sobota
26
wrzesień'09

Dzien 26, przed ostatni

26 wrzesień 2009, 21:15| | Komentarze (0)

Mam polskie znaki, hyhy.

Kaczka po pekińsku w stylu dowolnym okazała się za droga jak na nasze mozliwości, więc zadowoliłyśmy się pierożkami i "czymś-zielonym-z-czosnkiem". Pół lokalu zamiast jeść swoje, gapiło się na nas, w końcu gaijin przy stole to gwarancja zabawy. Powinnyśmy kasować za bilety.

Caly dzień spędziłysmy w Letnim Pałacu. Jadłyśmy lody i pływałyśmy łódką, więc dzień miałysmy niczym w Sopocie. Na M-chanowy targ fotograficzny czasu już niestety nie starczyło, ale za to mogła się wykazać w salonie gier. Nie wykazała się, Mistrz jest tylko jeden! (hehehe).

powrót

Przy pomyślnych wiatrach wylądujemy w Wa-wie jutro o 19:25. M-chan coś kracze o zatrzymaniu na granicy i zamknięciu w zimnej, chińskiej celi, gdzie następnie będziemy się (niczym ostatni cesarz) 15 lat uczyć, jak być obywatelem.

Więc jeśli nie wylądujemy, to poszukajcie nas w obozie pracy.

trwały link do tego wpisu

czwartek
24
wrzesień'09

Dzien 24, w ktorym ukradlam miske

24 wrzesień 2009, 17:13| | Komentarze (5)

No przyznaje bez bicia. Spalaszowalam sredniej wielkosci tonkatsu, a nastepnie zwinelam miske. Paleczki, tacke i jednorazowy kubek zostawilam. Nastepnie oddalilam sie szybkim krokiem, a w tamtej Yoshinoya (wschodnia ulica Nanjin) jestem juz pewnie spalona. Nic to, w Szanghaju sa inne ;>

M-chan straszyla niebieskim smash, ale jakos nie nadszedl. Jesli mnie zatrzymaja na lotnisku, to sprobujemy opowiesci w wersji z kleptomania.

Na lotnisku ogolnie moze byc smiesznie, bo mamy masy (masy, masy) prezentow (glownie dla siebie :>), a plecaki niebezpiecznie wypchane. NIE wiem, jak dopcham tam pozostalosci po X'sie (zabieram go do podrecznego). Dzis wolalam jeszcze nie zmagac sie z tym problemem, wiec do pociagu zabieram go w oddzielnej torbie x]

Oto sie rozchodzi:

Yoshinoya's donburi bowl

znaki

Blondi chciala wiecej historyjek (dykteryjek. jak to mawial wieczny magister F.), wiec jedna mi sie przypomniala. Z wczoraj.

Otoz gadam sobie radosnie, pokazujac cos M-chan. Chinskiego nie znaju, opisuje wiec znaki po japonsku, metoda "Polnoc slonce nie wiem swiatynia". Gadam, gadam, wymieniam i dochodze do 本. I pustka.

Wiec tlumacze M-chan: "Nastepny jest, no wiesz, drzewo (木) z kreska, jak w ksiazce. Nie wiem, co to znaczy."

Mchan: plask

本 znaczy ksiazka.

To z upalu.

trwały link do tego wpisu

środa
23
wrzesień'09

Dzien 23 - lewitowalam razem z pociagiem!

23 wrzesień 2009, 20:08| | Komentarze (1)

Stalo sie! Przejechalam sie maglevem! Krotko, ale intensywnie. Nie sluchac stukotu wozkow, widac tylko licznik predkosci i migajaca dekoracje za oknem. A w polowie trasy grzmotem uderza fala od mijanego pociagu.

Na dodatek na lotnisku (tamze zdaza maglev) mieli onigiri. Wiadomo, ze moja milosc mozna kupic jednym tunamayo, wiec lotnisko szanghajskie kupilo ja na dluzej ;>

Po powrocie do miasta zrobilysmy tez zakupy herbaciano-prezentowe, bo w Pekinie nie bedzie kiedy. Szkoda pogody, M-chan i Hangzhou, ale na dzien nie narzekamy, zwlaszcza ze w trakcie polowania na kolacje trafil sie i sloiczek Skippy'ego :> Czy juz wspominalam, ze moglabym mieszkac w tym miescie? Yoshinoya tez tu maja.

Wkret lokalny: naprawde chce miec miske z Yoshinoya, taka, w ktorej podaja tonkatsu. Usilowalam wrobic M-chan w pomoc w jej kradziezy, ale sie nie dala namowic. Miska jest atrakcyjna i chce ja. Pomysly na jej wyniesienie chetnie przyjme. Od razu zaznaczam, ze nie da sie jej po prostu kupic.

Cos dziwnego wisi w powietrzu, niebo jest czerwono-zolte i grozi huraganem, ale jest parno i nie pada. Dziwny swiat.

trwały link do tego wpisu

środa
23
wrzesień'09

Dzien 23, leje rowno

23 wrzesień 2009, 8:53| | Komentarze (1)

Jak pech, to pech. Mchan struta, pogoda paskudna, w perspektywie kolejne muzeum i dalsze wydawanie pieniedzy, bo marna pogode najlepiej leczyc wzmorzona konsumpcja.

Wstalam o 7 z zamiarem pojechania do Hangzhou, ale co to za przyjemnosc spacerowania po ogrodach w deszczu?

Ja tu jeszcze wroce. Po sniadaniu.

trwały link do tego wpisu

niedziela
20
wrzesień'09

Dzien 20

20 wrzesień 2009, 21:43| | Komentarze (0)

Od wczoraj jestesmy w Szanghaju. Do Pekinu jedziemy dopiero 24 w nocy, na dodatek hard sleeperem! 300RMB zostanie w kieszeni :)

Wjechalysmy juz na Jin Mao Tower, ale przejazdzka maglevem jeszcze przed nami. Pogoda super (pomijajac wilgoc), byle w niezmienionej postaci dotrwala do Pekinu - planujemy dzien w Letnim Palacu.

Szanghaj potwornie rozkopany - przygotowania do Expo ida pelna para, szkoda, ze ofiaramy padamy i my - 50 min zajelo nam dzis odnalezienie sie po wyjsciu "tym drugim, rownie dobrym" wyjsciem z metra. Grrr.

Dzis bylysmy w Suzhou, do ktorego pociag pedzil 200km/h! ^_^

Nogi mnie bola i wszystko mnie swedzi czyli jest dobrze. Jutro poluje na Xsa hyhyhy. I trampki z "udkami".

Ale belkot. x>

trwały link do tego wpisu

czwartek
17
wrzesień'09

Dzien ... ktory to... ach, Dzien 17

17 wrzesień 2009, 13:26| | Komentarze (3)

Strulam sie, a dopadlo mnie w pociagu (bueh), a teraz na dodatek leje rowno i wg. prognozy pogody lac bedzie jeszcze jutro i pewnie pojutrze. BUEH.

Juz mi lepiej, ale pogoda dobija. Jak mamy zwiedzic Nankin w strugach deszczu? Muzeum Masakry Nankinu mialysmy sobie odpuscic, ale moze sama pogoda nas tam zagna, w koncu muzeow nie znamy tu az tylu.

W Gory Zolte nie jedziemy, nie ma sensu, zapowiadaja 4 dni deszczu oraz burze. Zostajemy w Nankinie dwie noce, a 19-stego jedziemy do Hangjiou. Zapowiadaja brak deszczu. Jej.

Luoyang

Wrazenia po Luoyang mam mieszane. Po pierwsze - Klasztor Szaolin. Kasuja tam czlowieka za wszystko, w rezultacie robi sie z tego potwornie droga wycieczka, nawet przy taniej podrozy autobusem publicznym. 100Y gwarantuje wstep na teren swiatynny i do swiatyn na dole. Chec obejrzenia swiatyn na kolejnych gorach wymaga albo b. dlugiej wspinaczki albo oplacenia wjazdu (i zjazdu) kolejka linowa. Ale to nie wszystko. Nas, po "zdobyciu" (60Y) szczytu przywital straznik inkasujacy po 5Y za mozliwosc pojscia dalej x_X.

Mimo ostrego tempa udalo mi sie dotrzec do wiszacego mostu. Ale zmahalam sie niezle.

Z kolei na tych, ktorzy zdecyduja sie pozostac na dole czeka tlumek turystow, sporo naganiaczy oraz (platny) busik wozacy turystow po kompleksie. Ogolnie klasztor to mistrzostwo wyciagania kasy i ani sama nie planuje tu wrocic, ani nikogo namawiac, by odwiedzil. Sa ladniejsze swiatynie. I tansze.

Nastepnego dnia padlo na Groty Longmen i Swiatynie Bialego Konia. Oba to rozczarowanie - groty, mimo pieciu A w klasie zabytku sa w wiekszosci w stanie, w jakim pozostawila je Rewolucja, tj mozno zdewastowane. Gdzie im do grot z Datong!

Klasztor - podobnie. Ot, swiatynia. Wchodzac na teren najstarszej buddyjskiej swiatyni na terytorium Chin czlowiek mimowolnie spodziewa sie czegos wiecej, zwlaszcza, gdy tlukl sie do nie 1,5h autobusem miejskim. A tu figa.

Najjasniejszym punktem pobytu w Luoyang byl pierwszy wieczor i przypadkowa kolacja z poznanym tu Wlochem i para jego chinskich znajomych. Zabrali nas do najstarszej czesci miasta, gdzie napierw opchalismy sie szaszlykami z kwasnych, jablkopodobnych owocow w cukrze i sezamie (dobre na trawienie :> ) a potem mielismy okazje sprobowac wybranych potraw z Wodnego Bankietu. I TsinDao do woli :>

Dobija mnie tutejsza klawiatura (klei sie, a wiekszosc klawiszy wciska sie dopiero po kilku probach), a towarzystwo tez nie najlepsze (fajczacy Chinczyk + karaluchy), wiec informacje o Wodnym Bankiecie bedziecie musieli sobie wygooglac sami. Szukajcie "water banquet".

Przespie ten dzien, to mi humor wroci...

trwały link do tego wpisu

wtorek
15
wrzesień'09

Dzien 15 - moje kung fu jest silniejsze

15 wrzesień 2009, 23:49| | Komentarze (2)

W ultra skrocie: od wczoraj jestesmy w Luoyang. O hostelach opowiem wam przy okazji.

Wczoraj bylysmy na wodnej kolacji, dzis w Szaolin, a jutro jedziemy do grot Longmen, a potem dalej, pociagiem do Nankinu.

Istnieje ryzyko, ze Gore Zolta przyjdzie nam porzucic, bo zapowiadaja burze i deszcze :/ Ale jeszcze jej nie skreslilysmy, sprawdzamy pogode na biezaco.

W Nankinie bede miec pewnie wiecej czasu, to cos wiecej skrobne. Polowanie na pocztowki trwa :D

trwały link do tego wpisu

niedziela
13
wrzesień'09

Dzien 13, leniwy

13 wrzesień 2009, 14:28| | Komentarze (3)

Od rana nie pada, ale musialysmy zrobic sobie dzien na podladowanie baterii. Nie ma to jak sniadanie do 10 :) a potem wolny spacer po chlodnych ulicach!

Naiwnie myslalysmy, ze wymienimy jakies pieniadze, oszczedzajac czas w Luoyang. Figa. Widocznie Bank of Beijing to jakis wyjatek, tu, w Chengdu, pieniadze mozna wymieniac wylacznie w Bank of China. Podrepatlysmy do niego poslusznie, ale i tu rozczarowanie - wymiana pieniedzy mozliwa jest wylacznie od poniedzialku do piatku. A dzis niedziela. Kto mogl to wiedziec? Jestesmy na urlopie, tak przyziemne sprawy jak podzial tygodnia na konkretne dni zupelnie nas omija. Omijal. Do Chengdu :D

Konsumpcyjnie

Spotkalam w Chengdu japonskie Xboxy. W Szanghaju/Pekinie jeden stanie sie moim. Tylko jeszcze znaki na "not modded" musze wygooglac.

I kupilam sobie 2 koszulki. W sklepie bardzo podobnym do tego z Chongqing, z 2006. B. fajne wzory :-)

Songpan

Nie wiem, czy potrafie na szybko opisac nasza wycieczke w gory, do Songpan. Niebo bylo niebieskie. Droga w glab doliny w ruinie, a okolica to jeden wielki plac budowy. Atakowaly ogromne roje pszczol, a tybetanskie kobiety chodzily w narodowych strojach. Powietrze pachnialo gorami, a noca bylo widac gwiazdy. Woda jezior doliny Erdohai byla szmaragdowa, lazurowa, niesamowita.

Zrobilam mase zdjec, ale ani jednego malych, czarno-pomaranczowych ptakow, ktorych tam bylo pelno. Mimo 3400 metrow npm tylko przez chwile czulysmy sie dziwnie. Potem jadlysmy, co nam dali tym, co nam dali. To jest chleb, warzywa i makaron paleczkami nie pierwszej swiezosci. No trudno.

Ten fragment Kunlun spowodowal, ze zarys trzeciej wycieczki do Chin juz mamy - tym razem beda to Yunan, Guiling, Tybet i, ponownie, Chengdu i parki Min Shan. Ciekawe kiedy uznamy, ze widzialysmy ten kraj?

I nadal wole konia na talerzu niz pod soba.

dalej

Wydaje sie, ze teraz juz bedziemy jechac wg planu. Chyba ze pogoda nie dopisze, no to bedziemy modyfikowac wycieczke.

Czas wtrabic kolejny domek dla krasnoludkow. Do uslyszenia!

trwały link do tego wpisu

sobota
12
wrzesień'09

Dzien 12 - widzialam niebieskie niebo

12 wrzesień 2009, 22:25| | Komentarze (0)

Podroz do oddalonego o 350km od Chengdu tybetanskiego Songpan to makabryczne 14 godzin w jedna strone, z czego 13h to kreta, gorska droga, nadal reperowana po zeszlorocznym trzesieniu ziemi. W rezultacie w wielu miejscach mozliwy jest jedynie ruch wahadlowy, a w korkach stoi sie i godzine. Wokol niemozliwy kurz (wszystko na wysokosc 1,5 metra jest szare. WSZYSTKO) i plaga pszczol.

Ale warto bylo. Siedzenie jeszcze mnie boli, ale co widzialam, to moje.

W sumie liczylam, ze ktos sie pojawi online i mu OPOWIEM, ale sie przeliczylam. Na pranie w hostelu tez nie mam co liczyc, pozostaje zrobienie go pojutrze, juz w Luoyang. Teraz pada - przyjemna odmiana od codziennego zaru Chengdu.

Ide. Dzis nie ma Dnia Dziecka, czas sie umyc. Ciepla woda! I spac! W czystym lozku!

Tak, rozpieszczamy sie.

trwały link do tego wpisu

wtorek
8
wrzesień'09

Dzien 8 - dzieje sie

8 wrzesień 2009, 20:33| | Komentarze (0)

Oj, dzieje.

Nigdy nie myslalam, ze znajde w Chinach tak niesamowite, spokojne i poukladane miejsce, jak nasz hostel w Chnegdu (link w poprzedniej notce, jesli ktos przegapil).

