piątek
9
styczeń'15

dzień ostatni - Sajgon (HCMC)

9 styczeń 2015, 9:29| | Komentarze (0)

Wieczorem lecimy do Abu Dhabi. Mam nadzieję, że z programu rozrywkowego nie zniknęły jeszcze filmy świąteczne. Święta bez Kevina to nie święta.

Plany na dziś: kawa, kawa, kokosek, ramen i japońskie dobra.

To ostatnie godziny, trzeba korzystać. (Siooorb kawę z Higlands Coffee)

trwały link do tego wpisu

czwartek
8
styczeń'15

dzień przedostatni - do Sajgonu

8 styczeń 2015, 13:01| | Komentarze (0)

Jesteśmy w Ha Tien. Z Kampot ruszyliśmy ze sporym poślizgiem, ale w dobrym towarzystwie.
Na wietnamskiej granicy zostaliśmy wszyscy zmuszeni na zapłacenia 1$ za kontrolę zdrowotną (health check). Kontrola polegała na wpisaniu czegokolwiek w wybrane pola żółtego formularza a następnie mierzeniu temperatury, która podejrzanie u wszystkich wyniosła tyle samo: 36,5 stopnia. Osom.

1 skandalicznie wyłudzony dolar. Scam jak nic.

W Hatien kilkudziesięciominutowa przesiadka, ale nowy van również nie jedzie do HCMC. Ten jedzie tylko gdzieś. W gdzieś (stacja autobusowa, inne miasto, nie wiadomo) czeka kolejny autobus. Fan fan fan

trwały link do tego wpisu

środa
7
styczeń'15

dzień kolejny +3 - Phnom Chnnork, pola solne i znowu Kep

7 styczeń 2015, 22:25| | Komentarze (0)

Plan na dzisiaj zakładał odwiedzenie świątyni w jaskni, Phnom Chnnork. Zbudowana z ciegieł w 7 wieku (na długo przed Angkhor Wat!) zachowała się w świetnym stanie tylko dlatego, że chroniła ją jasknia. Inne ceglane budowle z tego okresu, te zbudowane na otwartej powierzechni, nawet jeżeli przetrwały, to najczęściej w szczątkowym stanie albo jako malownicze stosy cegieł.

Jechałyśmy kierując się GPSem i mapami Google, które są troche zbyt nowoczesne dla kambodżańskiej infrastruktury: niektóre wąskie ścieżki są na mapach oznaczone grubą linią podczas gdy kilka całkiem równym i szerokich traktów na mapach zupełnue nie występuje.
To nic. Pojechałysmy za daleko (prawie do tzw. Tajnego Jeziora) i musiałyśmy nadrabiać skrótem, ale to nic, droga była bardzo malownicza i można było odnieść wrażenie, że niektórzy mijani miekszańcy nigdy nie widzieli takiego dziwa, jak gaijin na skuterze :)

Kilkukrotnie w ciągu dnia musiałyśmy przecinać ichnią linię kolejową.
Przejazd oznaczony jest zawsze cudnym znakiem z parowozem, a my przejeżdzamy z zachowaniem wszelkich europejskich zasad bezpieczeństwa. Warto tu wyjaśnić, że kambodżańskie pociągi to dobro rzadkie (w życiu żadnego nie widziałam, nawet na stacji) i pędzą 20km/h. Ale zasady to zasady.

Phnom Chnnork

Sukces, dojechałyśmy. Z równiny wyłania się zporej wielkości wzgórze i to jest właśnie to.
Droga dojazdowa to trakt wzdłuż kanału nawadniającego, ale nawet nie jest zbyt wyboisty. Na miejscu jest parking dla motorków. W cieniu! Nawet nie wiecie, jaki to ból, usadzić cztery litery na siodełku skuteru, który 20 minut stał w tutejszym słońcu.
W okolicy jest nawet murowana toaleta, pewnikiem postawiona z myślą o turystach.

Na miejscu jest parkingowy, a wbrew temu, co przeczytałyśmy, kłębiące się wokół dzieci nie są namolne i można nie korzystać z ich usług. Ale skorzystałyśmy :)

Do jaskni trzeba się wspiąć po ponad 200 stopniach - z punktu widokowego jest ładny widok na całą równinę. Sama jaskinia to wielki, ziejący otwór, do którego się schodi.
Świątyni jest zaraz orzy wejściu, dociera do niej nawet część światła słonecznego, ale i tak latarka się przyda: w środku jest ciemno. Przewodnik ma swoją, ale wzięłysmy też swoją.
Linga w świątyni to stalagmit :)

Zdjęcia będą głównie z telefonu M-chana, jak już je uzyskam. Ciemno tam, a aparat w Ajfonie 5 rządzi.

Gdy już obejrzałyśmy świątynkę przewodnik zapytał, czy chcemy zejść ze wzgórza jaskiniami. Chciałyśmy.
Wymagało to przeciskania się przez skałki i dosyć karkołomnego zeskoczenia z wysokiej ścianki, ale warto było. Wyszłam zlana potem, bynajmniej nie z gorąca :)

Dla tych, którzy nie zdecydowali się na wędrówkę jasknią pozostawało ponowne przebycie 200 stopni i nieobejrzenie nietoperzy.

Wyjaśniono nam, jak traktem przy kanale dojechać do tzw. Tajnego Jeziora, więc wyprowadziłysmy skutery z cienia i ruszyłyśmy. Udało nam się przejechać odpowiedni skręt, ale tylko o kilkaset metrów - zawróciłyśmy.

Tajne Jezioro

W końcu dotarłysmy do jeziora. Jezioro jest bytem całkowicie sztucznym, efektem prowadzonych tam przez Czerwonych Khmerów robot przymusowych. Po wykopaniu odpowiedniej liczby kanałów i postawieniu tamy jezioro samo się zrobiło.
Nazywane jest Tajnym Jeziorem w ramach spiskowej teorii dziejów: Czerwoni Khmerzy chcieli mieć tamę, jezioro było jej naturalnym następstwem, a "tajność" miała polegać na wymordowaniu i pochowaniu w okolicy tamy tych, którzy ją budowali. Wedle tej samej opowieści rybacy jeszcze długo później wyciągali w sieciach ludzkie szczątki.

