 2 duże kalmary i cały patyk dużych krewetek :) (10$, skandal)

Dziś jest pochmurniej, słońce tak nie praży jak wczoraj. To idealna pogoda na plażowanie dla tubylców. Na plaży w Kep była ich masa i żadnych gaijinów. Dla gaijinów zbyt mało słońca na plażowanie :)))

Z planu dnia pozostała nam farma pieprzu (w końcu nie dotarłyśmy) i pola solne. Farmy szukałyśmy wg instrukcji z punktu informacji turystycznej w Kep i nie znalazłyśmy. Lokalsi nic nie wiedzieli, choć miałyśmy karteczkę z napisanym po khmersku "farma pieprzu". Nic to.

Pola solne znalazły się same, wystarczyło pół kilometra od Kampot (w kierunku na Kep) skręcić w prawo i były.

Wyglądały jak pola ryżowe, tyle że zamiast ryżu hodowali tam sól. Ciągnęły się po horyzont.
Obfotografowałam grupkę kobiet, która równomiernie ubijała ziemię w suchym basenie solnym - równo, w dwóch rzędach, szły i ubijały. Wypas.
Był też człowiek, który wyrównywał wodę, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Potem dowiedziałam się, że w ten sposób wyrównują zasolenie basenu. Bardzo fotogenicznie im to wychodzi.

Wyjazd z pól solnych wypadał na przedmieściach Kampot, do naszych okolic nie było daleko.
Ostatni punkt programu był już w mieście, na drugim końcu Nowego Mostu. Nowy Most nie jest tak malowniczy jak Stary Most, ale też nie ma dziur szerokości opony i mogą nim jeździć samochody. Stabilny jest i wzbudza zaufanie.

Po drugiej stronie Nowego Mostu jest Farmlink, sortowania pieprzu.

Można tam obejrzeć suszenie pieprzu, zwiedzić przykładową uprawę i posłuchać o pieprzu. Wychodzi się z wiedzą na poziomie doktoratu :)

Obejrzałyśmy suszenie pieprzu - teraz jest sezon na "long pepper" (pieprz długi), przedziwny pieprz, który wygląda jak długa szyszka, pachnie owocowo, ale smakuje jak pieprz :)

Obejrzałyśmy sortownię, gdzie za długim stołem RĘCZNIE grupa kobiet oddzielała pieprz pierwszego gatunku od reszty. Miały do tego pęsety. Kosmos. Pieprz był czarny.
Wg przewodniki 80% pieprzu to pieprz pierwszego gatunku. Jeżeli jakaś partia pieprzu jest niższej jakości, to Farmlink kontaktuje się z farmerem, od którego kupiono pieprz (każda sortowana tacka ma numer partii pozwalający jednoznacznie zidentyfikować nie tylko farmę, z której pieprz pochodzi, ale i datę jego zebrania).
Pieprz gorszy: mniejszy, nieidealnie czarny jest sprzedawany do restauracji i hoteli. Pieprz pierwszego gatunku jest głównie eksportowany do Francji i Niemiec. Ciekawe ile tam kosztuje paczka pieprzu z Kampot?

Próbowałyśmy białego, czerwonego i czarnego pieprzu oraz świeżo poznanego długiego pieprzu. Na otarcie łez była lokalna sól (z pól solnych), a na koniec cukier palmowy. Poprosiłam o dokładkę .... cukru.

Wizyta była bardzo ciekawa, a na koniec można jeszcze było nabyć ciasteczko z czerwonym pieprzem. Zjadłam na miejscu, więc na prezenty nie ma szans. Pyszne było.

Wróciłyśmy Starym Mostem, bo już wiemy, gdzie są dziury, a co Stary Most, to Stary Most.

Zahaczyłyśmy o Tiny Pillows (przy rondzie z pomnikiem 2000), sklep z pamiątkami specjalizujący się w małych poduszkach :)

I tyle. Pozostało oddać skutery (prawie cały bak paliwa dziś poszedł!) i zmyć siebie legendarny czerwony pył. Z ubrać pył czasem schodzi.... spróbuję wziąć z nim rozwód w Polsce :)

duriany

Gdy wieczorem wyszłyśmy napić się czegoś owocowego (daleko nie było, na przeciwko hostelu) wyjaśniło się, dlaczego nie potrafimy zlokalizować durianów, z których słynie Kampot i które chciałyśmy zjeść.
Otóż to nie jest sezon na duriany. Duriany z Kampot pojawiają się na targu w kwietniu i maju. Teraz to nie jest sezon na lokalne duriany. Te, które są czasem w sprzedaży (jakieś niewidome jesteśmy? węch nam się popsuł?) to duriany importowane z Tajlandii. Podobno pachną ("pachną" hehe) inaczej od khmerskich, oczywiście gorzej.