Zmahane po calym dniu (to Chengdu, bliski sasiad Pieca Chin, jest goraco i baaaaardzo wilgotno, pocimy sie jak norki) wkraczamy w brame Przytulnego Ogrodu. A tu wszystko w drewnie, masa roslin (jest tez ogrod! i wygladniale "koje" ;)), nawiew (w srodku jest tez klimatyzacja). Recepcja i sasiadujace z nia stanowisko turystyczne chyba nigdy nie spia - dzwonia, sprawdzaja, drukuja ... A wszystko zdecydowanie taniej, niz konkurencja.

Polki na parterze sa pelne ksiazek. I to nie klasycznych, hostelowych przewodnikow, pozostawionych tam przez kolejne pokolenia turystow, ale powiesci i podobnych. Na japonskie wydania kieszonkowe i mangi tez sie miejsce znalazlo. Wiecej, ksiazke mozna tu wymienic, zostawiajac w zamian jakas inna :)

Moglabym opisac wam wygode mieszkania tutaj: duze lozka, szerokie lazienki (z polkami!), dzialajaca klime, nawiew, maszyne z woda ... ale pewnie nie wiele was to przejmie. Uwierzcie, wszystko jest tu przemyslane i zorganizowane z sensem.

Pisze o tym wszystkim, bo jedzac tu dzis kolacje (dzis, po powrocie od pand jadlysmy tu tez sniadanie, pyszne bylo) stwierdzilam nagle, ze to chyba pierwsze miejsce w Chinach, gdzie naprawde odpoczywam. Jest tanio, jest wygodnie, jedzenie jest niesamowite - do wyboru z kuchni chinskiej, japonskiej i eurpejskiej, caly czas przewalaja sie tlumy ludzi, a z kazdym nowa opowiesc.... Fakt, wiekszosc jest tu przelotem w drodze do Lhasy, ale spotkalysmy i takich, co od 2 miesiecy sa w drodze :)

Dobrze mi na mysl, ze wrocimy tu znowu, chocby na jedna noc. Juz debatujemy, co bedziemy jadly :)

Jedzenie to wazna sprawa, bo w menu jest masa smakolykow, a zoladek tylko jeden. Moge jednak powtorzyc za poznanym Anglikiem: Robia tu najlepsze burgery ever. Debatuje, czy zamiast chahanu i yakisoby nie walnac jeszcze dwa razy burgera.... Stracona jestem x>

gorrrraco

Bedzie obrzydliwie: po jednym dniu w Chengdu na mojej swiezo upranej koszulce sa ogromne zacieki z soli. GORACO tu panie. Obrzydliwie goraco, parno, wilgotno, a do tego masa spalin i smog. Aaaaa. Nasz hostel i jego ogrod i tarasy (tak! sa tez tarasy, mozna tam spokojnie zjesc i skorzystac z WiFi) to przyjemny azyl.

dzis

Rano bylysmy obejrzec pandy (glownie pandy wielkie, ale czerwone tez byly. I takie 1,5 miesieczne pandziatka tez.), a potem zrobilysmy sobie tor przeszkod przez Chengdu. Zaliczylysmy Swiatynie Niebieskiej Owcy (oficjalnie nazywa sie Swiatynia Zielonego Barana, ale czy to moja wina, ze ich starozytny system krzakow ma tak ograniczone slownictwo? ;> ) oraz Dom Du Fu, poety z okresu Tang, a raczej caly kompleks ogrodow, ktorymi obudowano dom Du Fu.

Dzieki posiadanej zlotej Panda Card i do pand, i do domu Du Fu weszlysmy za darmo :-) 120Y do przodu, hehe.

Mimo autobusow (klimatyzowane - 2Y, otwarte okna - 1Y) podroz powrotna zajela nam ponad godzine, a plamy soli na mojej koszulce zaczely tworzyc obrazy 3D.

Wykonczylo nas Chengdu, ale jutro w gorskim autobusie bedzie czas na relaks, chyba ze nas gorskie drogi i potworne umiejetnosci kierowcy wykoncza wczesniej.

w gory

Od jutra milkne na 4 dni. Jest szansa ze odezwe sie 12 wieczorem, jesli tylko bede miec na to sily.

Kowalski napisal, a M-chan potwierdzila, ze konie lubia cukier. W kostkach. Skad ja tu wytrzasne cukier w kostkach? Rezolutna M-chan (niezle, co? przed chwilawymyslilam ... rezolutyna, hehe) wymyslila, ze marchewki i jablka tez moga byc. Marchewek nie znaju, ale jablka da sie kupic. A potem ja kupie milosc mojego wierzchowca. Ha! (Tak, wiem jak gryzie kucyk)

I tyle. Ide zdrapac z siebie sol. Szkoda, ze konie jej nie lubia, moglabym im jej sporo dostarczyc x]

trwały link do tego wpisu

poniedziałek
7
wrzesień'09

Dzien 7 - zmiana planow!

7 wrzesień 2009, 19:27| | Komentarze (6)

Przyjechalysmy do Chengdu osobowym z Xi'an. Miast 17h spedzilysmy w pociagu godzin 19 i pol, bo pociag raczyl miec opoznienie. Bylysmy 19-godzinna atrakcja pociagu, bo w calym, 17-sto wagonowym skladzie bylysmy jedynymi przedstawicielami nacji gaijinskiej.

Sen pozwolil wyrwac sie ze szponow ciekawskich.

niebieski smash

M-chan odkryla nowa moc, "niebieski smash". Jest to moc podobna gaijin smash, ale obdarzeni nia sa wylacznie przedstawiciele niebieskiej sluzby mundurowej. Niebieski smash daje nadludzka moc panowania nad obszarem okupowanym przez dzierzacego ja osobnika. Pozwala opierdalac bezlitosnie, narzucac wole i zarzadzac przestrzenia publiczna. Krzyk nie wystarczy, warunkiem sukcesu jest intensywne poszturchiwanie ofiary. Wtedy niebieski smash osiaga pelna moc. Potega.

zmiana planow

Zamiast do Jiuzhaigou jedziemy do Songpan, a stamtad na dwa dni konno w gory. Gwarantowane nieziemskie widoki i duze wahniecia temperatur. Mam czapke i po cichu licze, ze choroba wysokosciowa tym razem mnie ominie. 12 wrzesnia wracamy do Chengdu, a dzien pozniej pociagiem cofamy sie do Xi'an. Sporo zaoszczedzimy, a przygoda nabierze rumiencow :)

Update.
Jednak nie zatrzymamy sie w Xi'an, bo pociagi z Chengdu, ktore rozwazamy, jada przez Xi'an, ale dojezdzaja i do naszego nastepnego celu, Luoyang, wiec nie bedziemy niepotrzebnie sie przesiadac. Pa pa pierozki. CHLIP.

Zobaczymy, co dalej, ale powinno byc bez obsuwy, do Shaolin raczej zdazymy.

chce

Chce drewniana zabe, co rechocze. W Xi'an chcieli za nia 30Y. Chyba ich pogielo. Ale chce.

hostel w Chengdu

Zobaczyc znaczy uwierzyc. Tu jest wszystko. WSZYSTKO. Raj backpackerow.

trwały link do tego wpisu

niedziela
6
wrzesień'09

Dzien 6 - jeszcze w Xi'an

6 wrzesień 2009, 14:55| | Komentarze (0)

Jeszcze chwile jestesmy w Xi'an. Podejrzewany o bycie wspolziomkiem wspolokator, zgodnie z oczekiwaniami, okazal sie byc Polakiem :) Mamy od niego namiary na hostel w Chengdu prowadzony przez Japonke i Singapurczyka :-)

Od rana lazilim po Xi'an. Wiele sie tu zmienilo od 2006. Powstaly wielkie ulice z galeriami handlowymi, wiele naziemnych i podziemnych przejsc, buduja metro. Kosmos panie.

Dzis niedziela, wiec posiedzielismy chwile w najblizszym parku, obserwujac ludzie cwiczacych tai chi, tance klasyczne i jakies uklady grupowe, grajacych w badmingtona i zoske. Parki to skuteczna ucieczka przed smogiem i skwarem dnia. Zreszta, kiedys zobaczycie zdjecia :)

Zwiedzilismy (my, ponownie) Wielka Pagode Gesi i jakos ten dziesiejszy raz podobal mi sie bardziej od tego z 2006. Moze to dlatego, ze wtedy padalysmy juz na pysk. Zrobilam zdjecia wykladni drogi do oswiecenia w Chinglish. Padniecie.

Was Bhudda a god?
Number he was not.

I tak to lecialo... :>

Na Mala Pagode Gesi nie starczylo juz czasu, przespacerowalismy sie w koncu pol miasta, wiec podjechalismy pod Wieze Dzwonnicza, gdzie serwuja najlepsze pierozki na swiecie. I znowu sie nimi opchalismy, tym razem rezygnujac jednak z lokalnego piwa o tajemniczej nazwie "Hans Red Wolf" :D W zamian wzielismy Cole, czyli "Gazowana Wode" :> Kocham ten kraj.

Hostel, w ktorym mieszkamy, to ten sam, w ktorym mieszkalysmy w 2006 roku. Niestety, od tego czasu mocno podupadl - lazienki nie sa brudne, ale zdewastowane, a te publiczne wystepuja w liczbie JEDNA na pietro x_X Na kolejki nie trafilysmy, ale mozemy sobie wyobrazic, co sie dzieje przy pelnym oblozeniu hostelu.

Nie ma tez chwalonej przez nas restauracji hotelowej, trwa remont. Zreszta, hostel nie jest juz numerem jeden przewodnikow Lonely Planet, jak to mialo miejsce w 2006. Nie dziwota.

Na plus trzeba zaliczyc potezna, cicha klimatyzacje, wygodne lozka i darmowy internet, z ktorego wlasnie bezwstydnie korzystam.

do Chengdu

O 17:30 mamy pociag do Chengdu. Chcemy obejrzec pandy, zwiedzic nieznane miasto i rozejrzec sie za opcjami dotarcia i wydostania sie z Jizhaigou. Gdy dopadne net, napisze, jakie mamy dalsze plany.

In minus - Chengdu jest daleko. Czeka nas ponad 18 godzinna podroz. Mamy wode, instanty, ciacha i inne drobne uprzyjemniacze czasu (czy wspominalam, ze mam GameBoya? MAM :> ), ale 18 godzin i tak bedzie bolalo. Dobrze, ze wiekszosc trasy powinno sie udac przespac.

I to chyba tyle. Znowu opuszczamy Xi'an w poczuciu niedosytu. Z tego robi sie juz nowa swiecka tradycja.

trwały link do tego wpisu

sobota
5
wrzesień'09

Dzien 5 - z Xi'an

5 wrzesień 2009, 23:06| | Komentarze (2)

Od rana jestesmy w Xi'an, przyjechalysmy burzujskim pociagiem z Pekinu, wyspane i w dobrych nastrojach. Obudzono nas o 7, choc pociag dojezdzal po 9. Po co? Mamy kilka pomyslow, ale wygrywa argument, ze to kolejny przejaw chinskiej logiki.

Obudzono nad, bysmy sie sprawnie ogarneli, a potem nie ruszali z miejsc, co by pani mogla w spokoju zwinac dywan, wyniesc z przedzialow termosy na wrzatek, wrocic z wiadrem i metodycznie oproznic termosy z wody, odniesc wiadro i zabrac sie za wynoszenie z przedzialow kolejno (bowiem zawsze koncentrowala sie tylko na jednym rodzaju przedmiotu) plastikowa reklame kolei, magazyn kolejowy, 2 metalowe tacki, wazoniki ze sztucznymi kwiatami i wieszaki. Do ostatniej rundy przystapila z workiem na smieci, zbierajac jednorazowe klapki.

Dlaczego zrobila to wszystko, gdy pasazerowie nadal byli w pociagu i chetnie by z niektorych z tych dobr skorzystali? Niewiadomo.

Dlaczego na starcie zwinela dywan? Byla swiadoma swych umiejetnosci przy oproznianiu termosow z wody.

Gdzie zniosla te wszystkie dobra? Niedaleko, do przejscia miedzy wagonami, skutecznie je blokujac.

Chinska logika ma sie swietnie.

Pekin, 4.09

Caly dzien lalo, wiec plan zwiedzenia palacu letniego przelozylysmy na koniec wycieczki. Postanowilysmy zwiedzic cos zadaszonego, wybor byl niewielki (ich swiatynie maja wielkie dziedzince), w koncu zdecydowalysmy sie na muzea. Zrobilysmy liste kilku obiecujacych miejsc i ruszylysmy w droge.

Wspominalam juz, ze para, z ktora dzielimy dorm to Niemiec i .... Polka? :) Pozegnalysmy sie za wczasu, wieczorem juz nas tu nie bedzie.

Jako pierwsze odwiedzilysmy Chinskie Muzeum Sztuki, ktore obecnie ma tylko jedna, tymczasowa wystawe, "60 lat chinskiej sztuki rewolucyjnej". Tak wlasnie. Socrealizm zmieszany z tradycyjna sztuka chinska plus troche sztuki nowoczesnej. Dosyc dziwne, ale nie powiem, zebym uwazala czas za stracony, zwlaszcza ze .... tadddaaaam .... wstep byl za darmo ^_^

Kupilabym album, bo w sumie co my w PL wiemy o wspolczesnej, poliycznej sztuce chinskiej, ale byl baaaarddzo ciezki i kosztowal niemalo, a na poczatku wycieczki wole nie pozbywac sie za szybko srodkow do zycia.

Nastepne (i jak sie okazalo, ostatnie) bylo Muzeum Historii Naturalnej. Przy wejsciu straszyla tablica, ze wstep tylko za uprzednia rezerwacja, ale w kasie pani bez mrugniecia okiem wydala nam bilety ... tadddammmm .... za darmo :)

Dobry dzien mamy, odkujemy sie po bilecie do Xi'an.

W srodku bylo o histori ziemi, byly dinozaury, byly tez robale i liczne, dosyc woniejace, wypchane ssaki. Braki w ekspozycji swiadczylu, ze wonienie to nie jedyny problem, jaki dotyka eksponatow, bo najwyraznie zabrano je do renowacji. Hehe.

Dobrze, ze wejscie bylo za darmo, bo w sumie muzeum nie powalalo, a po wyjsciu mialam wrazenie, ze pachme jak eksponaty x_X.

Dzis, 5.09, Xi'an

Pociag przyjechal dopiero po 9, ale super sprawnie poszlo nam kupienie biletow na .... uwaga uwaga ... na jutro, do Chengdu. Cos sie w Chinach zmienilo, kupowanie biletow z wyprzedzeniem przestalo byc domena wybraych agencji CITS. Wiwat!

Jeszcze szybki meldunek w hotelu, prysznic, podejrzenie, ze nieobecny wspolokator moze byc Polakiem i po 11 bylismy juz w autobucie publicznym do Armii Terakotowej.

Pisze bylismy, bo jezdzi z nami poznany w pociagu Norweg (tak, tak, z tej bardzo drogiej Norwegii).

I w okolicach armii sporo sie zmienilo, znikneli namolni sprzedawczy, ktorzy potrafili przebiec za turysta niemalo kilometrow. Teraz do armii wiedzie pasaz handlowy pelen restauracji (tez fastfoodow), sklepow i stoisk z przegryzkami. Nie wiem, kiedy oni to zbudowali, ale zmiescili sie w 3 latach :]

Do Xi'an wrocilismy przed 18. Byloby pozniej, gdyby nie nasz kierowca, ktory, opierdolony przez kierowniczke autobusu, ze stoi w korku x_X poszedl pogadac ze stojacym przed nim TIRem. Nastepnie i TIR, i on zawrocili w niedozwolonym miejscu i kazdy pojechal w swoja strone - z tym ze mysmy jechali publicznym autobusem o, teoretycznie, ustalonej trasie. Chiny witaja.