Opowieść wydaje się wiele nieprawdopodobna, ale jedno jest pewne, przy budowie tamy umarło bardzo wielu ludzi.

Jezioro naprawdę robi wrażenie, jest bardzo duże, otoczone z każdej strony wzgórzem, na jego powierzchni odbija się cała okoliczna zieleń.

W miejscu, przy którym wyjechałyśmy, były bambusowe dachy i podesty dla turystów, ale zajęty był tylko jeden: spał w nim pies. Pewnie to miejsce est znacznie bardziej popularne wśród Khmerów niż zagranicznych turystów.

Usiłowałyśmy objechać jezioro wokół, ale poległyśmy.
W pewnym momencie główna droga (pylista, ale w miarę równa) odbija w lewo, a obiecująca droga w prawo kończy się parą robotników murujących nową bramę. Będzie brama, będzie droga, ale jeszcze nie teraz. Pojechałyśmy ścieżynką, ale okazała się być ślepym zaułkiem. Ścieżka miała 15 centymetrów szerokości, nawet rowerem trzeba by na niej uważać. Pokonałyśmy oba wykroty przejeżdżając po położonych tam deskach (wąskich deskach! aaa) tylko po to, by dowiedzieć się że to ślepy zaułek i możemy te deski pokonać jeszcze raz. Wypas, tym razem nawet nie zdejmowałam nogi z gazu. Tzn ręki. To taka przenośnia :)

Jako że wedle GPSa i rzeczywistości byłyśmy już blisko drogi N33 do Kep, to pojechałyśmy do Kep.

Była tam mrożona kawa ze słodkim mlekiem, lody (ale jakie!), informacja turystyczna (nie przydała nam się, ale próbowałyśmy) i ponownie Targ Krabowy.
Poczęstowali nas tam okropnie wysokimi cenami, ale zjadłyśmy 2 duże kalmary i cały patyk dużych krewetek :) (10$, skandal)

Dziś jest pochmurniej, słońce tak nie praży jak wczoraj. To idealna pogoda na plażowanie dla tubylców. Na plaży w Kep była ich masa i żadnych gaijinów. Dla gaijinów zbyt mało słońca na plażowanie :)))

Z planu dnia pozostała nam farma pieprzu (w końcu nie dotarłyśmy) i pola solne. Farmy szukałyśmy wg instrukcji z punktu informacji turystycznej w Kep i nie znalazłyśmy. Lokalsi nic nie wiedzieli, choć miałyśmy karteczkę z napisanym po khmersku "farma pieprzu". Nic to.

Pola solne znalazły się same, wystarczyło pół kilometra od Kampot (w kierunku na Kep) skręcić w prawo i były.

Wyglądały jak pola ryżowe, tyle że zamiast ryżu hodowali tam sól. Ciągnęły się po horyzont.
Obfotografowałam grupkę kobiet, która równomiernie ubijała ziemię w suchym basenie solnym - równo, w dwóch rzędach, szły i ubijały. Wypas.
Był też człowiek, który wyrównywał wodę, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Potem dowiedziałam się, że w ten sposób wyrównują zasolenie basenu. Bardzo fotogenicznie im to wychodzi.

Wyjazd z pól solnych wypadał na przedmieściach Kampot, do naszych okolic nie było daleko.
Ostatni punkt programu był już w mieście, na drugim końcu Nowego Mostu. Nowy Most nie jest tak malowniczy jak Stary Most, ale też nie ma dziur szerokości opony i mogą nim jeździć samochody. Stabilny jest i wzbudza zaufanie.

Po drugiej stronie Nowego Mostu jest Farmlink, sortowania pieprzu.

Można tam obejrzeć suszenie pieprzu, zwiedzić przykładową uprawę i posłuchać o pieprzu. Wychodzi się z wiedzą na poziomie doktoratu :)

Obejrzałyśmy suszenie pieprzu - teraz jest sezon na "long pepper" (pieprz długi), przedziwny pieprz, który wygląda jak długa szyszka, pachnie owocowo, ale smakuje jak pieprz :)

Obejrzałyśmy sortownię, gdzie za długim stołem RĘCZNIE grupa kobiet oddzielała pieprz pierwszego gatunku od reszty. Miały do tego pęsety. Kosmos. Pieprz był czarny.
Wg przewodniki 80% pieprzu to pieprz pierwszego gatunku. Jeżeli jakaś partia pieprzu jest niższej jakości, to Farmlink kontaktuje się z farmerem, od którego kupiono pieprz (każda sortowana tacka ma numer partii pozwalający jednoznacznie zidentyfikować nie tylko farmę, z której pieprz pochodzi, ale i datę jego zebrania).
Pieprz gorszy: mniejszy, nieidealnie czarny jest sprzedawany do restauracji i hoteli. Pieprz pierwszego gatunku jest głównie eksportowany do Francji i Niemiec. Ciekawe ile tam kosztuje paczka pieprzu z Kampot?

Próbowałyśmy białego, czerwonego i czarnego pieprzu oraz świeżo poznanego długiego pieprzu. Na otarcie łez była lokalna sól (z pól solnych), a na koniec cukier palmowy. Poprosiłam o dokładkę .... cukru.

Wizyta była bardzo ciekawa, a na koniec można jeszcze było nabyć ciasteczko z czerwonym pieprzem. Zjadłam na miejscu, więc na prezenty nie ma szans. Pyszne było.

Wróciłyśmy Starym Mostem, bo już wiemy, gdzie są dziury, a co Stary Most, to Stary Most.