Okazało się też, że Kambodża ma do zaoferowania znacznie więcej owoców, niż nam się śniło, ale większość jest dostępna na koniec pory suchej (marzec-kwiecień). Dotyczy to na przykład mangosteen (mangostan), zachwalanego pod niebiosa. Damn.

to już jest koniec...

To już prawie koniec. Rano mamy autobus do HCMC. 9 godzin , z tego większość to podróż przez deltę Mekongu. Sprawdzimy na własnej skórze jakość tamtejszych dróg, opisywanych nam wcześniej jako koszmarne.

Spędziłam w Kambodży miesiąc i muszę tu znowu wrócić. Co za miejsce.

trwały link do tego wpisu

dzień kolejny +2 - Kep

6 styczeń 2015, 20:23| | Komentarze (0)

Kep-sur-mer (khmerskie Keab) było kolonialnym Sopotem. Potem Francuzi odeszli, potem pojawili się Czerwoni Khmerzy, a na koniec powracająca do Kep lokalna ludność zdewastowała, co pozostało z dziesiątek francuskich willi.

Kep powoli odzyskuje dawny blask, ale raczej za sprawą klimatu i jedzenie niż remontów zabytkowych willi. Te na początku lat 90-tych w większości trafiły w ręce wojskowych spekulantów i teraz niszczeją podczas gdy ich właściciel czeka, by w odpowiednim momencie sprzedać je za dużą kwotę.

Tylko kilka willi zostało odrestaurowanych. Powstaje też bulwar wzdłuż linii brzegowej, na razie jest go niewiele (< 1 km) i jest jednokierunkowy, ale tym ostatnim żaden motocyklista się nie przejmuje, z niżej podpisaną włącznie.

Kep słynie ze swojego łagodnego klimatu, spokojnego morza (ale już nie ze złotych plaż. Złoty piasek na głównej plaży Kep jest co tydzień przywożony z plaży Otres w Sihanoukville) i świeżych owoców morza.

Krabi Targ

Targ Krabowy jest nie do przegapienia: skupisko stoisk, grille, a następnie rząd restauracji. Mmhmmm.
Zaparkowałyśmy gdzie opadnie (cienia nie było) i poszłyśmy zwiedzać. Zwiedziłyśmy kalmara z grilla (M-chan wgryzła się w niego zbyt ambitnie i w efekcie już do końca dnia występowała w koszulce pochlapanej atramentem :) Brawo.) i cały patyk krewetek z grilla (podawanych ze świeżo wyciśniętą limonką i całą masą pieprzu). To było wielce pouczające zwiedzanie.

Kep, Cambodia

Kep, Cambodia

Klasycznie lepsze zdjęcia będą, jak je zrzucę z aparatu czyli nie teraz.

Na targu można też nabyć słodycze Cham (Cham to muzułmańska mniejszość mieszkająca zarówno w Kambodży, jak i Wietnamie. Swego czasu królestwo Cham było potęgą i zagrażało nawet królestwu Angkor). Były dobre, klasycznie zawierały mleko kokosowe, ale były też trochę za tłuste jak nasz gust.
Słodycze, które kilka lat temu jadłyśmy w wiosce Cham w Wietnamie były znacznie lepsze.

Na targu, poza konsumpcją, odbywa się regularny handel świeżymi owocami morza. Są przedziwne ryby (np. płaszczki, które rąbie się tasakiem i takie fragmenty w całości grilluje), różne krewetki no i oczywiście kraby.

Cenę krabów się negocjuje. Zawiera także opcję natychmiastowego przyrządzenia krabów na grillu, jeśli klient sobie życzy.
Kraby przed grillowaniem mają cudne, błękitne odnóża. Po grillowaniu są czerwone i bardzo smaczne.

Wzmocnione przegryzką dotarłyśmy na plażę w Kep, tę pełną importowanego piasku. Była praktycznie pusta, może z racji wczesnej pory, a może z powodu upału (potwornie prażyło - to odstrasza tubylców) lub po prostu małej liczby turystów. Miałyśmy dla siebie spory "hektar" :)

Plażowałyśmy i pływałyśmy na przemian, a skubany importowany piasek lepił się do wszystkiego. W efekcie opaliłam się w smugi - piasek nie przepuszcza słońca. Grrr. :>

Pić!