Odnalezlismy te niesamowita pierozkarnie przy Dzwonnicy i zamowilismy 3 talerze pierozkow .... byly.... co mam napisac, to najlepsze pierozki, jakie w tym kraju mozna zjesc. Jutro powtorka z rozrywki.

Wieczor spedzilismy w dzielnicy islamskiej. Kocham ciastka ksiezycowe! Jak dopadne takie w Pekinie, to wam przywioze.

Juz pozna, odezwie sie za niedlugo, dam znac, jak nasze dalsze plany. W teorii od poniedzialku jestesmy w Chengdu, z ktorego jedziemy na polnoc, do parku. Zobaczymy. Trzym sie!

trwały link do tego wpisu

czwartek
3
wrzesień'09

pekinska kapusta

3 wrzesień 2009, 20:07| | Komentarze (2)

Od 2006 Pekin wyraznie sie zmienil. Nie da sie wykluczyc wplywu pewnego wydarzenia sportowego :)

Miasto jest podejrzanie czyste, zarosniete zadbana zielenina (czasem z kwiatkiem na czubku), harkanie praktycznie wyplenione, rosliny podlewane ... tylko kierowcy nadal jezdza jak uszkodzeni.

I ten smog.... W zyciu takiego nie widzialam. Jak burza piaskowa, tylko ze w powietrzu nie ma piasku. W 2006 pekinskie niebo bylo niebieskie...

trwały link do tego wpisu

czwartek
3
wrzesień'09

Dzien 2gi za nami

3 wrzesień 2009, 19:59| | Komentarze (3)

Dolecialysmy bez przygod, choc w samolocie usnac mi sie nie udalo, mimo wielu wygod - samolot wyraznie nowy, ekran z rozrywkami dla kazdego, jedzenia w brud - ogladania Straznikow nie skonczylam, ogarnelo mnie zmeczenie, sen jedak nie nadszedl.

Dwie godziny przespalysmy w hostelu, a potem ruszylysmy w miasto.

Spacer byl niezly, az do Tienanmen i wzdluz Zakazanego Miasta, az do Dworca Glownego. Chcialysmy od razu kupic bilety do Pingyao, ale nic z tego - kolejki rosly, a kasy zamykano bez powodu lub zarzadzano przerwy. 30 minut i NIC. Dalysmy sobie spokoj, postanowilysy sprobowac szczescia w hostelu.

Tam - nieszczescie - wszystkie (WSZYSTKIE, lacznie z hard sit'em) bilety z Pingyao do Xi'an sa wykupione na 10 dni do przodu x_X Nie pojedziemy do Pingyao.
Szybka zmiana planow i znowu bol - w ciagu najbliszych 3 dni miejsca w pociagach z Pekinu do Xi'an sa, ale tylko w opcji najdroszej - soft sleeper. Co robic? Z Xi'am w koncu nie zrezygnujemy, poza samym miastem to tez centrum naszej wyprawy. Z bolem serca kupujemy piorunsko drogie bilety na 3 wrzesnia. 400Y od lebka. :(

Dzis

Pojechalysmy na Muatinyu, sekcje Wielkiego Muru na ktorej jeszcze nie bylysmy.Zaliczony w 2006 Simatai jest za daleko (=drogo, my jestesmy tylko we dwojke), a Badalin za blisko, skomercjalizowany do bolu. Zorganizowalysmy transport za 200Y. Nie mialybysmy zastrzezen poza powrotem, kedy wpakowano nas olejno do "muzeum jedwabiu" i "herbaciarni", w rzeczywistosci miejscami skubania turystow z gotowki. Przystanki zakupowe to obowiazkowy skladnik chinskiej wycieczki, nasze udalo nam sie skrocic do minimum, ale i tak byly marnowaniem czasu, w koncu nic kupowac nie zamierzalysmy i wcale sie z tym nie krylysmy.

Obejrzalysmy tez Ptasie Gniazdo, slynny pekinski stadion i po 16 odstawiono nas do hostelu.

Sam mur super, szkoda tylko ze od kiedy tu jestesmy, a czego praktycznie nie zaobserwowalysmy w 2006, miasto pokrywa czapa smogu. Przy ladowaniu w Pekinie M-chan stwierdzila, ze to mgla. Niestety, to nie jest mgla, ale widocznosc jest podobna, a nieba po prostu nie widac. O zdjecia z muru z niebieskim niebem mozecie zapomniec - lezacy 90km od pekinu Muatianyu nie jest dostatecznie daleko, by pekinskie zanieczyszczenia go niedosiegaly.

Wlasnie odebralam nasze bardzo drogie bilety do Xi'an. Jutro jeszcze zwiedzamy Pekin, w planach mamy Palac Letni (stary i nowy, i okolice), a wieczorem w luksusach bedzimy do Xi'an.

Odezwe sie stamtad.

wkret prezentowy

Kochani, wysle wam pocztowki, jak mi podeslecie adres (moze byc smsem).

Maja tu Pot Pokariego, Pocky, Pretzle, male-i-super-kawaii ciasteczka czekoladowe (Blondi pewnie kojarzy, te w dlugiej, czerwonej tutce) i inne sprosnosci. Jak ktos ma jakies specjalne zyczenie, to moge w drodze powrotnej wstapic i kupic :)

trwały link do tego wpisu

wtorek
1
wrzesień'09

Z Helsinek

1 wrzesień 2009, 17:02| | Komentarze (1)

Tu jest WiFi :)

Dopiero 17, do odlotu mamy jeszcze sporo czasu. Zwiedzilysmy moomin shop - chce!

Pisze z ipoda bez telefonu, wlasnosci M-chan, idzie mi wolno, a polskich znaków ani T9 jeszcze nie opanowalam.

Ciekawe, na ile to zmyslne urządzenie sprawdzi sie w Chinach. Teraz kończę, postaram sie odezwać jutro z Pekinu.

trwały link do tego wpisu

poniedziałek
31
sierpień'09

out

31 sierpień 2009, 22:03| | Komentarze (4)

Rano już mnie tu nie będzie.

Odezwę się z Północnej Stolicy, do której dotrzemy 2 września. Howgh.

trwały link do tego wpisu

poniedziałek
31
sierpień'09

już niedługo, już zaraz

31 sierpień 2009, 9:27| | Komentarze (0)

Wstępne ważenie wstępnie spakowanego plecaka dało oszałamiający wynik: tyllko 8 i pół kilograma. W rezultacie od wczoraj zastanawiam się, o czym mogłam zapomniec.

Bagaż podręczny trochę mi ten (oszałamiający!) wynik fałszuje: tak o +5 pewnie - w koncu przewodnik czy fotomachen to nie waga piórkowa.

Do zagospdarowania został czas w Helsinkach, na szczęście w tym przypadku decyzję można podjąć z marszu.

Always Remember tour

Taaaaak. Sabaton gra dziś na Bemowie, a wcześniej podpisuje płyty w Empiku. I tu, i tu chciałabym trafić, nie wiem tylko, kiedy bateryjka mi się wyczerpie. Ale chcieć można.

trwały link do tego wpisu

środa
26
sierpień'09

Chiny 2009 - mapa

26 sierpień 2009, 9:33| | Komentarze (0)

Ogromnym wysiłkiem i nie bez pomocy przeniosłam trasę podróży do map google. O legendzie czy liniach przerywanych możecie zapomnieć.

Czytaj więcej o "Chiny 2009 - mapa"

trwały link do tego wpisu

środa
3
czerwiec'09

chiński spoiler

3 czerwiec 2009, 11:00| | Komentarze (2)

Zapowiadałam, zapowiadałam, w końcu nadszedł czas decyzji.

Na początek: ograniczenie terenu zwiedzania w obrazkach, w wykonaniu M-chan.

Chiny 2009

Pi-razy-drzwi 1/4 obszaru Chin. Good job, girl :]

trwały link do tego wpisu

środa
24
wrzesień'08

opowieści o Państwie Środka 2

24 wrzesień 2008, 15:25| | Komentarze (0)

Jestem chora, mam dużo kataru i dużo czasu, i wiele chęci, by się nimi podzielić.

Obłożyłam się książkami, grami i słodyczami, ale najlepiej idzie mi przepisywanie bloga-na-papierze, dziennika z wycieczki do Chin.

Opowieści o Państwie Środka

Kawał dobrej roboty jak na osobę, które leży pod kocem i walczy o każdy oddech. Brawo dla mnie.

trwały link do tego wpisu

środa
13
grudzień'06

opowieści o Państwie Środka 1

13 grudzień 2006, 16:46| | Komentarze (3)

Metodycznie przepisuję bloga-na-papierze, wrzucam zdjęcia, dodaję pieprzu i voila, opis dwóch pierwszych dni (z 21 x_X) naszej wycieczki do Państwa Środka.
Pracuję nad kolejnymi.

Moi na Wielkim Murze w Simatai

moi na Wielkim Murze, Simatai

Opowieści o Państwie Środka:

PS. Niektóre zdjęcia są M-chan ;>

trwały link do tego wpisu

czwartek
21
wrzesień'06

よこそJapan!

21 wrzesień 2006, 23:00| | Komentarze (6)

Wrocilysmy. Moja karta WiFi nie zyje od jakiegos czasu, wiec nie mam prawa polaczyc sie z bezprzewodowym netem u Natalii (no chyba ze z konsolki ;d), a komp M-chan nie chce sie z ta siecia polaczyc (it`s a mystery, ale nawet mi sie nie chce sprawdzac, dlaczego. No ale polskich znakow nadal nie mam. Moge miec za to rosyjskie lub japonskie, jesli mi sie zachce, wzglednie gdy nacisne zly guzik ;d.

Dzis o czwartej rano zwleklysmy sie z lozek w Traveller`s Hostel w Kowloon, wsiadlysmy w autobus (N21) i przed szosta bylysmy juz na lotnisku na Lantau. Amerykanska kontrola to cyrk: przeszukuja wiele z bagazy, przeszukuja WSZYSTKIE sztuki bagazu podrecznego, a to czego nie moga otworzyc - skanuja, a potem, juz w gate-room`ie, losowo robia kontrole osobista jeszcze raz. Mnie sie trafila, lucky me. Uwielbiam byc obmacywana przez losowe Chinki. :]

Za to sniadanie podano nam na pokladzie wysmienite, byl bekon i jajecznica i masa kawy :)

Dla porownania wczoraj w samolocie Eastern China podano nam ... jak by to powiedziec ..... pokarm czesciowo przetrawiony. Przynajmniej tak to wygladalo. Skladalo sie to z rozgotowanego do bialosci makaronu oraz rownie rozgotowanej, bialej ryby. Razem, ustrojone w kilka przezroczystych platkow kolorowej papryki wygladalo to jak, wybaccie porownianie, belt, i tak zostalo ochrzczone.

Swoje korytko z Beltem zamknelam rownie szybko, co otworzylam, ale M-chan dzielnie walczyla o kazdy kawalek makaronu, ktory zdolala wyswobodzic z rybich oparow ... Chinczycy wymietli swoje korytka, ale oni jedza instanty i pluja na podloge (w samolocie jednak sie powstrzymywali ... pewnie spluwali na podloge w toalecie, nie wiem, nie bylam na tyle odwazna by pojsc i sprawdzic). Ech, to sie nazywa roznica kulturowa.

Lot minal blyskawicznie, pobuszowalysmy zgodnie z planem po Narita (ale McDonalds`a ominelysmy ;d) i przed 17 bylysmy juz w Sakura-ku. Zagracilysmy Natalii pol podlogi i poszlysmy odebrac walizy (WALIZORY) z Office w akademiku. Spacer powrotny byl meczacy, mimo ze podjechalysmy autobusem - juz wiem ze na dlugie wycieczki z walizka mnie nie stac, wezme taksowke ;>

Teraz jest chill out, a mentalnie przygotowuje sie na prysznic :] Jutro M-chan zarzadzila shopping spree w Akihabara i Harajuku, przeplatane sushi, wiec jedziemy razem. Ktos przeciez musi zarzadzac z sensem ;d

Mam braki w moim chinskim dzienniku, wiec najpierw go uzupelnie, a dopiero potem zaczne przepisywac na kompa. Stay tuned.

trwały link do tego wpisu

wtorek
19
wrzesień'06

Szanghaj po jednym Niebie

19 wrzesień 2006, 10:26| | Komentarze (4)

Hej. Od wczoraj jestesmy w Szanghaju. Juz wiem, ze do Pekinu MUSZE wrocic, bo nie sposob nawet liznac tego miasta w 3 dni.

Wczoraj bylysmy w Hanghzou, Niebie na Ziemi i nie powiem, cudna okolica. Japonia z Matsushima moze sie wypchac. Wrocilysmy BARDZO pozno, wiec dzis zamiast do kolejnego Nieba pojedziemy do Swiatyni Jadeitowego Buddy, a potem powloczymy sie po Szanghaju, bo w koncu jakis dzien w Szanghaju trzeba spedzic :)

Do Szanghaju przyjechalysmy we cztery: my dwie, Kasia (poznana w Xian) i Ola, ktora tu tylko wakacjuje.

Jutro o 13:00 mamy samolot do Hong Kongu, a w czwartek rano lecimy juz na Narita. Szkoda, ze Przygoda sie konczy, bo jest super.

Az zal mi Pekinu: do Niebianskiej Swiatyni nie weszlysmy, obejrzalysmy tylko park. Przez Letni Palac (park, budynek rowniez ominelysmy z braku czasu) tez przecwalowalysmy, choc starczylo nam czasu na przeplyniecie sie loka z jednego konca na drugi. MUSZE wrocic do Pekinu :]

Dzis zapowiada sie dzien prawdziwych wakacji: pogoda dopisuje nam od tygodnia (spalilam sobie ramiona i wypalilam na skirze pasek od torby ;d), ale niegdzie sie nie spieszymy, ot, pospacerujemy i wydamy pieniadze ;d

Wieczorem dziewczyny wsiadaja w pociag do Pekinu (soft sleeper, luksus jakich malo, kiedys wam opowiem), a my sie przepakujemy, zrobimy Szanghaj by night (albo i nie) i tyle.

Do uslyszenia.

trwały link do tego wpisu

sobota
16
wrzesień'06

W Pekinie dzien nam ostal sie ostatni

16 wrzesień 2006, 23:14| | Komentarze (12)

Hej hej.

Wybaczcie dni bez wiesci, ale NIE MIALAM czasu. Nasza Podroz nabrala pedu i kolorytu, az zal przy kompie siedziec. Ale ze teraz musialam pare rzeczy posprawdzac, zarezerwowac hostel w Szanghaju (z tej samej sieci, w ktorej hostelu zatrzymalysmy sie w Pekinie: czysto, tanio, wielkie lozka, wielkie przestrzenie i full service), pobluzgac (no bo gdie jest moj mail z agencji biletowej, ja sie pytam? HE?) ;d, to i na maile (NIEKTORE) odpisalam i notke na bloga wrzuce.

Najpierw Datong.

Czad. Wysiadamy z pociagu, a juz przy drzwiach lapie nas czlowiek z CITSa (Chinskiej Informacji Turystycznej) i pyta, w czym pomoc. W ciagu 10 minut mamy zaplanowany juz prawie caly dzien (wycieczka do Jaskin Yungang i Wiszacego Klasztoru) oraz zabookowane bilety hard sleeper'em na nocny pociag do Pekinu.