Zahaczyłyśmy o Tiny Pillows (przy rondzie z pomnikiem 2000), sklep z pamiątkami specjalizujący się w małych poduszkach :)

I tyle. Pozostało oddać skutery (prawie cały bak paliwa dziś poszedł!) i zmyć siebie legendarny czerwony pył. Z ubrać pył czasem schodzi.... spróbuję wziąć z nim rozwód w Polsce :)

duriany

Gdy wieczorem wyszłyśmy napić się czegoś owocowego (daleko nie było, na przeciwko hostelu) wyjaśniło się, dlaczego nie potrafimy zlokalizować durianów, z których słynie Kampot i które chciałyśmy zjeść.
Otóż to nie jest sezon na duriany. Duriany z Kampot pojawiają się na targu w kwietniu i maju. Teraz to nie jest sezon na lokalne duriany. Te, które są czasem w sprzedaży (jakieś niewidome jesteśmy? węch nam się popsuł?) to duriany importowane z Tajlandii. Podobno pachną ("pachną" hehe) inaczej od khmerskich, oczywiście gorzej.

Okazało się też, że Kambodża ma do zaoferowania znacznie więcej owoców, niż nam się śniło, ale większość jest dostępna na koniec pory suchej (marzec-kwiecień). Dotyczy to na przykład mangosteen (mangostan), zachwalanego pod niebiosa. Damn.

to już jest koniec...

To już prawie koniec. Rano mamy autobus do HCMC. 9 godzin , z tego większość to podróż przez deltę Mekongu. Sprawdzimy na własnej skórze jakość tamtejszych dróg, opisywanych nam wcześniej jako koszmarne.

Spędziłam w Kambodży miesiąc i muszę tu znowu wrócić. Co za miejsce.

trwały link do tego wpisu

wtorek
6
styczeń'15

dzień kolejny +2 - Kep

6 styczeń 2015, 20:23| | Komentarze (0)

Kep-sur-mer (khmerskie Keab) było kolonialnym Sopotem. Potem Francuzi odeszli, potem pojawili się Czerwoni Khmerzy, a na koniec powracająca do Kep lokalna ludność zdewastowała, co pozostało z dziesiątek francuskich willi.

Kep powoli odzyskuje dawny blask, ale raczej za sprawą klimatu i jedzenie niż remontów zabytkowych willi. Te na początku lat 90-tych w większości trafiły w ręce wojskowych spekulantów i teraz niszczeją podczas gdy ich właściciel czeka, by w odpowiednim momencie sprzedać je za dużą kwotę.

Tylko kilka willi zostało odrestaurowanych. Powstaje też bulwar wzdłuż linii brzegowej, na razie jest go niewiele (< 1 km) i jest jednokierunkowy, ale tym ostatnim żaden motocyklista się nie przejmuje, z niżej podpisaną włącznie.

Kep słynie ze swojego łagodnego klimatu, spokojnego morza (ale już nie ze złotych plaż. Złoty piasek na głównej plaży Kep jest co tydzień przywożony z plaży Otres w Sihanoukville) i świeżych owoców morza.

Krabi Targ

Targ Krabowy jest nie do przegapienia: skupisko stoisk, grille, a następnie rząd restauracji. Mmhmmm.
Zaparkowałyśmy gdzie opadnie (cienia nie było) i poszłyśmy zwiedzać. Zwiedziłyśmy kalmara z grilla (M-chan wgryzła się w niego zbyt ambitnie i w efekcie już do końca dnia występowała w koszulce pochlapanej atramentem :) Brawo.) i cały patyk krewetek z grilla (podawanych ze świeżo wyciśniętą limonką i całą masą pieprzu). To było wielce pouczające zwiedzanie.

Kep, Cambodia

Kep, Cambodia

Klasycznie lepsze zdjęcia będą, jak je zrzucę z aparatu czyli nie teraz.

Na targu można też nabyć słodycze Cham (Cham to muzułmańska mniejszość mieszkająca zarówno w Kambodży, jak i Wietnamie. Swego czasu królestwo Cham było potęgą i zagrażało nawet królestwu Angkor). Były dobre, klasycznie zawierały mleko kokosowe, ale były też trochę za tłuste jak nasz gust.
Słodycze, które kilka lat temu jadłyśmy w wiosce Cham w Wietnamie były znacznie lepsze.

Na targu, poza konsumpcją, odbywa się regularny handel świeżymi owocami morza. Są przedziwne ryby (np. płaszczki, które rąbie się tasakiem i takie fragmenty w całości grilluje), różne krewetki no i oczywiście kraby.

Cenę krabów się negocjuje. Zawiera także opcję natychmiastowego przyrządzenia krabów na grillu, jeśli klient sobie życzy.
Kraby przed grillowaniem mają cudne, błękitne odnóża. Po grillowaniu są czerwone i bardzo smaczne.

Wzmocnione przegryzką dotarłyśmy na plażę w Kep, tę pełną importowanego piasku. Była praktycznie pusta, może z racji wczesnej pory, a może z powodu upału (potwornie prażyło - to odstrasza tubylców) lub po prostu małej liczby turystów. Miałyśmy dla siebie spory "hektar" :)

Plażowałyśmy i pływałyśmy na przemian, a skubany importowany piasek lepił się do wszystkiego. W efekcie opaliłam się w smugi - piasek nie przepuszcza słońca. Grrr. :>

Pić!

Po kilku godzinach nawet nasza ugotowana woda się skończyła. Czas porzucić plażę i poszukać czego zimnego.... Pojechałyśmy dalej w kierunku centrum Kep (o ile to miasto w ogóle ma centrum) i zatrzymałyśmy się pod losową knajpą tuż przy molo rejsów na Króliczą Wyspę.

Króliczą Wyspę miałyśmy pierwotnie w planach, ale poległa w starciu z dodatkowych dniem na Koh Rong Samloem.