Po kilku godzinach nawet nasza ugotowana woda się skończyła. Czas porzucić plażę i poszukać czego zimnego.... Pojechałyśmy dalej w kierunku centrum Kep (o ile to miasto w ogóle ma centrum) i zatrzymałyśmy się pod losową knajpą tuż przy molo rejsów na Króliczą Wyspę.

Króliczą Wyspę miałyśmy pierwotnie w planach, ale poległa w starciu z dodatkowych dniem na Koh Rong Samloem.

Nasza losowo wybrana knajpa, kulturalne podająca colę z cytryną, okazała się być oceanarium :))) To się nawet dobrze składało, bo oceanarium miałyśmy w planach. Nie będziemy musiały go szukać.

oceanarium

Oceanarium jest niewielkie, ale b. dobrze utrzymane. W kilkudziesięciu akwariach różnej wielkości prezentowane są ryby i inne potwory z lokalnych raf. Mieli na przykład parę skrzypłoczy ("horseshoe crab", ale to tak naprawdę nie jest krab), wąsate krewetki, anemony i ukwiały. I błazenka, który pilnował doniczki.
Wszystko obejrzałyśmy nadzwyczaj dokładnie, bardzo nam się podobało. Wstęp jest darmowy, więc polecam każdemu, kto będzie w okolicy.

motyle pewnego bogacza

W przewodniku napisano o jakimś bogaczy, który w okolicy Kep stworzył farmę motyli. Motyle, które widziałyśmy podczas podróży przez Kambodżę były niesamowite, stąd farma wydawała się być logiczną kontynuacją poznawania latających robali.

Ale weź tam człowieku traf.

Na szczęście pracownica oceanarium dosyć dokładnie wyjaśniła nam, jak jechać (główną drogą do najbliższego przejścia dla pieszych(*), tam w lewo i już potem cały czas prosto. Na mijanym rondzie ze stupą też prosto. Proste, trafimy.

(*) przejścia dla pieszych występują w Kep nadzwyczaj często. Nikt z nich nie korzysta, ale urocze, że tak myślą o pieszych.

Tuż za rondem ze stupą asfaltowa droga przeszła w utwardzaną. Gdy minęło się skrzyżowanie z planowaną wielopasmówką (obecnie w formie wielopasmowej utwardzonej ziemi, ale już obowiązkowo z wysepkami pomalowanymi a żółto i czarno i trawnikami pośrodku :))) droga zmieniała się w tę z gatunku nie utwardzanych, co w Kambodży oznacza koleiny tak głębokie, jak to się tylko udało podczas pory deszczowej.

Kep, Cambodia

Ale to nic. Suniemy koleinami. Gorzej, że suniemy i nic. Droga zaczyna niebezpiecznie skręcać w lewo (a potem już w każdym możliwym kierunku), a motyli nie widać. Nawet znaku nie widać. Hmmm.
No nic. Jedziemy dalej.

Na drodze spotykamy parę piechurów, pytamy o drogę. O farmie nie słyszeli, ale wskazują na miniaturową żółtą tabliczkę (rozmiar tabliczki czekolady), na której drobnym drukiem zapisano kilka różnych informacji, m.in. "Farma motyli 1000m). Najs. Nie wiem, dlaczego tabliczka musi być mniejsza od chustki do nosa, ale grunt, że jedziemy w dobrym kierunku.

Kilka kolejnych wykrotów, próba nie przejechania stada kurczaków i jesteśmy.

Farma motyli to przyjazny, spory podjazd, ogromny ogród wokół którego kręci się kilku pracowników, ogromny, dom oraz namiot z siatki pełen motyli.
Jedna z pracownic okazała nam kolejne etapy rozwoju motyla, wyjaśniła, jak zbierają ich jajeczka i kiedy przenoszą kokony do namiotu, a potem, usatysfakcjonowana, wpuściła nas do namiotu. Ot tak. Dwie zupełnie obce osoby, które przyjechały, na migi dogadały się z ogrodnikiem, w którym kierunku iść i pokiwały głowami nad przeżuwającymi larwami.

O żadnych biletach nie ma mowy, wstęp jest bezpłatny. A to jest przecie czyjś dom. Pewnie to dom weekendowy jakiejś ogromnej korupcji z PP, ale nadal. ... Dziwny jest ten świat.