Mieli racje w Pascalu: CITS w Datong zasluguje na medal.

Sam Datong to takie nasze Katowice, tyle ze z kilkoma milionami mieszkancow wiecej. Zaglebie weglowe skutecznie truje okolice, pokryta prawie wylacznie polami uprawnymi. Ot, takie middle of nowhere.

O Klasztorze, Jaskiniach, lokalnym jedzeniu i calej wycieczce napisze pozniej (w blogu-na-papierze juz mam :) ), powiem tyle, ze wycieczke zaliczamy do bardzo udanych, mimo ze w Jaskiniach pogoda nam sie zbiesila. Po powrocie do Datong zdazylysmy jeszcze zobaczyc slynna (i najwieksza taka w Chinach) Sciane Dziewieciu Smokow. Na nic wiecej nie starczylo czasu, bo atrakcje turystyczne zamykane tu sa o 18:00 :/

Podroz do Pekinu uwazam za najlepsza z naszych dotychczasowych przygod z chinskimi pociagami: posciel byla czysta, w "zagrodzie" mialysmy dwie Franuski i dwie mlode, i wyraznie faktem podrozowania z 4 gaijinkami podekscytowane, Chinki, ktore nie pluly, nie pily, nie palily i grzecznie poszly spac. :)

W Pekinie (przyjechalysmy tu wczoraj rano) na starcie probowana nas ociac na dworcu, gdy zadna z taksowek nie chciala nas zabrac do hostelu za kwote inna niz 100 yuanow. Kolejni kierowcy kategorycznie odmawiali uzycia taksometru, weszac latwy (i bandycki) zarobek na zdesperowanych tyrustach. W koncu pojechalysmy "rowerekiem", trojkolowym pojezdzie z niewielkim silnikiem i budka dla pasazerow za 30 yuanow. Teraz na trasie stacja kolejowa - hostel uzywamy autobusu w cenie .... 1 yuan od lebka :]

Od wczoraj w Pekinie

Wczorajszy dzien (spalysmy troche, wiec wyszlysmy po 9:00) spedzilysmy w Zakazanym Miescie. Miasto jest WIELKIE: idac za naszymi elektronicznymi przewodnikami (40 yuanow + 100 yuanow kaucji), zwiedzajac metodycznie i z zaliczeniem wiekszosci interesujacych nas wystaw spedzilysmy w Zakazanym Miescie dobre 7 godzin i wyszlysmy, gdy juz z glosnikow lecialo pouczenie, ze Miasto jest zamykane i nalezy opuscic jego mury :]. Tekst w Pascalu ze na Miasto potrzeba pold nia to FIKCJA: jeden dzien, od rana do wieczora, to minimum.

Jako ze pozyczylysmy rowery (10 yuanow + 100 yanow depozytu), to pojechalysmy je teraz oddac: byly pozyczone do 19:00, ale o tej porze umowilysmy sie z Kasia i Andrzejem pod Mao, wiec wtedy czau juz bysmy nie mialy.

Pod Mao byly tlumy, ktore dwa razy dzienie przyciaga na plac zmiana warty. My idziemy zobaczyc ja jutro rano (5:45, planujemy byc na placu pare minut po 5:00 rano), bo istnieje szansa, ze tlumy beda mniejsze, a zdjecia ladniejsze :)

Z Kasia poszlysmy na perozki (mhhhhm, lubie tutejsze pierozki) i umowilismy sie na DZIS.

A dzis?

Caly dzisiejszy dzien spedzilismy na wycieczce na Simatai, najbardziej odludny kawalek Wielkiego Muru, polozony 165km od Pekinu.

Ech.

Zobaczycie zdjecia, to zrozumiecie. Ale udalo nam sie uciec od komerchy Badaling (najpopularniejszego kawalka muru), przejsc spory kawalek niedawno odrestaurowanego muru oraz .... zjechac w dol na linie! Mam zdjecia. Chetnie wlazlabym na mur jeszcze raz tylko po to, by sie ponownie przejechac na linie ;d

Po powrocie (sama podroz meczaca, 3 godziny w jedna strone, bo korek w Pekinie potworny, a legendarne umiejetnosci tutjeszych kierowcow nie ulatwiaja sprawy) bylismy na bardzo dobrym obiedzie ^_^ Mhhmhm :)

Co by tu jeszcze napisac. Aaaa. Juz wiem. Jutro w nocy jedziemy do Szanghaju. Niestety, nie udalo nam sie kupic hard sleeper-ow do Szanghaju i po dluzszej debacie kupilysmy soft sleepre, ktory, choc potwornie drogi (475 yuanow w jedna strone) pozwoli nam sie wyspac i wyrobic z planem zwiedzania okolic Szanghaju. Hard seat pewnie bysmy przezyly, ale potem wymagalybysmy reanimacji w hostelu, a na to nie mamy juz czasu.

Jeszcze jutro sprobujemy zarezerwowac bilety samolotowe z Szanghaju do Hong Kongu, mamy kilka roznych opcji, zaczniemy od agencji w naszym motelu. Mamy tez numer do jakiejs chinskiej agencji, ktora wynalazl nam Chen, ale zachodzi obawa, ze mowia tam wylacznie po chinsku, wiec te opcje zostawilismy sobie na pozniej.

Jako ze bilet na pociag do Szanghaju byl taki drogi, a ja w Szanghaju chce sobie jakies koszulki sprawic, to dla was prezentow NIE BEDZIE. Hehehehe. ;d

Jutro tez jest dzien

Jutro, po zmianie warty i sniadaniu w McDonaldsie (najblizej i maja kawe z wieczna dolewka, jak w Japoni!) jedzimy obejrzec Niebianska Swiatynie, Letni Palac i co sie jeszcze da. A o 18:10 spotykamy sie na dworcu z Kasia i jeszcze jedna Polka, Ola, ktore jada z nami do Szanghaju, choc tylko na jedna noc.

Odezwe sie jeszcze kiedys, teraz ide spac. Pap.

trwały link do tego wpisu

środa
13
wrzesień'06

w Xian, a zaraz znowu w drodze

13 wrzesień 2006, 14:33| | Komentarze (7)

Wynioslysmy sie juz z pokoju, pojechalysmy zjesc pierozki i zwiedzic slynne mury miejskie miasta Xian, a teraz czekamy juz na odpowiednia pore, co by sie przeniesc z hotelu na dworzec. Ale ze tu jest internet, a tam nie ma, to wolimy poczekac w hotelu :)

Mury miejskie sa sukcesywnie odrestaurowywane, moze je juz prawie cale przejechac na rowerze, my jednak, z braku czasu, zadowolilysmy sie krotkim spacerem.

Xian jest calkowicie do zycia. Czysto (jak na chinskie standardy), komunikacja miejska jest dla ludzi, idzie sie dogadac po angielsku ... :) Podobno w Pekinie bedzie jeszcze lepiej ^_^

Z Datong do Pekinu jest (wg rozkladu) cala masa pociagow, nie powinnysmy wiec miesc problemow z kupieniem biletow. Nawet gdyby nie udalo sie kupic hard sleeper'a, to i hard seat przezyjemy, w koncu 7 godzin to nie 15 :)

Kupilam prezentow i w rezultacie przybylo mi kilogramow w plecaku. Lech. Dobrze ze niewiele je nosimy, a w Hong Kongu pozbede sie tego i owego, na przyklad spiwora, to przynajmniej wiecej miejsca sie zrobi...

Aaaa, no i jeszcze o pierozkach. Otoz od wczoraj chcialysmy pierozkow, ale ze Kasia i Andrzej mieli za niedlugo pociag, to zadowolilismy sie przyhotelowa restauracja, ktora jedzenie serwuje zacne, ale pierozkow nie podaje. Dzis wiec, w ramach sniadania, pojechalysmy do pierozkarnia polecanej przez nasza wczorajasza pania przewodnik. Ze 180 rodzajow pierozkow byly nici, bo lokal, choc minela juz 10:00, dopiero otwieral swe podwoje i mozna bylo wybierac tylko sposrod 4 rodzajow pierozkow, i to niewszystkich (chcialysmy many), a tylko tych mniejszych. Ale i tak byly pyszne, zjadlysmy 2 pelne talerze (30-pare i tam bylo).

Przy okazji wyszly nasze braki w kwestii poslugiwania sie paleczkami: chinskie paleczki sa o wiele dluzsze od japonskich, okragle i sliskie, wiec pierozki zrecznie sie im wymykaja :) Mialysmy wiec sniadanie owiane duchem sportowej rywalizacji :]

Czy juz wspominalam, ze mam 3 Snickersy? Snickers to tutaj dobro rzadkie, widzialysmy je jedynie w Carrefour (w Chongqing i tu, w Xian) oraz w muzeum w Xian (w cenie zaporowej). Czekolady nie widzialysmy tu wcale.

W odroznieniu od Japonczykow Chinczycy jedza MASE slodyczy, ale wlasnych, takich ktore nam ani slodkie, ani warte ponowneog zjedzenia sie nie wydaja. No ale przynajmniej nie wcinaja non stop rybich wnetrznosci w wielu postaciach :]

W pociagu bede LEZEC, JESC moje Snickersy, w koncu zaktualizuje bloga-na-papierze (bo mam 2-dniowe zaleglosci) i bede SPAC. Jak niewiele czlowiekowi potrzeba do szczescia ;>

trwały link do tego wpisu

wtorek
12
wrzesień'06

do jutra w Xian

12 wrzesień 2006, 23:37| | Komentarze (2)

Dobiega konca drugi dzien naszego pobytu w Xian. Bawimy sie swietnie, poznalysmy mase nowych ludzi, miedzy innymi Pierwszego Egipskiego Turyste i pare Polakow (!), z ktorymi umowione jestesmy w Pekinie w piatek :)

Przyjechalysmy tu wczoraj po 8 rano (pociag byl spozniony), mozno wykonczone, bo jednak 15 godzin w hard seacie robi swoje. Ale juz na stacji wylapal nas czlowiek z hotelu, ktory rozwazalysmy, i mimo ze ceny wzrosly od czasu, gdy je wydrukowano w naszym przewodniku, to stwierdzilysmy ze nalezy nam sie odrobina luksusu i mamy dwuosobowy pokoj z wlasna lazienka :)

W hotelu mowia po angielsku, w miescie mowia po angielsku, w kasie na dworcu kolejowym mowia po angielsku (mamy hard sleeper do Datong ^_^), normalnie cywilizacja, panie.

Wszyscy poza nami przyjechali tu z polnocy, wiec nasze opowiesci chlona jak gabki: o tekturowych domach, podlej atmosferze, zagubieniu, biedzie. Czesciowo z fascynacja, czesciowa z ulga, ze ich tam nie bylo.... Ale mysmy zakosztowaly juz prawie kazdej strony Chin. Tybet omijamy, na wybrzeze (Pekin, Szanghaj) jedziemy, bedziemy mialy prawie caly wachlarz doznan.

Xian

Wczoraj zwiedzalysmy Xian, widzialysmy Wielka i Mala Pagode Dzikiej Gesi, tutejsze muzeum i Wieze Dzwonnicza. Mamy tez Snickersy, prodkut RZADKI. Tzn ja mam, bo Mchan ma zlamany zab (zlamal sie na Fuji) i nie moze jesc orzeszkow. Hehehe.

Dzis wybralysmy sie na eastern trip (zorganizowana z naszego hotelu, taniej niz przewidywalysmy), widzialysmy kilka miejsc, z czego gwozdziem programu byla Armia Terakotowa. O panie. Nie uwierzycie, jesli nie zobaczycie na wlasne oczy. Super.
Zdjec mamy mase, wlasnie niektore wrzucam na Flickr'a, ale przy ich rozmiarze troche to potrwa.

Tutaj, w Xian, atmosfera jest wybitnie turystyczna, a zabytki sa OBLEGANE. Natknelysmy sie nawet na dotychczas nie wystepujace, japonskie wycieczki, znak, ze zabytek jest WAZNY ;>

Przyjemnie pogadac po angielsku :-)

Jutro po 14 mamy pociag do Datong, bedziemy tam nastepnego dnia (czwartek) rano. Chcemy zwiedzic jaskinie i pozno wieczorem wsiasc w pociag do bliskiego juz Pekinu. Mimo ze to tylko 5 godzin i tak chcemy zabookowac hard sleeper, jesli sie uda. W Pekinie bedziemy w piatek okolo 5 rano. Najpierw kupimy bilety do Szanghaju na niedziele wieczor, potem znajdziemy hotel i pozbedziemy sie bagazow i kurzu z podrozy, w koncu bedzie mozna wyruszyc na miasto i pozwiedzac :)

W piatek wieczorem umowlismy sie z Andrzejem i Kasia pod Mao :-)

Jak widzicie, humory poprawily nam sie znacznie, od kiedy zdobywanie kolejnych biletow i punktow wycieczki wychodzi nam sprawniej :)

Koncze, bo spac mi sie chce :] ... a moje WIELKIE lozko CZEKA. Do uslyszenia z (prawdopodobnie) Pekinu.

trwały link do tego wpisu

niedziela
10
wrzesień'06

Dzień 7: rejs, I Przełom (瞿塘峡) i 3 Małe Przełomy (小三峡)

10 wrzesień 2006, 23:45| | Komentarze (0)

O 6 rano zerwała nas pani Li pytając, czy chcemy na wycieczkę. Leje. Nie chcemy. Spać.

O 8 rano z hakiem wybrałyśmy się już przezornie na pokład, ale plan zdobycia krzeseł się nie powiódł: wszystkie były już okupowane przez naszą Chińską Armię. Zadowoliłyśmy się stołeczkami i suchą miejscówką: dach górnego pokładu cieknie w przerażającej liczbie miejsc.
Po chwili udało się nam jednak przeskoczyć ze stołeczków na krzesła.
Hip Hip hurra.

Nadal stoimi w miejscu, zacumowaniu przy zamku, punkcie kluczowym wycieczki, którą dziś rano wzgardziłyśmy. Nadal leje, nadal nie mam wyrzutów sumienia.
Zresztą już mi starczy tych wycieczke fakultatywnych.
Szkoda, że leje, bo dziś będzie pierwszy z Trzech Przełomów oraz wycieczka do Małych Przełomów . Widoczność jest średnia, a pływanie w deszczu to wątpliwa przyjemność. :/

Przypomniałam sobie o dwóch rzeczach, o których jeszcze nie napisałam.
Jedna to sprawa klucza do kabiny. Nikt nie ma klucza do własnej. Jedyny pęk kluczy jest pod kontrolą pani obsługującej dany pokład. Wychodząc drzwi można zatrzasnąć, ale wejście umożliwia wyłącznie pani z kluczami. Za każdym razem trzeba do niej pójść i poprosić, by otworzyła drzwi. Przypuszczam, że jest to jednakowo męczące dla obu stron, ale chińska logika wzbrania się przed przekazaniem klucza ciemnemu ludowi.

Druga sprawa to ROBAL. M-chan twierdzi, że to karaluch. Jeśli to karaluch, to WIELKI jest. Uciekł, gdy wczorajszego wieczoru wróciłyśmy z wycieczki, ale przecież może wrócić… Brrrr.
W sumie powinnam być przyzwyczajona po całej walce z gokiburi, którą odbyłam w I-House, ale ten był WIELKI. Jak te, które mieszkają przy akademiowym śmietniku. Moim zdaniem żywią się kotami. W całości.