Nasza losowo wybrana knajpa, kulturalne podająca colę z cytryną, okazała się być oceanarium :))) To się nawet dobrze składało, bo oceanarium miałyśmy w planach. Nie będziemy musiały go szukać.

oceanarium

Oceanarium jest niewielkie, ale b. dobrze utrzymane. W kilkudziesięciu akwariach różnej wielkości prezentowane są ryby i inne potwory z lokalnych raf. Mieli na przykład parę skrzypłoczy ("horseshoe crab", ale to tak naprawdę nie jest krab), wąsate krewetki, anemony i ukwiały. I błazenka, który pilnował doniczki.
Wszystko obejrzałyśmy nadzwyczaj dokładnie, bardzo nam się podobało. Wstęp jest darmowy, więc polecam każdemu, kto będzie w okolicy.

motyle pewnego bogacza

W przewodniku napisano o jakimś bogaczy, który w okolicy Kep stworzył farmę motyli. Motyle, które widziałyśmy podczas podróży przez Kambodżę były niesamowite, stąd farma wydawała się być logiczną kontynuacją poznawania latających robali.

Ale weź tam człowieku traf.

Na szczęście pracownica oceanarium dosyć dokładnie wyjaśniła nam, jak jechać (główną drogą do najbliższego przejścia dla pieszych(*), tam w lewo i już potem cały czas prosto. Na mijanym rondzie ze stupą też prosto. Proste, trafimy.

(*) przejścia dla pieszych występują w Kep nadzwyczaj często. Nikt z nich nie korzysta, ale urocze, że tak myślą o pieszych.

Tuż za rondem ze stupą asfaltowa droga przeszła w utwardzaną. Gdy minęło się skrzyżowanie z planowaną wielopasmówką (obecnie w formie wielopasmowej utwardzonej ziemi, ale już obowiązkowo z wysepkami pomalowanymi a żółto i czarno i trawnikami pośrodku :))) droga zmieniała się w tę z gatunku nie utwardzanych, co w Kambodży oznacza koleiny tak głębokie, jak to się tylko udało podczas pory deszczowej.

Kep, Cambodia

Ale to nic. Suniemy koleinami. Gorzej, że suniemy i nic. Droga zaczyna niebezpiecznie skręcać w lewo (a potem już w każdym możliwym kierunku), a motyli nie widać. Nawet znaku nie widać. Hmmm.
No nic. Jedziemy dalej.

Na drodze spotykamy parę piechurów, pytamy o drogę. O farmie nie słyszeli, ale wskazują na miniaturową żółtą tabliczkę (rozmiar tabliczki czekolady), na której drobnym drukiem zapisano kilka różnych informacji, m.in. "Farma motyli 1000m). Najs. Nie wiem, dlaczego tabliczka musi być mniejsza od chustki do nosa, ale grunt, że jedziemy w dobrym kierunku.

Kilka kolejnych wykrotów, próba nie przejechania stada kurczaków i jesteśmy.

Farma motyli to przyjazny, spory podjazd, ogromny ogród wokół którego kręci się kilku pracowników, ogromny, dom oraz namiot z siatki pełen motyli.
Jedna z pracownic okazała nam kolejne etapy rozwoju motyla, wyjaśniła, jak zbierają ich jajeczka i kiedy przenoszą kokony do namiotu, a potem, usatysfakcjonowana, wpuściła nas do namiotu. Ot tak. Dwie zupełnie obce osoby, które przyjechały, na migi dogadały się z ogrodnikiem, w którym kierunku iść i pokiwały głowami nad przeżuwającymi larwami.

O żadnych biletach nie ma mowy, wstęp jest bezpłatny. A to jest przecie czyjś dom. Pewnie to dom weekendowy jakiejś ogromnej korupcji z PP, ale nadal. ... Dziwny jest ten świat.

Siatkowy namiot był pełen roślin i motyli. M-chan robiła im zdjęcia wypaśnym ajfonem, wrzucę potem.

Fajne te motyle. Niektóre były niepokojąco duże, wg mnie jak nic mięsożerne.

Obejrzałyśmy, powiedziałyśmy "okon" (dziękuję) i ruszyłyśmy koleinami do Kep.

Pojechałyśmy bulwarem pod prąd (zagaiłam w tej kwestii M-chana sugerując, że minęłyśmy znak "zakaz wjazdu". M-chan się nie przejęła).

kraby

Obiad koniecznie musiał być w Kep i koniecznie musiał się składać z Krabów. Poszłyśmy do restauracji Kimly i dostałyśmy dokładnie to :) Dla ułatwienia Kraby były już częściowo połamane, a skrzela usunięte. No i było narzędzie do rozłupywania Kraba. Na Koh Rong Samloem ich brakło i w efekcie mamy blizny po tamtejszej kolacji.

Zjadłam kraby z zielonym pieprzem (mhmm, świeży pieprz), a M-chan ze świeżym mlekiem kokosowym. Pycha.

Było już dość późno, gdy zaczęłyśmy wracać do Kampot. I na dodatek zaczęło siumpić! Na tyle, że założyłam bluzę i musiałam przetrzeć okulary. Skandal.

Warto było :)

trwały link do tego wpisu

poniedziałek
5
styczeń'15

dzień kolejny +1 - wzgórze Bokor

5 styczeń 2015, 22:55| | Komentarze (0)

Dziś, a i pewnie przez dwa kolejne dzionki, jest dzień skuterów. Polega na wypożyczeniu skuteru (z automatem, a co), pobieżnej weryfikacji, czy kółka mu się kręcą i ruszeniu przed siebie po podobnie pobieżnej weryfikacji trasy.

Nasz hostel do wypożyczania skuterów podchodzi tradycyjnie: w zastaw oddaje się paszport ("Ty dbaj o mój skuter, a ja będę dbał o twój paszport").
Kurs obsługi skutera obejmuje schowanie nóżki (inaczej nie zapali), przekręcenie kluczyka i zapalenie silnika (kod na zapalanie: hamulec przedni + gaz + przycisk). Informacje dodatkowe obejmują otwieranie siedzenia celem dostępu do baku. Odkręcenie zaworu nie wchodzi w zakres umiejętności podstawowych, to zaawansowane czynności wykonywane przez pracownika stacji benzynowej albo tego, kto handluje benzyną w butelkach po Pepsi i włada lejkiem.