Siatkowy namiot był pełen roślin i motyli. M-chan robiła im zdjęcia wypaśnym ajfonem, wrzucę potem.

Fajne te motyle. Niektóre były niepokojąco duże, wg mnie jak nic mięsożerne.

Obejrzałyśmy, powiedziałyśmy "okon" (dziękuję) i ruszyłyśmy koleinami do Kep.

Pojechałyśmy bulwarem pod prąd (zagaiłam w tej kwestii M-chana sugerując, że minęłyśmy znak "zakaz wjazdu". M-chan się nie przejęła).

kraby

Obiad koniecznie musiał być w Kep i koniecznie musiał się składać z Krabów. Poszłyśmy do restauracji Kimly i dostałyśmy dokładnie to :) Dla ułatwienia Kraby były już częściowo połamane, a skrzela usunięte. No i było narzędzie do rozłupywania Kraba. Na Koh Rong Samloem ich brakło i w efekcie mamy blizny po tamtejszej kolacji.

Zjadłam kraby z zielonym pieprzem (mhmm, świeży pieprz), a M-chan ze świeżym mlekiem kokosowym. Pycha.

Było już dość późno, gdy zaczęłyśmy wracać do Kampot. I na dodatek zaczęło siumpić! Na tyle, że założyłam bluzę i musiałam przetrzeć okulary. Skandal.

Warto było :)

trwały link do tego wpisu

dzień kolejny +1 - wzgórze Bokor

5 styczeń 2015, 22:55| | Komentarze (0)

Dziś, a i pewnie przez dwa kolejne dzionki, jest dzień skuterów. Polega na wypożyczeniu skuteru (z automatem, a co), pobieżnej weryfikacji, czy kółka mu się kręcą i ruszeniu przed siebie po podobnie pobieżnej weryfikacji trasy.

Nasz hostel do wypożyczania skuterów podchodzi tradycyjnie: w zastaw oddaje się paszport ("Ty dbaj o mój skuter, a ja będę dbał o twój paszport").
Kurs obsługi skutera obejmuje schowanie nóżki (inaczej nie zapali), przekręcenie kluczyka i zapalenie silnika (kod na zapalanie: hamulec przedni + gaz + przycisk). Informacje dodatkowe obejmują otwieranie siedzenia celem dostępu do baku. Odkręcenie zaworu nie wchodzi w zakres umiejętności podstawowych, to zaawansowane czynności wykonywane przez pracownika stacji benzynowej albo tego, kto handluje benzyną w butelkach po Pepsi i włada lejkiem.

Uzbroiłyśmy się w kaski. Brak kasku bywa karany mandatem - czyt. łapówką 1$ - ale znacznie popularniejsze jest łowienie turystów na zapalone światła. Za zapalone światła w biały dzień turysta dostaje mandat. W nocy Khmera jadącego bez świateł omijają takie nieprzyjemności. Niesprawiedliwość.
Za żadne skarby nie należy jeździć po Kambodży po zapadnięciu zmroku.

Tankowanie poszło sprawnie: po prostu odblokowałam dostęp do wlewu, a pracownik stacji wykonał resztę. Cały bak (ok. 2,5 litra) to 3$.

kierunek: Bokor

Brama do parku Bokor leży 8km na zachód od Kampot, była więc okazja na przekroczenie rzeki Starym Mostem.

Stary Most, zbudowany jeszcze przez Francuzów, został wysadzony w czasach walk z Czerwonymi Khmerami. Po wojnie odbudowano go z tego, co było pod ręką. W efekcie przęsła prezentują miszmasz stylów, most ma dziury (idealne na koło jednośladu) i wolno się po nim poruszać wyłącznie pieszym i jednośladom. Tuktuk (wersja poprawna politycznie to remork) też uchodzi za jednoślad.

Droga była prosta i pusta. W bramie do parku skasowano nas 0,5$ od skutera i można zdobywać szczyt. 32km i 3000 metrów różnicy wysokości. Po drodze są skarpy, granie i dżungla. Już dla samych widoków (i dźwięków!) warto tu przyjechać.