No i minęliśmy Pierwszy z Wielkich Przełomów (瞿塘峡, Przełom Qutang). Faktycznie niesamowity. Wielkie ściany pną się ku ukrytym za chmurami szczytom, a Jangcy robi się w tym miescu o wiele węższa niż dotychczas. Pierwszy Przełom jest krótki, po chwili pionowe ściany zmieniają się w zielone góry, ale widoki nadal wspaniałe. Gdzieniegdzie widać białe znaki wbite w skałę – to oznaczenia poziomu, do którego podniesie się woda po zakończeniu zalewania. Wielka szkoda.

Na kilkanaście minut przed wpłynięciem na I Przełom górny pokład pęka w szwach. Widoczność się poprawiła, ale nadal siumpi (choć już nie leje), więc pod zadaszoną częścią pokładu ścisk straszny. Wpływamy na Przełom i tłum przerzuca się na prawą burtę. Nigdy nie dyskutuj z sensownością poczynań chińskich turystów. Po prostu podążaj ich śladem.
Obfotografowałyśmy prawą burtę, przeniosłyśmy się na lewą i czynność powtórzyłyśmy. I Przełom jest krótki (8km), ale faktycznie robi wrażenie.
Teraz czekamy na kolejną atrakcję: wycieczkę na Małe Przełomy.

Przybiliśmy do jakiegoś nienazwanego miejsca, które jednak było miastem niemałych rozmiarów. Wzdłuż obskurnego (czyt. typowego), zbudowanego głównie na bazie starych łodzi i tratw portu ciągnęł się równie obowiązkowy szpaler szałasów z towarem dla turystów. Typowy, ale przeważały … kamienie.
Gaijińskim tekstem dnia było „Idź na brzeg, kup kolejny kamień”.

Poprowadzono nad ku innej kei, gdzie wręczono nam po zalaminowanym bilecie, który nam 30 metrów dalej odbierano. Chińska logika.

„Małe” łodzie były, w naszym przypadku, dwupiętrowymi motorówkami z wygodnymi fotelami, mieszczącymi spokojnie i po 300 osób.

小三峡

3 Małe Przełomy (小三峡) powinny być pozycją obowiązkową, nie wycieczką fakultatywną. Z poziomu znacznie mniejszej łodzi na wąskiej odnodze rzeki sprawiają niesamowite wrażenie. Od rana naprzemian lało i siąpiło, ale gdy tylko ruszyliśmy na 3 Małe Przełomy znacznie się rozpogodziło. Cud ^_^

Po pierwszym, Smoczym Przełomie był obowiązkowy, półgodzinny postój w jakiejś zapomnianej przez bogów dziurze nad brzegiem rzeki, gdzie straszyły jedynie szałasy pełne chłamu dla turystów.

„Kup pan kamień…”.

Cała wycieczka była długa, zwłaszcza, że statek płynął niespiesznie, a wracał tą samą trasą, którą przypłynął (statek zawraca przed płycizną, gdzieś w trakcie 3ciego małego przełomu). W drodze powrotnej skuteczną drzemkę uniemożliwiała pani z mikrofonem, która najpierw śpiewała (a wszyscy pasażerowie razem z nią x_X), a potem zachwalała kolejne towary, które można było następnie nabyć drogą kupna, a których było niemało. I tak przez 1,5 godziny. Heh.

W porcie kupiłyśmy dużą paczkę ciastek – poziom cukru utrzymujemy na wysokim poziomie ;P i … papier toaletowy (13Y). W kajucie czekało jedzenie i wygodne łóżko.

trwały link do tego wpisu

niedziela
10
wrzesień'06

ship-lock

10 wrzesień 2006, 9:33| | Komentarze (3)

It's not a canal-lock. At least not here.

They call it SHIP-LOCK here.

Builders of the Great Dam cannot be wrong.... ;>

I would love to write more in english, but with my limited time I simply cannot repeat myself now. I will try to make it up for you LATER. Promise.

trwały link do tego wpisu

niedziela
10
wrzesień'06

W Wuhan, na rozstaju

10 wrzesień 2006, 8:13| | Komentarze (4)

Hej Hej.

Mam problem z dostepem do Gmaila. Raz mnie loguje, raz nie, podobno problemem sa czaty, ktore ChRL blokuje regularnie :/ Jakbm tylko wiedziala, jak tego czata zablokowac na stale .... Bo teraz na przyklad jestem zalogowana od godziny (z wylaczonym czatem) i wszystko jest ok.
Ok. Czat zablokowany. Thx Blondasku.

Jest po 7AM, jestesmy w Wuhan, przed godzina przyjechalysmy tu z Yichang, gdzie skonczyl sie nasz rejs. 4 godziny w autobusie z banda klocacych sie Chinczykow, z ktorych co po niektorzy palili W AUTOBUSIE i w wiecznym przeciagu SSIE.

No ale dojechalysmy.

Pierwotnie mialysmy lapac pociag do Xian z Yiching, ale Chen i pani Li stwierdzili, ze Yichang to male miasto i moga byc prblemy z biletem do Xian i lepiej zrobimy, jadac do Wuhan, choc to zupelnie nie po drodze, bo na wschod, kiedy my musimy na polnocny zachod :] No i teraz nie wiadomo, czy dobrze zrobilysmy. Bo Bilety do Xian owszem, mamy, ale siedzace (hard seat), bo wagonow hard sleep nie przewidziano wyjatkowo dzis. Dupa blada.

No ale co robic. Spedzilysmy 10h na siedzaca, spedzimy i 15h.

Ostatnie 4 dni spedzilysmy plynac po Jangcy. Widoki niesamowite, zwlaszcza Male Przelomy, widziane z pokladu mniejszej lodki, do ktorej sie przesiedlismy.

Oczywscie nie odbylo sie to bez obowiazkowego przystanku na zakupy, ktory funduje sie czasem i kilka razy w ciagu jednej wycieczki. Na szczescie nam limitowano jeden taki przymusowy postoj na wycieczke. Uff.

Wczoraj przeplynelismy Drugi i czesc Trzeciego Przelomu i przed Tama 3 Wielkich Przelomow zaladowano nas do autokaru i przewieziono przez Akwarium (do kitu, ale czego mozna sie spodziewac po kolekcji rb z Rzeki Yangcy ;d), Tame (ochrone to maja tam taka, jak na kazdym lotnisku. Kosmos.), obowiazkowy postoj na zakupy (mam nowa torbe ;d) i w koncu na komunistyczne show, nazwane "Envoiremental Show". Mysl przewodnia przedstawienia glosila, ze to naprawde swietnie dla tutejszych ludzi, ze im partia komunistyczna sprawila tutaj teraz taka fajna wielka tame.

Ze srodowiskiem calosc miala niewiele wspolnego: tzn byly plony zyta i tanczace drzewka (na tereach wokol tamy zrobiono profesjonalne tereny zielone, posadzono MASE drzew i krzewow. Kolejny kosmos i pytanie: "Po co?").

Bylo glosno, byly spiewajace dzieci (niczym na pochodach pierwszomajowych), czerwone flagi i robotnicy. W tle lataly iskry spawarek, przez scene toczyly sie beczki pchane przez zastepny robotnikow, a w koncu bylo sielsko i anielsko, trawka, drzewka i spiewanie.

Normalnie myslalam ze tam zejde. Ale Chinczycy kilkakrotnie spontanicznie bili brawo, nasi barbarzyncy wydawali sie rozbawieni. Heh.

Jedyny minus calej "Wycieczki na Wielka Tame" (bo tak sie calosc zwala) to to, ze gdy my dawalismy sobie zrobic papke z mozgu na przedastawieniu, nasz statek i ci, ktorzy na wycieczke sie nie zdecydowali i pozostali na pokladzie, sluzowali sie przez 5 kolejnych sluz Wielkiej Tamy. Echhhh. Ja tez bym chciala.

Gdzie jest najblizsze 5 sluz? Preferuje Europe.

Po powrocie na statek przepsalysmy sie ze 3 godziny, bo po polnocy przybyjalismy do Yichang i trza juz bylo isc do autobusu. 4 i pol godziny w autobusie, w ktorym Chinczycy kloca sie o to, czy nawiew na dachu ma byc otwarty czy nie (wialo po mnie niemilosiernie, w rezultacie obecnie boli mnie gardlo) ... w koncu nawiew zamknieto, ilus zapalilo papierosy W SRODKU autobusu, no kosmos. Sklelam ich po polsku jak najlepiej umialam, ale zamkneli sie tylko na chwile.

Stwierdzam, ze nienawidze tego narodu, gdy musze z nim podrozowac. Bo ci na statku byli bardzo pomocni ... ale podrozowac z Chinczykami nie polecam, bo sie dra, charkaja, spluwaja na podloge (moze nie w autobusie, ale w pociagu juz tak), pala jak smoki (zeby w koncu zeszli na raka :] ... tanie papierosy to pewnie niecny plan partii komunistycznej, jeden z wielu w programie walki z przeludnieniem :])... Lech.

Tak wiec o 16 z minutami jedziemy do Xian, tam zostajemy 2 noce i 3ciego dnia jedziemy do Datong, gdzie zwiedzamy jaskinie i tego samego dnia jedziemy do Pekinu.

W Pekinie bedziemy 4 dni, potem Szanghaj, na Zolte Gory juz nam pewnie czasu nie starczy. Z Szanghaju wracamy do HK samolotem, ale za biletem rozejrzymy sie jeszcze w Pekinie. Ech, byle do cywilizacji....

trwały link do tego wpisu

sobota
9
wrzesień'06

Dzień 6: rejs

9 wrzesień 2006, 23:45| | Komentarze (0)

Obudzili nas przed 6, choć nastawiłyśmy sobie budzik na 6 i przecież byśmy wstały. O 6:30 zaplanowana była wycieczka do Miasta Duchów. Doszłyśmy do tego, że wszystko odbywa się wedle rozkładu, i że należy się trzymać okolicy własnej grupy, którą również zlokalizowałyśmy. Była to grupa pani Li, więc na przyszłość nie będziemy miały żadnych problemów.

Weszliśmy po schodach na brzeg, a stamtąd poszliśmy do Miasta Duchów. To, co ja uznawałam za twór wyłącznie turystyczny, okazało się być ponad 1600-letnią świątynią. Niestety na miejscu trzeba było dopłacić za możliwość wjazdu wyciągiem (15Y w jedną, 20Y w obie strony). W innym przypadku trzeba byłoby pod górę zaiwaniać. Zapłaciłyśmy, przejechałyśmy się, na górze była świątynia właściwa. Sprawiała o wiele lepsze wrażenie jeśli człowiek oddalił się od hałaśliwej wycieczki i mówiącego bezustannie (i po chińsku) przewodnika. Była pagoda, ale nie można było na nią wejść. Zastanawiam się, czy kiedyś znajdę pagodę, na którą BĘDZIE MOŻNA wejść. I nie na II-gie piętro (I-wsze wg polskich standardów), a WYŻEJ. Po zejściu z góry (myśmy zjechały, miałyśmy bilet w 2 strony) można było pójść w przeciwnym kierunku, gdzie było rzeczone Miasto Duchów, tym razem już czysto turystyczna mieszanka kiczu i religii. Na dodatek w trakcie zaczęło siąpić, ale powstrzymałyśmy się przed kupieniem parasolki i mądrze zrobiłyśmy, bo niedługo potem przestało.

Minęłyśmy kramy z szajsem, ale w drodze powrotnej kupiłyśmy banany (5Y za 4 sztuki, drożyzna). W Pałacu była inscenizacja chińskiego piekła, dosyć makabryczna, nie powiem, z iście chińską logiką oświetlenie i animacje były włączone tylko na jakiś czasem przeznaczony pewnie dla tłumów mniejszych niż nasz, więc regularnie gasły za nami światła, a ostatnie pomieszczenie „zwiedzałyśmy” już po ciemku. Heh.

I tyle. Wróciłyśmy na statek i zajęłyśmy kluczowe pozycje na górnym pokładzie (wstęp tylko dla posiadaczy specjalnej karty, 55Y + 10Y depozyt, kluczowe elementy: w cenie napoje, jakieś przegryzki i właśnie wstęp na górny pokład).

Teraz płyniemy dalej i już nie mam o czym pisać, więc skupię się na herbacie.

i Zabrać ze sobą: klapki pod prysznic, papier toaletowy, chusteczki nawilżane się przydają i woda butelkowana też, bo w pociągu z mycie jest różnie, a nie używałabym ich wody z kranu doustnie, zwłaszcza na bezludziu.
Jechać uzbrojonym w, najlepiej już przygotowane, kartki z napisami, czego się chce. „Proszę mnie zawieźć do [tu kanji nazwą].”,, „Gdzie jest kafejka internetowa.”, itp. Nie musisz umieć tego przeczytać, ważne, żeby oni potrafili.

Zatrzymujemy się jeszcze dwa razy: statek obraca się obowiązkowo dziobem w górę rzeki i cumuje przy kolejnej kei. Ale postój trwa tylko minut, po czym donośny sygnał informuje, że odpływamy. Nie ruszamy się z górnego pokładu, bo i po co.

i Magazyn That’s Beijing WWW.thatsbeijing.com -> http://www.thebeijinger.com/

Nagle zaczyna siąpić, pod wieczór mżawka zmienia się w ulewę, która, niestety, przywita nas następnego poranka. Ech, psie szczęście.

Wg planu o 14 z hakiem jest zwiedzanie kolejnego przybytku (zabytku, to jest), ale, o dziwo, statek się nie zatrzymuje i wycieczka się nie odbywa. Nas to ani ziębi, ani grzeje, ale nie możemy dojść, czy wycieczka nie odbyła się z braku chętnych (aż ciężko w to uwierzyć na statku pełnym ludzi) czy z powodu pogody. Miejmy nadzieję, że kolejna wycieczka, przewidziana na 19:30-21:30, jednak się odbędzie.

Pojawia się pani Li z SMSem od Chena. Dzwoni do niego, chwilę gadamy, dowiadujemy się, że Yichang to naprawdę małe miasto i mogą być (= będą) problemy z kupieniem biletu kolejowego do Xian. Radzi nabyć u pani Li przejazd autobusem (a może samochodem? Nie jest to jasne.) do Wuhan, a bilet na pociąg kupić już tam. Wuhan to największe miasto na Jangcy, więc coś w tym jest. Płacimy po 120Y/os, a pani Li tworzy nam karteczkę z napisem „Poproszę dwa bilety na pociąg z Wuhan do Xian”.

Popołudnie spędzamy na pokładzie, gdzie 2 komplety barbarzyńców są wyraźnie nudzące się, a ostatni obecny komplet zbił się w kupkę, pije piwo, pali i ogólnie hałasuje. Na pokładzie jest jeszcze jeden komplet barbarzyńców, 4-osobowy, ale najwyraźniej nie opuszczają oni swoich kabin. M-chan widziała ich raz, gdy konferowali ze sobą stojąc w drzwiach (mają kabiny naprzeciwko siebie). Może mają lęk przed otwartymi przestrzeniami? Na wycieczkach też ich nigdy jeszcze nie było.

Gdy deszcze zaczyna być zbyt agresywny, ewakuujemy się pod pokład. Nasza wycieczka zaczyna się dopiero o 21:30. Jak zawsze leci zapowiedź przez głośniki, ale pani Li i tak przychodzi sprawdzić, czy aby się nie zagapiłyśmy.

Leje, ale mamy sztormiaczki.