Uzbroiłyśmy się w kaski. Brak kasku bywa karany mandatem - czyt. łapówką 1$ - ale znacznie popularniejsze jest łowienie turystów na zapalone światła. Za zapalone światła w biały dzień turysta dostaje mandat. W nocy Khmera jadącego bez świateł omijają takie nieprzyjemności. Niesprawiedliwość.
Za żadne skarby nie należy jeździć po Kambodży po zapadnięciu zmroku.

Tankowanie poszło sprawnie: po prostu odblokowałam dostęp do wlewu, a pracownik stacji wykonał resztę. Cały bak (ok. 2,5 litra) to 3$.

kierunek: Bokor

Brama do parku Bokor leży 8km na zachód od Kampot, była więc okazja na przekroczenie rzeki Starym Mostem.

Stary Most, zbudowany jeszcze przez Francuzów, został wysadzony w czasach walk z Czerwonymi Khmerami. Po wojnie odbudowano go z tego, co było pod ręką. W efekcie przęsła prezentują miszmasz stylów, most ma dziury (idealne na koło jednośladu) i wolno się po nim poruszać wyłącznie pieszym i jednośladom. Tuktuk (wersja poprawna politycznie to remork) też uchodzi za jednoślad.

Droga była prosta i pusta. W bramie do parku skasowano nas 0,5$ od skutera i można zdobywać szczyt. 32km i 3000 metrów różnicy wysokości. Po drodze są skarpy, granie i dżungla. Już dla samych widoków (i dźwięków!) warto tu przyjechać.

Dopiero na zboczach wzgórza Bokor wyszło na jaw, że słonecznikowy skuter M-chan niedomaga. Pali jak smok, ale nie ma żadnej mocy, pod górkę wspina się, ale wyłącznie dostojnym krokiem. Hmmmm.
Pod szczytem, w wózku z bananami pod pachnącą pustką i PRLem "Restauracji / Mini sklepie", a opisanej na mapie jako "Świeże owoce" :), nabyłyśmy litr benzyny (2$!) dla spragnionego żółtka. Tak, handlarka bananami ma benzynę na flaszki, ma do tego rękawiczki i lejek. Witamy w Kambodży. W drodze powrotnej napoimy żółtka kolejnym skandalicznie drogim litrem benzyny, na szczęście starczy już jej na cały dzień. Na równinach spalanie wraca do normy.

Stacja na Wzgórzu Bokor, swego czasu azyl dla chcących uciec od spiekoty Francuzów z nizin, został porzucony i zapomniany na wiele lat. Miasto duchów popadło w malowniczą ruinę i latami pojawiało się na zdjęciach obieżyświatów. Wyłaniająca się z mgły iglica kościoła czy straszący pustymi oczodołami dawny hotel były tak malownicze, że nakręcono tu sporo filmów.

Bokor Hill Station, Bokor National Park, Cambodia

Niestety, obecnie Wzgórze Bokor przeżywa najazd developerów (a dokładnie jednego, który cały teren wydzierżawił od państwa) i jest sukcesywnie zabetonowywane.
Funkcjonujące już nowe kasyno jest niczym Perła Karpat. Masywne, ohydne, oderwane.
Developer obiecuje więcej, właśnie muruje blokowisko nowego ośrodka wypoczynkowego.

Remont dotknął też najsłynniejszej ruiny Bokor - dawnego hotelu. Zniknęły już rude zacieki i rośliny, obecnie robotnicy wyrównują ściany i zrywają starą, ozdobną glazurę.
Oczekiwany efekt końcowy: maszkaron.

Mimo to część ruin jest nieruszona (budynek starej poczty już nie istnieje, został uznany za zagrożenie bezpieczeństwa turystów i starty z powierzchni ziemi) i pozwala choć przez chwilę poczuć klimat mglistego wzgórza Bokor.
Z nich wszystkich najbardziej malownicza jest okolica starego kościoła, którego bryła zachowała się w niezłym stanie. Kościół jest rudy, jak każda inna tutejsza po francuska ruina, a za nim, na niewielkim wzgórzu, roztacza się widok na całą leżącą niżej dżunglę, położoną jeszcze niżej nizinę pól ryżowych, Kampot i morze.
Och, warto to zobaczyć.

Bokor Hill Station, Bokor National Park, Cambodia

Skutery dawały nam wolność, której nie zapewni wycieczka ze zorganizowanym transportem. Mogłyśmy przeczekać nagłe chmury i ponownie popatrzeć na równinę w blasku słońca. Przeczekałyśmy hałaśliwe grupki i mogłyśmy zwiedzać i napawać się widokami w zupełnej ciszy.
Względnej ciszy.
Dżungla cały czas wydawała dźwięki :-)

W drodze powrotnej widziałyśmy gigantycznego, czaplopodobnego ptaka, a potem M-chan nie rozjechała łasicy (też podejrzanie dużej), więc nie mamy żadnych zdjęć. Ale to nic.

Na szosie N33 panował większy ruch niż rano. Mimo to udało nam się wyprzedzić ciężarówkę, a potem już poszło z górki: skręcam w lewo pod prąd, jak lokalsi :)

stacja kolejowa Kampot

Już w Kampot korzystając ze skuterów, co pozwoliło uniknąć długiego spaceru, pojechałyśmy obejrzeć stację kolejową Kampot. Została zbudowana, jak wiele budowli w Kampot, przez Francuzów. Latami przywoziła pasażerów z dusznego PP... do czasów Czerwonych Khmerów.
Wtedy przestała jeździć zupełnie.
Teraz, po latach i z australijskim wsparciem, kolej powoli się odradza. Odbudowano ponad 300 km torowisk, po których kursują pociągi towarowe. Niestety, obecnie współpraca zagraniczna w tej kwestii została zawieszona, więc dalsza odbudowa sieci kolejowej stoi pod znakiem zapytania.

Kolej pasażerska nie istnieje, a stacja Kampot, ze swym spadzistym dachem i czterema okienkami kas, nadal czeka na pasażerów.