Dopiero na zboczach wzgórza Bokor wyszło na jaw, że słonecznikowy skuter M-chan niedomaga. Pali jak smok, ale nie ma żadnej mocy, pod górkę wspina się, ale wyłącznie dostojnym krokiem. Hmmmm.
Pod szczytem, w wózku z bananami pod pachnącą pustką i PRLem "Restauracji / Mini sklepie", a opisanej na mapie jako "Świeże owoce" :), nabyłyśmy litr benzyny (2$!) dla spragnionego żółtka. Tak, handlarka bananami ma benzynę na flaszki, ma do tego rękawiczki i lejek. Witamy w Kambodży. W drodze powrotnej napoimy żółtka kolejnym skandalicznie drogim litrem benzyny, na szczęście starczy już jej na cały dzień. Na równinach spalanie wraca do normy.

Stacja na Wzgórzu Bokor, swego czasu azyl dla chcących uciec od spiekoty Francuzów z nizin, został porzucony i zapomniany na wiele lat. Miasto duchów popadło w malowniczą ruinę i latami pojawiało się na zdjęciach obieżyświatów. Wyłaniająca się z mgły iglica kościoła czy straszący pustymi oczodołami dawny hotel były tak malownicze, że nakręcono tu sporo filmów.

Bokor Hill Station, Bokor National Park, Cambodia

Niestety, obecnie Wzgórze Bokor przeżywa najazd developerów (a dokładnie jednego, który cały teren wydzierżawił od państwa) i jest sukcesywnie zabetonowywane.
Funkcjonujące już nowe kasyno jest niczym Perła Karpat. Masywne, ohydne, oderwane.
Developer obiecuje więcej, właśnie muruje blokowisko nowego ośrodka wypoczynkowego.

Remont dotknął też najsłynniejszej ruiny Bokor - dawnego hotelu. Zniknęły już rude zacieki i rośliny, obecnie robotnicy wyrównują ściany i zrywają starą, ozdobną glazurę.
Oczekiwany efekt końcowy: maszkaron.

Mimo to część ruin jest nieruszona (budynek starej poczty już nie istnieje, został uznany za zagrożenie bezpieczeństwa turystów i starty z powierzchni ziemi) i pozwala choć przez chwilę poczuć klimat mglistego wzgórza Bokor.
Z nich wszystkich najbardziej malownicza jest okolica starego kościoła, którego bryła zachowała się w niezłym stanie. Kościół jest rudy, jak każda inna tutejsza po francuska ruina, a za nim, na niewielkim wzgórzu, roztacza się widok na całą leżącą niżej dżunglę, położoną jeszcze niżej nizinę pól ryżowych, Kampot i morze.
Och, warto to zobaczyć.

Bokor Hill Station, Bokor National Park, Cambodia

Skutery dawały nam wolność, której nie zapewni wycieczka ze zorganizowanym transportem. Mogłyśmy przeczekać nagłe chmury i ponownie popatrzeć na równinę w blasku słońca. Przeczekałyśmy hałaśliwe grupki i mogłyśmy zwiedzać i napawać się widokami w zupełnej ciszy.
Względnej ciszy.
Dżungla cały czas wydawała dźwięki :-)

W drodze powrotnej widziałyśmy gigantycznego, czaplopodobnego ptaka, a potem M-chan nie rozjechała łasicy (też podejrzanie dużej), więc nie mamy żadnych zdjęć. Ale to nic.

Na szosie N33 panował większy ruch niż rano. Mimo to udało nam się wyprzedzić ciężarówkę, a potem już poszło z górki: skręcam w lewo pod prąd, jak lokalsi :)

stacja kolejowa Kampot

Już w Kampot korzystając ze skuterów, co pozwoliło uniknąć długiego spaceru, pojechałyśmy obejrzeć stację kolejową Kampot. Została zbudowana, jak wiele budowli w Kampot, przez Francuzów. Latami przywoziła pasażerów z dusznego PP... do czasów Czerwonych Khmerów.
Wtedy przestała jeździć zupełnie.
Teraz, po latach i z australijskim wsparciem, kolej powoli się odradza. Odbudowano ponad 300 km torowisk, po których kursują pociągi towarowe. Niestety, obecnie współpraca zagraniczna w tej kwestii została zawieszona, więc dalsza odbudowa sieci kolejowej stoi pod znakiem zapytania.

Kolej pasażerska nie istnieje, a stacja Kampot, ze swym spadzistym dachem i czterema okienkami kas, nadal czeka na pasażerów.