Droga na górę to liczne schodki,, wzdłuż których ciągną się stoiska z pamiątkami i jedzeniem. Olewamy, zapasy uzupełnimy w drodze powrotnej, a przeglądanie pamiątek w deszczu nas nie interesuje.
Na miejscu był … dom. Zachowany w całości, tradycyjny chiński dom, w którym spadziste dachy kończą się nad podwórkiem, w rezultacie w środku domu (podwórze jest w środku domu) mamy ścianę deszczu  Na szczęście reszta domu ma dachy 

M-chan robiła furorę robiąc zdjęcia ze statywu (powodzenia tym, którzy namiętnie pstrykali zdjęcia panoramy miasta z ręki ;P ), a że w Chinach praktycznie wszędzie można robić zdjęcia i używanie flasha rzadko kiedy jest zakazane, to podniosłyśmy niską do dzisiaj średnią zdjęć z Przygody.

W sumie nic specjalnego, ale figury były b. ładne, miały nawet opisy w chinglish, a poza tym mamy masę innych fotek. Szkoda tylko, ze deszcz uniemożliwiał zrobienie zdjęć na zewnątrz, bo i dom, i nastawiona na turystów (i jedyna oświetlona) uliczka wyglądały zachęcająco.

i Nie bardzo widzę sens kupowania biletów na Miasto Duchów i dom rodziny Pin w agencji: za oba bilety zapłaciłyśmy 100Y, czyli dokładnie tyle, ile trzeba by za oba zapłacić na miejscu (Miasto 60Y, dom 40Y).

Przewodnik Pascala ma rację, że z tych wycieczek można spokojnie zrezygnować. Wejścia są drogie, w obu miejscach, które widziałyśmy, chinglish występuje w śladowych ilościach, z reguły sprowadzając się do nazwy danego obiektu. W przewodnikach info o tych miejscach jest żadne, słowem, niewiele się z tych wycieczek wynosi. Ale myśmy były wygłodniałe, bo przecież już 5 dni jesteśmy w Chinach i praktycznie nic nie widziałyśmy (pomijam miasta przemysłowe i pociąg od środka), więc przynajmniej miałyśmy rozrywkę. Nie mówię, że wycieczki są złe, ale są drogie, gdy się porówna, co się w zamian otrzymuje. Oczywiście, jeśli ktoś zna chiński, sprawa przedstawia się zupełnie inaczej.

Miałyśmy czas na „przed 11PM” (odkryłyśmy, że godzina powrotu z wycieczki zapisana jest na tablicy przy wyjściu ze statku. Nice. Tyle że nam i tak wszystko mówi pani Li albo oddelegowana przez nią koleżanka), ale nawet z robieniem zdjęć z wyzwalaczem (10s tu, 10s tam), zakupami (19Y: 2xwoda 1,5l, 4xinstant ramen, „słodki”, jak twierdził sprzedawca, 1x pepsi 0,5l) i niespieszny zejściem na dół (nikt przecież nie chce stracić zębów na mokrych schodach) byłyśmy na pokładzie długo przed spodziewanym wypłynięciem.

Na statku trzeba być o czasie, bowiem nie czeka on na spóźnialskich. Co taki spóźnialski ma potem ze sobą zrobić, niestety nie wiem. W naszym przypadku niezrównana pani Li przyszła sprawdzić, czy jesteśmy. Byłyśmy. 

Ostatnim punktem dnia był prysznic. Pisałam już, że łazienkę mamy większą niż te w I-House: jest na tyle duża że nie trzeba odsuwać zlewu, gdy zamiast z kibelka chce się skorzystać z prysznica. Nie da się jednak zaprzeczyć, że nasze I-Housowe łazienki były czystsze i sprawiały o wiele lepsze wrażenie nawet wtedy, gdy zamiast zawartość spływu zaczynała gnić i wonieć. Heh.
No nic, czas na prysznic. M-chan wyniosła z łazienki wszystko, a przynajmniej tak jej się wydawało. Gdy po skończonym prysznicu wyniosła z łazienki papier toaletowy, mogła wydusić z siebie tylko jedno: „Przegrał”.
Hehe. Trzeba będzie kupić nowy.

Łazienka była kompletnie zalana, ale nic tam, mamy przecież klapki.
Zong wypłynął (dosłownie) dopiero po kilkunastu minutach. Otóż łazienkowy odpływ był mało wydajny względnie podziałała jakaś inna magia, ale podłoga na zewnątrz, przy drzwiach do łazienki, była kompletnie zalana.
No czad.
Na dodatek ten nadmiar wody przemieszczał się i miałyśmy już rzeczkę do okolic szafy. Ej no.
Dla bezpieczeństwa przeniosłyśmy plecaki możliwie najdalej od strefy zagrożenia.

Zapomniałam jeszcze wspomnieć o TV. Otóż mamy TV, ale z japońską wtyczką, która za żadne skarby nie pasuje do chińskiego kontaktu. Po wtyczce widać, że ktoś czynił nieśmiałe próby przystosowania jej do standardów ChRL, ale żadna, choćby największa siła nie zmieni bez uszkadzania wtyczki o równoległych bolcach na taką o położonych ukośnie.

chińskie wtyczki

^_^

Tak więc mamy, zgodnie z opisem, TV w kajucie. A że nie działa?
A gdzie w opisie było napisane, że to ma być działający TV?

trwały link do tego wpisu

piątek
8
wrzesień'06

Dzień 5: Chongqing (重庆)

8 wrzesień 2006, 20:03| | Komentarze (1)

Pobudka przed 6, by załapać się na jeszcze nie okupowaną łazienkę, gdzie przed lustrem można ochlapać się do woli wodą z butelki, którą dla bezpieczeństwa myłyśmy zęby. Call us paranoid.

Po 6 łazienka jest w stanie oblężenia, a my niespiesznie pakujemy się i zajmujemy miejsca na krzesełkach pod oknem celem nie tyle podziwiania widoków co zejścia z drogi szarżującym w obie strony współpasażerom.

Mam łóżko 中 (środkowe) , na którym niby można siedzieć, ale chyba gdy jest się BARDZO niskim Chińczykiem. M-chan o siedzeniu na swoim 上 (górnej) może zapomnieć. Krzesełka to lepsze rozwiązanie.

Wniosek na przyszłość : 中 nie jest warta zachodu i tych 15 czy 20Y, które trzeba za nie dopłacić (下 (dolna) jest odpowiednio droższa), a mając śpiwór bądź kaptur można się łatwo osłonić przed zimnym podmuchem klimy (który zresztą dociera do中), więc w sumie to najlepszy wybór. A że Chińczycy tłuką się o下 i 中, to szansa na kupienie上 jest największa.

Przejście na peron trochę trwało: 16 wagon był o 16 wagonów oddalony od wyjścia z peronu. Dobrze, że nie byłyśmy w wagonie 20, hehe.
Przed dworcem Chen skutecznie opędzał nasze stado przed naganiaczami, kupił mapę Chongqing i po chwili szukaliśmy autobusu do portu.

Do portu jeżdżą fioletowe 102, 120 i zielony 703.
1Y i jesteśmy. 38 groszy, hehe.
Jeżdżenie z przewodnikiem popłaca.

W porcie skierowaliśmy swe kroki do oficjalnej, państwowej agencji handlującej biletami na rejsy. Rejs owszem, mieli, ale ponad 2000Y sobie za niego liczyli. W cenie zawarte były wszystkie wycieczki, na które wcale jednak nie miałyśmy ochoty, zwłaszcza po tym jak Pascal powiedział nam, że niewiele z nich jest coś wartych. Opcji zrezygnowania z wycieczek agencja państwowa jednak nie przewidywała.

Tu jednak w Chena wstąpił duch chińskiego kapitalisty: posadził nas w poczekalni (skąd rozpościerał się interesujący widok: był most i kolejka linowa dla pieszych, a kolejna kolejka podjeżdżała wprost pod nasze okno ) i poszedł się wywiedzieć w innych, pobliskich agencjach.

Czytaj więcej o "Dzień 5: Chongqing (重庆)"

trwały link do tego wpisu

czwartek
7
wrzesień'06

Dzień 4: W pociągu do Chongqing

7 wrzesień 2006, 20:02| | Komentarze (0)

Jedziemy do Chongqing. Wyspałam się, zjadłam, pograłam w karty, napisałam to, co czytacie. Wracam spać, już 13PM ;)

Nad ranem jacyś Chińczycy, chyba rodzina pode mną, zakosili mi kołdrę. Miałam śpiwór, ale kurde no, nie mają własnych? Na szczęście właśnie wstawałam, a teraz oni już wysiedli i kołdrę zwrócili.

Kosmos.

Walnę się i posłucham muzy z „Kingom Hearts”, bo mi się miło kojarzy z I-Housem i Japonią.

Do usłyszenia.

Update:

Nie mogę więcej spać. Muza leci jakaś smętna (.hack), cały czas myślę o I-Housie, przyjaciołach, którzy niedawno, choć wydaje się to jak wieki, wrócili już do swoich krajów, o miłym wrażeniu, jakie sprawiło mieszkanie Natalii (miałam półgodzinnego doła, gdy pedałowałyśmy z ostatnimi bagażami do Natalii, taka nasza road of no return) … na dodatek za oknem pada.

Tu w blogu-na-papierze wpisano (ręką Chena):
Shipinchen 013726261687

Poznany wczoraj przy okazji kupowania biletów leżących młody Chińczyk pojawił się dzisiaj w naszym wagonie kolejny raz, tym razem z chęcią pogadania dłużej.

Pogadalim, bo przecież rzadko ostatnio trafia się okazja do pogadania. Opowiedziałyśmy o planowanej trasie naszej wycieczki, co zainteresowało większą liczbę współpasażerów, więc raz my, raz Chen, musieliśmy coś powtarzać ponownie.
Rozmówki angielsko-chińskie zaliczyłyśmy.

Chen pojawił się trochę później ponownie, podarował przekąski (z kurczaka zrezygnowałyśmy z wiadomych przyczyn) i zaoferował pomoc w znalezieniu autobusy/statku i hotelu na jutro. Super!

On sam jedzie do Chongqing na miesiąc do swojego „student”, ale pracę zaczyna dopiero za 2 dni, w Chongqing nie ma co w ten wolny dzień zbytnio robić, więc chętnie pomoże.

Na pomoc zgodziłyśmy się chętnie, pomne wydarzeń z wczoraj.

Zjadłyśmy też po chińskim instancje, których od japońskich (instant) ramen smakuje jednak niebo lepiej. Wrzątek jest gratis, kranik jest na krańcu każdego wagonu.

Znowu przegrywam w 66. Dobranoc.

trwały link do tego wpisu

środa
6
wrzesień'06

Dzień 3: z Hong-Kongu do Guanghzou (广州)

6 wrzesień 2006, 20:02| | Komentarze (1)

M-chan zapomniała przestawić czas w komórce i w efekcie wstałyśmy o godzinę za wcześnie. No bywa.

Z hotelu poszłyśmy na odnalezione wczoraj miejsce autobusowe, gdzie kupiłyśmy sobie po bilecie do Guanghzou (czyt. Głandzo), z przesiadką na chińskiej granicy (80HK$ za osobę). Wcześniej uzbroiłyśmy się w wodę (10HK$) i Snickersa (to ja, 7HK$). M-chan w rezultacie aż do Guanghzou nic nie jadła 

Były potworne korki, więc zamiast 3 godzin jechaliśmy ponad 4 :/
Na granicy, zarówno tej HK-Shenzen, jak i Shenzen-ChRL, nie robiono nam żadnych problemów i b. sprawnie posłano dalej. Jeszcze w HK nalepiono na nas specjalne nalepki, by obsługa autobusowa mogła nas łatwo wyłapać i wsadzić do odpowiedniego autobusu (granicę przekracza się pieszo, po drugiej stronie czekają nowe autobusy).

Korek, a i późniejsze wysadzenie nas w miejscu dla nas mało korzystnym (Garden Hotel w Guanghzou) zmniejszało nasze szanse zdążenia na kolejne pociągi.

W Pascalu napisano, że najłatwiej na dworzec dotrzeć autobusem. Niestety, mimo 2 wielkich przystanków nasz autobus się tu nie zatrzymywał, a mimo najlepszych chęci spotkana po drodze Chinka nie była nam w stanie skutecznie pomóc.

Gdy skończyłyśmy inspekcję 2giego przystanku zaczepiła nas para angielskich turystów. Poradzili taksówkę, dali kwitek z kanji (w Pascalu napisano, że Wschodni Dworzec obsługuje wszystkie ważne dla turystów, długodystansowe połączenia, ale kanji na niego już nie podano…), który można bezstresowo pokazać taksówkarzowi i skończyło się na tym, że wzięłyśmy taksówkę. 17Y (juanów, 元) później byłyśmy na stacji: wielkiej i nowoczesnej, ale oznaczonej od czapy, więc potrwało, nim znalazłyśmy odpowiednią kasę biletową.

W kasie pani nas informuje, że bilety do Chongqing (czyt. Ciocin) (ponad 2000 km!) to nie tu, tylko na Dworcu Głównym, który wg Pascala obsługuje wyłącznie połączenia lokalne. Czad.

Zmęczone łapiemy kolejną taksówkę i jedziemy na Główny. Wokół remont, dworzec również w remoncie, masa bramek i płotów, więc trzeba nadrabiać drogi by dostać się w pobliże licznych wejść na dworzec. Odbiłyśmy się od jednego okienka, potem od lewego wejścia, gdzie nas skierowano (tam wpuszczają wyłącznie posiadaczy biletów). Ale policjant zagadał z jakimś nastolatkiem, który poprowadził nas odpowiednio, a potem próbował kupić z nami bilet. Niestety, niczym fala, kolejne okienka zamykano przed naszymi oczami, zaciągając zasłonki. Znak, że nie ma już biletów!

O zgrozo.

W ostatnim okienku były bilety, owszem, ale tylko siedzące. Guanghzou to drogie miasto, padałyśmy na twarz, więc szansa na znalezienie choćby przyzwoicie niedrogiego hotelu spadała znacznie, opóźniałyśmy się w ten sposób o 1 dzień…

Oczywiście, jak to w Chinach, biletu na jutro kupić nie można.
Można to zrobić dopiero … jutro.

Szybka decyzja i kupujemy biletu siedzące. Dowiadujemy się, że istnieje szansa ich upgradowania do sleepingu już u konduktora, więc nastraja nas to ździebko pozytywniej.
Mamy bilety w garści. To ostatni z dzisiejszych pociągów, odjeżdża o 20:50, mamy więc czas coś zjeść (KFC, set 18Y), odsapnąć w bezpiecznej atmosferze (lokal cały czas patroluje policjant) i zrobić zakupy jedzeniowe na najbliżej 32 godziny.

Kupujemy 2l wody, 4 instant zupy w kubkach, 3 opakowania ciastek (+/- 40Y), herbatę i zupki w proszku mamy. Nie mamy kubków, ale możemy improwizować w kubkach po instantach. Bardziej nas martwi brak pałeczek czy też innych sztućców, które w Japonii dają ci przy kasie. Tu ich nie ma. Robimy rundkę wokół pozostałych sklepów w okolicy: pałeczek nie sprzedają, za to kupujemy karty do gry (3Y). Idziemy do lewego wejścia, pokazujemy bilety i bez problemów znajdujemy poczekalnię naszego pociągu.