I to tyle na dziś. Pozostaje zjeść obiad, oddać skutery, poskarżyć się na ten żółty, a potem przespacerować się na nocny targ, gdzie jest niewielkie wesołe miasteczko.
Jutro: Kep!

tyle wygrać

Wymieniłyśmy nasze wygrane puszki piwa .... na colę :) Nie zamierzałyśmy wnikać zbyt głęboko w system wydawania nagród, ale darmowa cola nie jest zła, a piwo wypijemy w jakiejś nadrzecznej restauracji :)

Zdjęcia wstawię w przyszłości, bo już późno :P

trwały link do tego wpisu

niedziela
4
styczeń'15

dzień kolejny - Kampot

4 styczeń 2015, 17:07| | Komentarze (0)

Od wczoraj jesteśmy w Kampot. Tutejszy klimat opisałabym jako mieszankę Kratie (spokój, rzeka), Battambang ew. Kep (postkolonialne budynki) i Sajgonu.

To tylko 127km od PP, ale dwa miasta nie mogą być tak różne, jak Kampot i PP.

Tu, podobnie jak w Kratie, wszystko dzieje się wolniej. Ruch jest spokojniejszy, samochodów mniej (są za to wozy ciągniete przez pary wołów!!!), znacznie mniej jest też śmieci.

Bardzo nam się tu podoba.

Ostatnie 5 nocy spędziłyśmy na Koh Rong Samloem, wyspie na południe od Sihanoukville. Prąd był tam tylko czasem, wieczorami, GSM miał czasem zasięg (głównie go nie miał), internetu nie było wcale.

Koh Rong Samloem to rajska wyspa, więc takie braki można jej wybaczyć. Także brak słodkiego mleka, kokosów (palm wokół bezliku, ale kokosy były albo za młode albo za stare, damn), okazjonalnie bułek albo mąki.... Szum morza wynagradzał wiele.

Na wyspie jadłyśmy, leżałyśmy (technicznie to się nazywa opalanie), czytałyśmy (moi: "Księgi Jakubowe", OMG) i patrzyłyśmy na morze. Czasem dawało się popływać, jeśli fala nie była za wysoka. Niestety, często była, bowiem wiatr nie próżnował. Do tej pory mam ślady bo zderzeniu z pomostem :]

O wyspie będzie dokładniej w przyszłości, bo teraz się dzieje i nie mam czasu nadrabianie :)

Kampot

Przyjechałyśmy wczoraj po południu, minivanem z Sihanoukville. Udało się nam kupić bilet na autobus (6$) w minutę po zejściu z promu. W Kampot byliśmy po 15:00.
Z racji braku internetu nie miałyśmy rezerwacji, ale z marszu poszłyśmy do polecanego w przewodniku hostelu i pokój był :) Nie ma okna, ale ma duże łóżka i ciepłą wodę (!!!), więc uchodzi za wypaśny.

Dziś mamy dzień spaceru po Kampot. Byłyśmy na lokalnym targu, gdzie poza tradycyjnie kupowanymi owocami (rambutany, smocze owoce) zjadłyśmy coś, co wyglądało jak zielona, błyszcząca piłka, zaczynało się na "cz" i było bardzo słodkie. Pani na targu wyjaśniła nam, jak to zjeść. Sukces :))

Uwieczniłam na zdjęciach proces generowania wiórków kokosowych, ale same zdjęcia muszą poczekać do powrotu, bo są w aparacie, a nie na komórce.

Widziałyśmy oba postkolonialne, mocno zniszczałe kina - pomniki czasów minionych.
Kilka razy minęłyśmy rondo duriana, na którego środku stoi pomnik .... duriana. Nie śmierdzi.

Kampot słynie z hodowanego tu pieprzu, z pól solnych oraz właśnie durianów. Jeszcze nie udało nam się duriana tutaj zjeść, ale planujemy. W końcu to durianowe zagłębie.

Widziałyśmy pomnik przyjaźni kambodżańsko-wietnamskiej (coś jak pomnik przyjaźni narodów ZSRR, ta sama szkoła), pomnik zbieraczy soli, pofrancuskie więzienie (makabryczne, nadal w użyciu) i wiele postkolonialnych budynków.
Przyjemnie spaceruje się po Kampot. Jest tu czysto - przynajmniej w starej dzielnicy - sprzątają, a rzeka dobrze robi na upał i nerwy. :-)

dawn, Kampot, Cambodia

Plany na wieczór: podglądanie świetlików!

A jutro pożyczamy skutery i jedziemy na wzgórze Bokor, zobaczyć, co jeszcze się da, nim wszystko zabetonują.

trwały link do tego wpisu

sobota
27
grudzień'14

dzień 14 - do PP

27 grudzień 2014, 22:15| | Komentarze (0)

Większość dnia to podróż do PP. Z dwiema przerwami.

Podróżujący z nami Francuz nabył torebkę smażonych pasikoników: wyglądają paskudnie, ale smakują całkiem nieźle. Jak chrupki.

Pasikoniki łapane są w siatkę, której skacząc nie widzą. Następnie są topione, a potem smażone razem z piekielnymi papryczkami. Pasikoniki mogę jeść, za papryczki podziękuję.

Na targu sprzedawca nabiera pasikoniki (ręką!) do mocno przechodzonej puszki niewiadomego pochodzenia i tak odmierzoną porcję przesypuje do torebki. Kosztuje to grosze, pewnie grozi jakąś chorobą, ale raz się żyje.

on a way from Siem Reap to Pnom Penh

W naszym minivanie nie domykały się drzwi, w efekcie gdy tylko trafiliśmy na utwardzaną drogę (czyli taką bez asfaltu) powietrze w samochodzie zmieniło barwę na czerwoną i oddychało się dosyć pyliście.
Z powodu pyłu zapchał się też filtr powietrza, co skutecznie unieruchomiło klimatyzację.

Ale dotarliśmy do PP.