I to tyle na dziś. Pozostaje zjeść obiad, oddać skutery, poskarżyć się na ten żółty, a potem przespacerować się na nocny targ, gdzie jest niewielkie wesołe miasteczko.
Jutro: Kep!

tyle wygrać

Wymieniłyśmy nasze wygrane puszki piwa .... na colę :) Nie zamierzałyśmy wnikać zbyt głęboko w system wydawania nagród, ale darmowa cola nie jest zła, a piwo wypijemy w jakiejś nadrzecznej restauracji :)

Zdjęcia wstawię w przyszłości, bo już późno :P

trwały link do tego wpisu

dzień kolejny - Kampot

4 styczeń 2015, 17:07| | Komentarze (0)

Od wczoraj jesteśmy w Kampot. Tutejszy klimat opisałabym jako mieszankę Kratie (spokój, rzeka), Battambang ew. Kep (postkolonialne budynki) i Sajgonu.

To tylko 127km od PP, ale dwa miasta nie mogą być tak różne, jak Kampot i PP.

Tu, podobnie jak w Kratie, wszystko dzieje się wolniej. Ruch jest spokojniejszy, samochodów mniej (są za to wozy ciągniete przez pary wołów!!!), znacznie mniej jest też śmieci.

Bardzo nam się tu podoba.

Ostatnie 5 nocy spędziłyśmy na Koh Rong Samloem, wyspie na południe od Sihanoukville. Prąd był tam tylko czasem, wieczorami, GSM miał czasem zasięg (głównie go nie miał), internetu nie było wcale.

Koh Rong Samloem to rajska wyspa, więc takie braki można jej wybaczyć. Także brak słodkiego mleka, kokosów (palm wokół bezliku, ale kokosy były albo za młode albo za stare, damn), okazjonalnie bułek albo mąki.... Szum morza wynagradzał wiele.

Na wyspie jadłyśmy, leżałyśmy (technicznie to się nazywa opalanie), czytałyśmy (moi: "Księgi Jakubowe", OMG) i patrzyłyśmy na morze. Czasem dawało się popływać, jeśli fala nie była za wysoka. Niestety, często była, bowiem wiatr nie próżnował. Do tej pory mam ślady bo zderzeniu z pomostem :]

O wyspie będzie dokładniej w przyszłości, bo teraz się dzieje i nie mam czasu nadrabianie :)

Kampot

Przyjechałyśmy wczoraj po południu, minivanem z Sihanoukville. Udało się nam kupić bilet na autobus (6$) w minutę po zejściu z promu. W Kampot byliśmy po 15:00.
Z racji braku internetu nie miałyśmy rezerwacji, ale z marszu poszłyśmy do polecanego w przewodniku hostelu i pokój był :) Nie ma okna, ale ma duże łóżka i ciepłą wodę (!!!), więc uchodzi za wypaśny.

Dziś mamy dzień spaceru po Kampot. Byłyśmy na lokalnym targu, gdzie poza tradycyjnie kupowanymi owocami (rambutany, smocze owoce) zjadłyśmy coś, co wyglądało jak zielona, błyszcząca piłka, zaczynało się na "cz" i było bardzo słodkie. Pani na targu wyjaśniła nam, jak to zjeść. Sukces :))

Uwieczniłam na zdjęciach proces generowania wiórków kokosowych, ale same zdjęcia muszą poczekać do powrotu, bo są w aparacie, a nie na komórce.

Widziałyśmy oba postkolonialne, mocno zniszczałe kina - pomniki czasów minionych.
Kilka razy minęłyśmy rondo duriana, na którego środku stoi pomnik .... duriana. Nie śmierdzi.

Kampot słynie z hodowanego tu pieprzu, z pól solnych oraz właśnie durianów. Jeszcze nie udało nam się duriana tutaj zjeść, ale planujemy. W końcu to durianowe zagłębie.

Widziałyśmy pomnik przyjaźni kambodżańsko-wietnamskiej (coś jak pomnik przyjaźni narodów ZSRR, ta sama szkoła), pomnik zbieraczy soli, pofrancuskie więzienie (makabryczne, nadal w użyciu) i wiele postkolonialnych budynków.
Przyjemnie spaceruje się po Kampot. Jest tu czysto - przynajmniej w starej dzielnicy - sprzątają, a rzeka dobrze robi na upał i nerwy. :-)

dawn, Kampot, Cambodia

Plany na wieczór: podglądanie świetlików!

A jutro pożyczamy skutery i jedziemy na wzgórze Bokor, zobaczyć, co jeszcze się da, nim wszystko zabetonują.

trwały link do tego wpisu