Na sali tłum, zakaz palenia jest regularnie ignorowany. Dostępna jest wrząca woda za darmo, norma, także w chińskich pociągach.
Wygrywam w wojnę w 40 minut, pod czujnym spojrzeniem siedzących w okolicy Chińczyków. Żeby im totalnie namieszać w głowach gramy jeszcze w Makao i co? I też wygrywam. Powodzenia w połapaniu się w zasadach, hehe.

Chińczycy, jeśli chodzi o tłoczenie się i przepychanie, to nasz bratni naród. Zajmujemy kluczowe pozycje i z nieudanym „Do Przodu Polsko!” pędzimy z tłumem na peron i do wagonu. Każdy wagon ma numerek i konduktora w drzwiach. Ten wpuszcza do wagonu tylko osoby z odpowiednią miejscówką, nie ma więc mowy o pielgrzymkach zagubionych, jak to ma miejsce w polskich pociągach.

Jako że Chińczycy mają walizki na kółkach, torby i toboły, w wyścigu nie mają z nami szans, jesteśmy w naszym wagonie nr 8 jako jedne z pierwszych, mamy więc gdzie rozłożyć bagaże.
Zdobycie miejsca na półce bagażowej to klucz do sukcesu w chińskich pociągach. Potem zaczyna się … wojna. Ludzie mają ogromne ilości bagażu: wagonowy (?) dwoi się i troi, by je wszystkie ułożyć w bezpieczne dla życia siedzących niżej ludzi piramidki.

Wagony są szerokie, pozbawione ścianek działowych: w jednym szeregu jest 5 miejsc w formacie 2 + 3. Miałyśmy to nieszczęście, że dostałyśmy miejsca środkowe i przy korytarzu, a że fotele w pociągach są całkowicie pozbawione poręczy i zagłówków (ot, taki pałąk o kącie 90°) to miałyśmy marne szanse na wyspanie się. Gdy ruszyliśmy rozpoczęłam jedną z wielu wędrówek w celu wywiedzenia się, jakie mamy szanse na zmianę biletu. Poznałam Chinkę, która bardzo dobrze mówiła po angielsku i która z chęcią zgodziła się pomóc.

Ludzie tutaj są b. uczynni, gadatliwi i pomocni, jednak większość mówi wyłącznie po chińsku. Na nasze skonfundowane spojrzenia i „I don’t speak chinese” otrzymujemy wyłącznie więcej słów po chińsku.
Swoją drogą to dobre miejsce do ćwiczenia konwersacji, jeśli ktoś choćby śladowo zna język. Mój chiński składa się z dziękuję (się-sie), wymeldować się (ciun-la) i pałeczki (ksiaci). Heh.
Na dodatek obie mamy problem z przestawieniem się na angielski, czego dowodem są liczne „sumimasen”, „arigatou” i „hai”. W Japonii zakodowało się nam w głowach, że po angielsku to można wyłącznie do białych twarzy … i teraz mamy efekty.

W wagonie 11 jest „office”. Powiedziano mi tam, żebym przyszła po 45 minutach, potem po godzinie, w końcu: nie ma, wszystko jest sprzedane, trzeba przyjść rano, ok. 6. No trudno.

Pojadając wafelki przysypiałyśmy w kombinacji: M-chan na kawałku stolika, ja na M-chan.
Regularnie przechodzący ludzie z wózkami jedzenia na ciepło \ owoców i przekąsek \ owocami \ gazetami \ wrzątkiem i pan wagonowy, który jak nie zamiatał to rozmazywał podłogę powodowały, że trochę nam zajęło przywyknięcie do tego hałasu i uśnięcie.
Jedyne, co było ciężkie do zniesienia to dym papierosowy.
W przedziale nie wolno palić, ale wolno to robić w przejściach na krańcach wagonów, gdzie są też WC i łazienki. A że drzwi są otwarte, to dym leci do środka :/

Nasz pociąg był „drogi”, miał Klimę. I tak jak doceniam klimatyzację, to ZIMNO panie jest, gdy zmęczona siedzisz bez ruchu, więc polecam wziąć bluzę lub dwie.

M-chan ustawiła budzik na 5:40, więc gdy nadeszła pora zabrałam moją Chinkę i poszłyśmy do wagonu 11. Była to pora jakiegoś dłuższego postoju, nabyłam (dopłaciłam +/- 110 i 115 Y) do biletów i mogłyśmy w końcu iść spać, mimo że już świtało.

Dotarcie do wagonu 16 trochę nam zajęło, ale na miejscu konduktorka pokazała nam co i jak i padłam na twarz.

Dobranoc!

Uwagi po:

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego w blogu-na-papierze nie wspominam o naszej sąsiadce z wagonu nr 8, b. miłej Chince, która charkała mi pod nogi z regularnością zegarka. Może wtedy szok ogólny powodował, że charkanie nie wydawało mi się tak obrzydliwe, jak wspominam je dziś. To samo dotyczy rzucania pustych opakowań po przekąskach wprost na podłogę. Nasza Chinka elegancko upychała je pod swoim siedzeniem, wciskając je między plastik i materiałowy pokrowiec.

Argh.

Chyba tego nie napisałam, ale z tego co pamiętam albo od razu miałyśmy miejsca przy oknie i środkowe, albo jakoś je z sąsiadami (byli większą grupą) wymieniłyśmy. Koniec końców miałyśmy dostęp do stoliczka, który rozciąga się między fotelami na długość 1,5 krzesła. Nie rozumiem, dlaczego tylko tyle, ale przynajmniej jednak osoba mogła go użyć za poduszkę.

Ogólnie podróż z HK do Chongqing był najbardziej masakryczną częścią wycieczki. Z leżącej w zupełniej innym świecie Japonii trafiłyśmy do środkowo-południowych Chin, biednych, rzadko odwiedzanych przez turystów. Można powiedzieć „prawdziwych Chin”. Teraz już by mnie to tak nie szokowało, ale wtedy entuzjazm wycieczkowiczów sięgnął dna.

Guanghzou występuje w polskiej literaturze jako Kanton. Do tej pory uważałam, że Kanton to prowincja, a tu taka niespodzianka.

trwały link do tego wpisu

środa
6
wrzesień'06

farming.....

6 wrzesień 2006, 13:02| | Komentarze (4)

I'm in internet cafe in Chongqing and guess what, I'm surrounded by Chinese Farmers!

Oh, yeah!

P.S. Couldn't add a Wikipedia link, since Wikipedia is either blocked here or simply doesn't work. Google it by yourselves ;d

trwały link do tego wpisu

środa
6
wrzesień'06

w Chongqing

6 wrzesień 2006, 12:12| | Komentarze (10)

Nie uwierzycie,ale juz jestesmy w Chongqing, zwanym piecem Chin.

GMail mnie zalogowal, ale natychmiast potem sie na mnie wypial i strona juz nie dziala. Nie wiem czy to urok ChRL czy moje szczescie.... szkoda, widzialam mase nowych maili :(

Update, juz jest ok. Nic nie forwardujcie, jest good, nawet ze Slawkiem pogadalam :)

Mialam napisac: Robcie forward na szulima na poczta.fm. ale poczta.fm TEZ nie chce mnie zalogowac - przy probie logowania pojawia sie

NIEPRAWIDŁOWY ADRES STRONY Nie znaleziono strony o podanym adresie. Adres wpisany do przeglądarki jest niepoprawny i nie odwołuje się do żadnego dokumentu na serwerze. Sprawdź poprawność adresu lub zajrzyj na stronę startową systemu bezpłatnych kont pocztowych.

Dupa blada.

A wracajac do Chin:

W Guanghzou jezdzilysmy jak glupie z jedej stacji kolejowej na druga, bo tak madrze to opisano w przewodniku. Bez chinskiego jest tu TRUDNO. Chinczycy staraja sie pomoc, ale coz z tego, jak wiekszosc bardzo marnie lub wcale nie mowi po angielsku :/

W koncu z pomoca kupilysmy bilety na ostatni pociag tego dnia, niestety, WSZYSTKO bylo juz wykupione, pozostaly nam miejsca siedzace. :/ Pani w okienku powiedziala, ze mozemy je zmienic na lezace juz w wagonie, jesli beda jakies wolne. Ryzykfizyk, na noclegu w Guanghzou bysmy pewnie zbankrutowaly, bo tu drogo, a i plan podrozy by nam sie obsunal. Kupilysmy.

Opisze wam cale doznanie jak juz bede miec czas przepisac mojego bloga-na-papierze, teraz tylko powiem, ze dopiero o 6 rano udalo nam sie bilety kupic na lezace i przespalysmy wiekszosc podrozy, w czasie snu na jawie gralysmy w karty.

Sleeping nie jest meczacy, dzis dojechalysmy o 6:50 i wybitnie genki jestesmy.

Pomaga nam poznany w pociagu Chinczyk: dzis o 20:00 rusza nasz statek (mamy pierwsza klase i 4 wejscia do zabytkow/pomniejsze wycieczki za 1300 RMB od osoby .... powiem tylko, ze szykowalysmy sie na 2500 od osoby :)

Jakie sa Chiny? Probowalam opisac to rodzinie, ale slabo mi szlo...

Chiny widziane z pociagu (przejechalysmy ponad 2000km) sa rolnicze, biedne ... domki jak z kartonu ... brudne. Ale sa autostrady i liczne wiadukty. Miasta sa koszmarami ze snu o rewolucji przemyslowej: wielkie, pelne smogu i spalin, z dziesiatkami i setkami gigantycznych wiezowcow. Ale nie myslcie o Wa-wie, raczej o centrum Kairu.

Chinczycy chca byc pomocni, chetnie by tez pogadali, ale tu przeszkoda jest bariera jezykowa. Ale z angielskim jest u nich lepiej niz u Japonczykow. Szkoda tylko, ze sa zupelnie na indyeidualnych turydtow nieprzygotowani .... rzadko gdzie jest info po angielsku.

Bylysmy JEDYNYMI barbarzyncami w pociagu (2 dni! my i Chinczycy ... a pociag byl dlugo, 20 wagonow mial), wiec teraz nie moge sie doczekac spotkania z jakimis Bialymi Twarzami. Hehe, co tez kraj z czlowiekiem robi....

Tu prosba. Jak macie jakies dodatkowe info ode mnie, to sie dzielcie. Ja sie nie rozdwoje, czasu mam tylko tyle ile mam, wiec jak ktos wie cos nowego, niech podesle innym / tu wklei albo co.

trwały link do tego wpisu

niedziela
3
wrzesień'06

Dzień 2: Hong Kong

3 wrzesień 2006, 23:07| | Komentarze (6)

Spałyśmy jak zabite do 10, ale po niecałej godzinie, gdy już się doprowadziłyśmy do stanu, byłyśmy gotowe do drogi.

Śniadanie w McDonaldsie nie jest złe, bo jest kawa (po za tym jest standardowo złe ;>), mogłyśmy tez zaobserwować różnice w kulturze spożywania fast-foodowych posiłków między Japonią a Hong Kongiem. W Japonii klient, przed opróżnieniem tacki segreguje śmieci, wlewając resztki napoju i lodu do specjalnego otworu, a plastiki oddzielając od kartonu i resztek jedzenia.

W Hong Kongu nie tylko nie ma segregacji, nie ma też zwyczaju odnoszenia tacek do kosza na śmieci. Po sali krążą zastępy pracowników których jedynym zadaniem jest sprzątanie po szacownych klientach.

Nie chcąc odstawać za bardzo, przykładnie zostawiłyśmy nasze tacki na stoliku...

W drogę...

Z Nathan Rd. jest już bardzo blisko do portu "Gwiezdnych Promów" (Star Ferry), które są jednym z "must see, must try" Hong Kongu i którymi planowałyśmy dostać się na Lantau. Jakiez było nasze zdziwienie, gdy od pani z okienka dowiedziałyśmy się, że na Lantau to i owszem, ale bezpośrednio z Kowloon (Tsim Sha Tsui) pływa tylko First Class Ferry, a jeżeli chcemy płynąć Star Ferry, to musimy popłynąć do Central (wyspa Hong Kong) i płynąć na Lantau stamtąd. Pokazała nam cennik: 5HK$ różnicy nie było warte marnowania czasu: kupiłyśmy bilet na Lantau (32HK$).

Drogo? Napewno według przewodnika Pascala, którym się posiłkowałyśmy. Niestety, zapomina on wspomnieć, że w niedzielę (czyli dziś) obowiązują specjalne ceny :]. Ech.
No nic.

Lantau

Popłynęłyśmy na Lantau (30-40 min), a tam wsiadłyśmy w autobus (25$) do Ngon Ping, gdzie znajduje się budda i świątynia. Podróż krętymi drogami trwa około godziny, a buddę widać już z daleka.

Nie wydaje się być tak duży jak budda z Kamakury (patrz: Kamakura po raz pierwszy, Kamakura Bus Trip, czyli Kamakura po raz drugi), ale urody mu odmówić nie można.

Kupiłyśmy wejściówki (nie "meal ticket", te za 23$) i wdrapałyśmy się po 260 stopniach pod sam nos Oświeconego. Z wysoka było widać cały kompleks świątynny Po Lin, zatokę, a nawet stację pobliskiej kolejki linowej.

Budda na wyspie Lantau

Hong Kong, Lantau

Widok spod buddy

Hong Kong, Lantau

Nie wiem jak nazywają się ci mniejsi, ktorzy wielbią Buddę, ale to jeden z nich:

Hong Kong: Lantau: Buddha

Budda z dołu. I duuuużo schodków.

Hong Kong: Lantau: Buddha

Gdy jednak zeszłyśmy do świątyni, pogoda nagle zrobiła się nieprzyjazna turystom: zerwał się potworny wiatr i nadgonił chmury, w rezultacie budda zniknął nam z oczu. Dobrze, że już wypstrykałyśmy nasz limit zdjęć na niego ;)

Świątynia Po Lin na Lantau:

Hong Kong: Lantau: Buddha

Budda ze świątyni na Lantau:

Hong Kong: Lantau: Buddha

Uuuu, pogoda się psuje.

Hong Kong: Lantau: Buddha

Świątynia cd

Hong Kong: Lantau: Budda
Hong Kong: Lantau: Budda
Świątynia Po Lin
Świątynia Po Lin

Hong Kong

Obejrzałyśmy świątynię i można było wracać, tym razem jednak popłynęłyśmy promem na wyspę Hong Kong (32 HK$). Gdyby umieścić centrum Nowego Jorku na BARDZO małej wyspie, to można by uzyskać tanią imitację Hong Kongu. 50-60 piętrowe wieżowce, unoszące się nad autostradami przejścia dla pieszych, dwupiętrowe tramwaje i dwupiętrowe autobusy... Ciężko to opisać, cała wyspa to jak jedno wielkie londyńskie City.

Hong Kong
Hong Kong
Hong Kong
Hong Kong

Przy okazji zaobserwowałyśmy ciekawe zjawisko. Otóż każdą wolna przestrzeń placów i obszarów około-placowych, ale też przejścia podziemne zalegały grupki kobiet w różnym wieku. Wiele grało w karty, część plotkowała, ale były też grupki śpiące, jedzące, tańczące. Jeśli było to spotkanie rodzinne, to nie obejmowało ono rodzaju męskiego.

Niedziela w Hong Kongu: yikes

niedzila w Hong Kongu

Nie byłyśmy skłonne zapłacić za wjazd na szczyt budynku Bank of China (a i widoczność była nieszczególna), zadowoliłyśmy się więc spacerem po okolicy: katedra, park i ... krowy!