Nadal nie wiemy, co będziemy robić jutro - mamy w PP cały dzień. Pomysły krążą wokół jedzenia (duh) i kina, ale tak jak jest co jeść, to naprawdę nie ma na co pójść do kina. Do wyboru są Hobbit, Exodus i Noc w muzeum. Shoot me.

trwały link do tego wpisu

piątek
26
grudzień'14

dzień 13 - rubieże: Koh Ker i Beng Malea

26 grudzień 2014, 22:02| | Komentarze (0)

Koh Ker.
Tubylcy mówią Koh Kej. Ludzie w PP mówią Koh Ker.

Na Beng Malea tubylcy mówią Beng Meli, a mieszkańcy PP Beng Malea.
I weź tu się człowieku naucz poprawnej wymowy.

Zaczęliśmy od Beng Malea, położonej ok. godziny jazdy od Siem Reap. Przyznam, że byłam odrobinę zaniepokojona liczbą turystów w Beng Malea, która uchodzi za świątynię zbyt odległą dla przeciętnego turysty.

Mimo to całość można było zwiedzić unikając innych białych twarzy. Lekki stres: czy te wszystkie minibusy (bo tuktuki to na pewno nie) jadą potem do Koh Ker?

Na szczęście nie jechały :)

W Koh Ker (kolejne 1,5 godziny jazdy dalej na północ, już do prowincji Preah Vinear) poza nami były może 2 inne samochody. A Koh Ker to nie jest jedna świątynia. To jedna z dawnych stolic Imperium Angkor i zawiera ponad 90 ruin.

BTW Las wokół Koh Ker przypominał polską jesień :)

Zwiedziliśmy 5 różnych świątyń, w tym aztecką piramidę (Koh Ker) i świątynię "5 stup" (bo to dokładnie znaczy Prasat Pram).

Koh Ker, Cambodia

Kupiłyśmy piwo i co? I wygrałam kolejną puszkę :-)
Odbiorę w PP :)

We won!!!

Kupiłyśmy ostatnie prezenty (dla siebie głównie ;P) oraz dodatkowe środki odstraszania na wyspę:

Prepared for mosquitos :>

Plecak wypchany po brzegi, więcej prezentów się nie zmieści :P

trwały link do tego wpisu

czwartek
25
grudzień'14

dzień 12 - świątynie Angkor

25 grudzień 2014, 20:48| | Komentarze (0)

Ostatni z trzech dni na zwiedzanie świątyń Angkor. Na więcej nie mamy biletu :)

Na koniec zostały świątynie powszechnie uważane za najciekawsze, co oznacza też tonę turystów.

Świat z tuktuka.
Prosiak wygląda niewyraźnie.

Temples of Angkor, Siem Reap, Cambodia

Bayon:

Bayon, Angkor Thom, Siem Reap, Cambodia

Bayon, Angkor Thom, Siem Reap, Cambodia

Upał daje w kość. Nie ma to jak zimny kokos.
Ten na zdjęciu nie miał szans w starciu z tasakiem:

coconit at Angkor Thom, Siem Reap, Cambodia

Po kokosie świątynia, którą wszyscy ignorują: Preah Pithu. Nie było w niej żywej duszy::

Preah Pithu, Angkor Thom, Siem Reap, Cambodia

Na koniec: Angkor Wat. Niesamowita.

Angkor Wat, Siem Reap, Cambodia

I to już koniec świątyń Angkor w tym roku.

Odwiedzone świątynie:

  • Bayon
  • Baohuon
  • Prah Palilay
  • Taras Słoni z przyległościami
  • Preah Pithu
  • Thommanon
  • Chau Say Tevoda
  • Spean Thma
  • Ta Prohm
  • Srah Srang
  • Angkor Wat

Ufffff.

Droga powrotna. Uważni obserwatorzy mogą się domyślić zasad obowiązujących na drodze:

on a way back to Siem Reap, Cambodia

on a wat back to Siem Reap, Cambodia

Untitled

Czas zarezerwować bilety do PP (mini van, 10$) i jutrzejszą wycieczkę do Koh Ker (45$).

Untitled

Padam.

trwały link do tego wpisu

środa
24
grudzień'14

dzień 11 - świątynie Angkor i muzeum min lądowych

24 grudzień 2014, 22:24| | Komentarze (0)

Początek wycieczki i od razu guma. Niczym nie zrażony kierowca zjechał do najbliższego punktu serwisowego czyt. wyposażonej w kompresor i zapasowe opony wiaty obok jednej z chałup.
Dętka nie przeszła testu wykonanego sprawnym okiem właściciela "warsztatu" i została zastąpiona nową. Była okazja obejrzeć, jak to się robi w Kambodży. :)

Temples of Angkor, Siem Reap, Cambodia

Plan na dziś zakładał odwiedzenie miejsc dosyć odległych od Siem Reap: Kbal Spean i Banteay Srei.

Kbal Spean wymagało 45 minutowej wspinaczki przez dżunglę. Wydaje mi się, że sam spacer był ciekawszy od zabytków na górze (reliefów z Wisznu i dziesiątek lingamów).

Banteay Srei:

Temples of Angkor, Siem Reap, Cambodia

Zwiedzone świątynie:

  • Kbal Spean
  • Banteay Srei
  • Banteay Samre
  • Prec Rup

W drodze powrotnej z Banteay Srei odwiedziłyśmy też muzeum min lądowych. Otwarte przez Aki Ra, człowieka, który jako dziecko walczył w armii Czerwonych Khmerów by później zdezerterować do Armii Wietnamskiej i walczyć przeciwko Czerwonym Khmerom.
Przez kilkadziesiąt lat Aki Ra rozbrajał miny przy użyciu kombinerek i to właśnie te niewybuchy (choć już profesjonalnie zabezpieczone) stanowią zbiory muzeum. Niewybuchy zainteresować mogą wyłącznie pasjonatów militariów, ale muzeum to znacznie więcej niż stos zardzewiałych łusek: zawiera sporo zdjęć i opowieści z czasów minowania Kambodży i jej późniejszego rozminowywania. Zawiera też wiele zdjęć i sporo statystyk.