Krowia Parada

Krowia Parada, to nic, że pożyczona z Krowiej Parady 2004 w Pradze, oblegała okolice Banku Chin. Zrobiłyśmy kilka zdjęć, a ze znalezioną (i całkiem przystojną, pozwolę sobie dodać) polską krowa zrobiłyśmy sobie nawet zdjęcie grupowe ^_^

Cow Parade
Cow Parade
Cow Parade
Cow Parade
Cow Parade
Cow Parade

Teraz Polska

moi, M-chan i krowa dobra, bo polska

W końcu wrociłyśmy do portu i za szalone 1,7HK$ przedostałyśmy się na stały lad, do Kowloon.

Star Ferry

Hong Kong's Star Ferry

Widok na wyspę Hong Kong

Hong Kong

Kowloon

Spacer był wielce interesujący, a szok związany z wejściem do pierwszego 7/11 ogromny x_X W środku była palarnia połączona z pijalnia piwa, a półki były pustawe i zupełnie nam się to nie skojarzyło z przyjaznymi, japońskimi combini. To się nazywa różnica kulturowa.

Kowloon, pętla autobusowa, port i widok na Hong Kong

Kowloon

Właściciel hostelu podał nam metodę na dotarcie do Guaghzou, poszłyśmy więc sprawdzić, czy jego instrukcja jest słuszna. Zabłądziłyśmy tylko raz :)

Wyprzedaż w jednym z mijanych sklepów: otwarta wojna.

One SALE and a whole street went crazy...

Na obiad zafundowałyśmy sobie Pizza Hut (85HK$ z obsługą) i można było wracać, domyć się (później nie będzie gdzie ;d) i spać.

Wkręt na koniec

PS. Tu w blogu-na-papierze jest dopisek:
Wyjechać Jon'owi za nienauczenie mnie "gry w kciuka".

Waaaagh!

trwały link do tego wpisu

niedziela
3
wrzesień'06

dzien 2: Hong Kong

3 wrzesień 2006, 20:57| | Komentarze (7)

Jestemy w Hong Kongu. Spalysmy jak susly, ale udalo nam sie zebrac i poplynac na Lantau, zobaczyc Wielkiego Budde. Nazw swiatyn wam nie podam, bo sa typowo chinskie: duzo spolglosek i gdzieniegdzie spacje :]

Jutro rano wybywamy z Traveller's Hostel (polecam!) i jedziemy autobusem do Guanghzou, a stamtad juz bez przerwy, 30-kilka godzin do Chongqing. Dzis bezskutecznie probowalysmy kupic tanie karty do gry, ale nasza i tubylcza definicja slowa "tanio" sa rozbiezne.

No nic, muza i blog-on-paper beda musialy wystarczyc.

Odezwe sie, kiedy sie odezwe. Pozdr z Chin!

trwały link do tego wpisu

sobota
2
wrzesień'06

1 dzien: Narita - Hong Kong, ladowanie na wyspie

2 wrzesień 2006, 23:57| | Komentarze (1)

Lot byl opozniony bodajze 35 minut, ale nadrobilismy w powietrzu i o dziwo, bylismy w Hong KOngu o czasie. Pierwszy raz w zyciu lecialam najwiekszym Boeingiem we flocie Northwest Airlines, przyjmujacym na poklad ponad 400 pasazerow 747-400 (moglam pomylic numer, kiedys sie poprawi ;d).

Jedzenie bylo zjadliwe a wszystkie informacje zarowno po angielsku, jak i po chinsku, nie ma na co narzekac.

W Hong Kongu jest WILGOTNO. Bueeeee. I spotyka nas to teraz, gdy pogoda w Japonii wlasnie zaczynala sie poprawiac :] Ech.

Hostel znalazlysmy bez problemow, informacja turystyczna dziala tu bez zarzutu.

Wiecej przy kolejnej okazji. Pap.

trwały link do tego wpisu

sobota
2
wrzesień'06

Dzień 1: Narita, Japonia - Hong Kong

2 wrzesień 2006, 23:07| | Komentarze (0)

Na lotnisku bez przeszkód, ale wcześniej nieudana próba anulowania umowy z operatorem komórkowym (AU). Czekałyśmy w Kita Urawa GODZINĘ i nic, pani nie była w stanie zliczyć nam rachunków.

Te udało nam się jednak zabrac ze sobą i anulować komórki w ciągu 15 minut na lotnisku Narita. Trochę głupio w sumie wyszło, bo mogłybyśmy je trzymać do końca września i pewnie zapłaciłybyśmy tyle samo. Ale miałyśmy już dosyć jazd ze zrwyanieiem umowy, a w perspektywie niewiele czasu wolnego po powrocie z Chin, więc w sumie może i dobrze się stało.

Moi na lotnisku:

moi na lotnisku Narita

5000 jenów później przespacerowałyśmy się po Narita, zjadłyśmy posiłek mistrzów (海老フィレト,hehehe) i niespiesznie ruszyłysmy do gate`a. Lot już od 3 godzin oznaczony był jako "Opóźniony": zamiast 18:30 start zaplanowano do 18:45.

Piszę w samolocie: idzie ciężko, bo straszne turbulencje.

Miałyśmy się na własnej skórze przekonać, co oznaczają nowe przepisy bezpieczeństwa (obowiązuje tylko na lotach liniami amerykańskimi i lotach do USA, ale my leciałyśmy amerykańskim Northwest :] ): poza standardowym prześwietleniem bagażu przed check-in'em i kontroli przy wkraczaniu do strefy pasażerskiej (prześwietlenie rzeczy osobistych, bramki, wykrywacze metalu) czekało nas jeszcze przeszukanie bagażu podręcznego już w gate-room`ie. Kosmos.

Wcześniej chciałam jeszcze wspomnieć, że gaijin-karta, przy tymczasowym opuszczaniu terytorium Japonii przysparza więcej problemów nić korzyści: tylko posiadacze "Re-entry permit" (Zezwolenia na powtórne przekroczenie granicy) muszą przed spotkaniem z oficerem imigracyjnym wypełnić papierek.

Papierek jest na tyle podchwytliwy, że ja wypełniałam go dwa, a M-chan aż trzy razy :] ;>

Już na pokładzie okazało się, że to, co uznałyśmy miejsca w tym samym rzędzie, ale nie obok siebie (bodajże H i K), to para foteli na krańcu samolotu. W tym miejscu gigantyczny (ponad 400 pasażerów, 2 pokład , zasuwa 900km/h) Boeing 747-400 się zwęża i w rezultacie zamiast rozkładu siedzeń w standardowym dla tego samolotu rozkładzie 3-4-3 , czekała na nas "dwójka" z 2-4-2 ^)^. Bardzo przyjazne miejsca, nie powiem, i na nogi, i nawet na bagaż miejsca jest więcej (bo dzielimy 6-ścio osobowy locker tylko z dwiema innymi osobami).

Ale strasznie trzęsie w tym samolocie...
Idę się zdrzemnąć. W Hong Kongu podobno ciepło i siumpi.

później ...

Out of order

out of order

Miej się na baczności!

Hong Kong airport toilet: BEWARE

O dziwo, dolecieliśmy o czasie. Odebrałyśmy więc nasze niewielkie bagaże, wymieniłyśmy trochę pieniędzy i autobusem A21 (33HK$, trzeba mieć odliczoną kwotę albo kupić bilet w kasie, może być też ośmiorniczka - tutejszy odpowiednik Karty Miejskiej ;> ) pojechałyśmy do Kowloon. Podróż z wyspy Lantau, gdzie jest lotnisko, na kontynent, trwa około godziny. Z 14-stego przystanku autobusu A21 jest do Chunking Mansions bardzo blisko.

W środku kosmos: 16 pięter , dwie ośmio osobowe windy (do obu kolejki) i banda hotelowych naganiaczy. W końcu dopchałyśmy się do prawej windy, która jednak, w odróżnieniu od lewej, dojeżdża tylko na 15 piętro. Ostatnie pokonałyśmy więc tradycyjnie, po schodach.

Całe 16 piętro to "Traveller's hostel". Jest tu kawiarenka internetowa (10HK$/1h), TV, łazienki, kuchnia i szereg pokoi :). Jako że pora była już dość późna, jeden z gości zadzwonił po właściciela, który pojawił się ubrany w ..... ręcznik ^_^, potwierdził rezerwację, a że nie było już miejsc w dormitory, umieścił nas w 2-osobowej "celi", jak to określiła M-chan.

Piętrowe łóżko, metalowe biurko i krzesło oraz wąska przestrzeń podłogi: ale to i tak lepiej niż łóżko w sali grupowej. Właściciel powiedział, żebyśmy formalności załatwili jutro, na co chętnie przystałyśmy, bo zmęczone byłyśmy okrutnie.

PS. Może dla kogoś dojazd autobusem A21 wydaje się szczytem burżujstwa, ale pani w informacji powiedziała, że wersja z autobusem S1 (bilet za 1,5$) i przesiadkami w metrze (MTR) - zachwalana jako najtańsza - jest tańsza o 10$, ale jest dłuższa i trudniejsza logistycznie. Nic więc dziwnego, że zdecydowałyśmy się na A21.

trwały link do tego wpisu

piątek
1
wrzesień'06

plan wycieczki

1 wrzesień 2006, 7:19| | Komentarze (10)

(wersja 2.0, poprawiona i rozszerzona)

mapa chin

2.09przylot do Hong Kongu: 22:40, z Lantau na kontynent, hotel na Kowloon
3.09dzień w Hong Kongu, pewnie budda na Lantau
4.09do Chin! z HK do Guangzhou, stamtąd DŁUGA jazda do Chongqing
5.09nadal w pociągu
6.09Chongqing osiągnięte, nocleg
7.09spływ Jangcy
8.09spływ Jangcy
9.09spływ Jangcy do Yichang, stamtąd pociągiem do Xi'an
10.09od rana w Xi'an, nocleg
11.09po południu wsiadamy w pociąg do Datong
12.09rano jeseśmy w Datong, zwiedzamy, przed północą wsiadamy w pocią do Pekinu
13.09Pekin zdobyty! nocleg
14.09Pekin, pewnie Wielki Mur
15.09Pekin
16.09rano z Pekinu pociągiem do Huangshan (Żółte Góry)
17.09Huangshan, wieczorem wsiadamy w pociąg do Szanghaju
18.09rano jesteśmy w Szanghaju, nocleg
19.09tu mamy dwie wersje: jeśli starczy pieniędzy to zostajemy w Szanghaju, do Hong Kongu wrócimy samolotem 20.09; a 19 spędzimy na zwiedzaniu okolic Szanghaju.
Przy braku forsy wsiadamy w pociąg i spędzimy 2 doby w pociągu.
20.09w samolocie, względnie nadal w pociągu
21.09wylot do Japonii o 8 rano

Mapę przygotowała M-chan.

trwały link do tego wpisu

wtorek
8
sierpień'06

A więc Hongkong!

8 sierpień 2006, 19:20| | Komentarze (4)

Wybaczcie brak wpisów, ale od kiedy skończyły nam się zajęcia, jestem potwornie zajęta. Cały piątek pakowałam moje nagromadzone przez te ostatnie miesiące skarby i ze zdziwieniem odkryłam, że 3 paczki (po 20kg każda) to jednak będzie za mało. Same podręczniki do japońskiego wraz z notatkami z zajęć to 20kg!

No nic, jakoś zdzierżę.

Od soboty zajmujemy się z M-chan głównie Chinami: w sobotę byłyśmy w Shinjuku, gdzie kupiłyśmy bilety do Hongkongu (wraz z opłatami i podatkiem to 3i pół mana od osoby). Wylot mamy 2 września, do Japoni wracamy 21 września.

Potem pozostało opracowanie trasy, zarezerwowanie czego się da online (tak podobno jest najtaniej) i zdobycie wizy do Chin.

Tym ostatnim zajęłyśmy się w poniedziałek, jadąc z rana do Sześciu Drzewek (六本木, Roppongi), gdzie znajduje się Ambasada Chińskiej Republiki Ludowej. Wcześniej, w drodze do Minami Yono, zrobiłyśmy sobie odpowiednie zdjęcia w automacie: do podania o wizę trza dołączyć jedno, mamy więc po 5 sztuk 'ekstra'.

Na miejscu okazało się, że zdjęcia można równie dobrze zrobić w konsulacie, gdzie są też maszyny xero. Zabrałyśmy ze sobą też xerokopie rezerwacji biletu, gdyż tak napisano na stronie ambasady. Okazały się zupełnie nie przydatne, pani w okienku zażądała jedynie wypełnionego formularza (zrobiłyśmy to na miejscu) ze zdjęciem i paszportu.

Pani w okienku była lekko zdziwiona różnicą w wyglądzie naszych paszportów: ja mam ten "średnio-stary", zielony, a M-chan już ten nowy, czerwony, ale po wyjaśnieniu przyjęła oba i dała nam w zamian kwitek. Wniosek będzie rozpatrzony za dwa dni (sprawnie, zwłaszcza gdy patrzy się na tłumy w konsulacie), wtedy też będziemy musiały zapłacić za wizę (3000 jenów za sztukę).

Pochodziłyśmy po Roppongi w POTWORNYM upale (wysoka wilgotność, 40 stopni, tragedia), a w drodze powrotnej zahaczyłyśmy jeszcze o Kinokunya w Shinjuku, gdzie M-chan uzupełniała swoją kolekcję podręczników do japońskiego. I tyle - z radością wróciłam do akademika, gdzie czekało jedzenie, klimatyzacja i seans "24".

Cały czas szukamy tanich hoteli w miejscowościach, w których chcemy się zatrzymać, ale 15 yuanów - liczba podana przez koleżankę M-chan - wydają się fikcją :/
Do tej pory nie znalazłam miejsca, w którym można zarezerwować bilety w rozsądnych cenach na rejs Jangcy, ale i tu nie tracę nadziei :)

Planowana trasa podróży na dzień dzisiejszy (wersja alfa) to Honkong - Guangzhou - Choingqing - spływ Jangcy do Yichang - Xi'an - Datong - Pekin - Żółte Góry - Szanghaj - i powrót do Hongongu, gdzie będziemy pewnie nocować, bo samolot powrotny mamy o 8 rano.
Chiny to wielki kraj, nie do uniknięcia będą wiec wielogodzinne podróże pociągiem, ale chyba warto :)

Pocieszające jest to, że poza Hongkongiem Chiny nie są drogie (porównałam ceny przejazdów tu a w Chinach - szok!), więc zawsze możemy się ratować droższym biletem kolejowym czy hotelem.

Przeczytałam dziś naprawdę sporo przewodnika (dzielimy się z M-chan jednym), wygooglałam co się dało, już mi trochę mózg zlasowało (robię to przez cały dzień, a wstałam wcześnie. Chyba czas na przerwę :)

I jeszcze jedno: dziś jest piękna pogoda. Piękna, to jest:

Jak to się człowiekowi zmieniają gusta pogodowe po pobycie na tej planecie....

Minusem zmiany pogody jest wstrzymanie wycieczki na górę Fuji. Chcemy iść nocą, by rano podziwiać wschód słońca ze szczytu. Niestety, pochmurna pogoda pozbawiłaby nas tej przyjemności, a deszcz uczynił wspinaczkę (5 godzin marszu) dosyć męczącą, z wycieczką czekamy więc na poprawę pogody.
Ale pójdziemy!

Zdjęć dziś nie będzie, mimo że napstrykałam ich sporo, bo sił mi brak, by je przejrzeć i wrzucić. Może jutro.
Pap.

trwały link do tego wpisu