Obecnie ocenia się, że w Kambodży jest jeszcze od 5 do 10 milionów niewybuchów. Pesymiści twierdzą, że odminowanie kraju zajmie minimum 100 lat. Rząd przyjął optymistyczny plan wyczyszczenia kraju z min do 2020 roku, ale jest to plan zupełnie nierealny.

Przy muzeum jest ośrodek pomocy i szkoła, ale te są, całkiem sensownie, wyłączone z planu zwiedzania. Część przychodów z biletów idzie na utrzymanie uczniów.

nie ma prądu = nie ma netu

Udało nam się dziś wrócić trochę wcześniej niż wczoraj. To dobrze, bo plan zakładał przemaszerowanie przez Siem Reap celem wypatrzenia ewentualnych prezentów.

Niestety, wcześniej nastała godzina 17:30, co dziś oznaczało koniec elektryczności w naszej dzielnicy. Myślałam, że w Siem Reap to się nie zdarza.
Ciekawe czym zasilają lotnisko, jeśli elektryczność siada w dzielnicy z lotniskiem? To w końcu najlepsze lotnisko w kraju.

Prąd wrócił po dwóch i pół godzinie.
W tym czasie zdążyłyśmy odbyć spacer, napić się soku odkrywając, że smoczy owoc występuje w dwóch kolorach: bordowym i białym, kupić część prezentów, zwiedzić hyakuena (japoński sklep wszystko-za-100-jenów) oraz spędzić 40 minut w księgarni ku irytacji M-chana :)

Interesujące było obserwowanie zdezorientowanych gaijinów, którzy z racji braku prądu, światła i internetu wychynęli znienacka na ulice :) Niestety, na ulicach było równie ciemno, chyba że mijany sklep miał własny generator.
I co taki biedny gaijin ma zrobić?

Wieczór zamknęły 2 puszki Angkor The Pride of Cambodia i suszone banany.

Nadal nic nie pobija japońskiej kolacji wigilijnej :)))

trwały link do tego wpisu

wtorek
23
grudzień'14

dzień 10 - uzupełnienie: Świat z tuktuka

23 grudzień 2014, 23:23| | Komentarze (0)

Wynajęłyśmy tuktuka na 3 dni. W zależności od pokonywanych odległości i godzin taka przyjemność kosztuje od 15$ w górę. Zrezygnowałyśmy ze wschodu i zachodu słońca nad Angkor Wat - miałyśmy szansę przeżyć to wraz z całym tłumem 3 lata temu, ale i tak dzień z planowaną wycieczką do Bantaey Srei i Kbal Spean wyniósł nas 30$. No trudno.

Tę samą trasę można pokonać klimatyzowanym minivanem, ale to zupełnie nie ta przyjemność. Owszem, jest chłodniej, ale pęd tuktuka i wgryzający się we wszystko czerwony pył są wg mnie obowiązkowym punktem zwiedzania Kambodży.

Na dodatek z tuk tuka więcej widać: skutery obładowane kilkoma setkami martwych kurczaków powieszonych za łapki głową w dół, obwoźny kram na pojeździe ala tuktuk z taką liczbą rondli, plastikowych misek i krzeseł, że kierowcy praktycznie nie widać czy ciężarówkę wyładowaną naostrzonymi drewnianymi palami załadowanymi czubkami w kierunku jazdy.
Nadal nie wiem, co się dzieje, gdy takie pojazdy mają zderzenie z innym ciałem stałym.

around Angkor, Siem Reap, Cambodia

trwały link do tego wpisu

wtorek
23
grudzień'14

dzień 10 - świątynie Angkor i Tonle Sap

23 grudzień 2014, 22:53| | Komentarze (0)

Dziś będzie więcej obrazków, a mniej grafomaństwa.

Preah Ko (Roluos Temples), Cambodia

Preah Ko, świątynia Świętego Wołu. Druga z trzech świątyń Roluos.

Tonle Sap, Cambodia

Świat z tuktuka.

Tonle Sap, Cambodia

Jezioro Tonle Sap, największy zbiornik słodkiej wody w Azji Południowo-wschodniej i jednocześnie główne źródło zjadanych w Kambodży ryb.

Tonle Sap, Cambodia

Te drzewa nikną pod powierzchnią wody w czasie pory deszczowej, a powierzchnia jeziora zwiększa się wtedy nawet pięciokrotnie.

Tonle Sap, Cambodia

Tonle Sap, Cambodia

Tonle Sap, Cambodia

Miejsce nie z tej ziemi: Kompong Pluk, wioska na palach.

Tonle Sap, Cambodia

Parking dla tuktuków.
W czasie pory deszczowej to miejsce jest dnem jeziora.

Tonle Sap, Cambodia

Łatanie dętki. Później zaliczyliśmy też tankowanie z butelki po Pepsi.
Nawet nie musiałyśmy wysiadać z tuktuka.

Tonle Sap, Cambodia

Tonle Sap, Cambodia

Tonle Sap, Cambodia

Kambodża przydrożna.
Czerwony pył jest wszędzie.

around Angkor, Siem Reap, Cambodia

Obiad i można wracać na trasę dużej pętli wokół świątyń Angkor.

Do tego wieczorem byłyśmy w cyrku.

Zwie się "Phare, The Cambodian Circus" i bawiłyśmy się świetnie, a na koniec, niczym biali kolonialiści, wróciłyśmy do hostelu lokalną bryczką czyli tuktukiem.

Odwiedzone świątynie:

  • Bakong (świątynie Roluos)
  • Preah Ko (świątynie Roluos)
  • Wschodni Mebon
  • Ta Som
  • Neak Pean (świątynia splątanych Nag)
  • Prah Khan

Jutro: Bantay Srei i okolice, muzeum min i kolejne świątynie z dużej pętli.

trwały link do tego wpisu

poniedziałek
22
grudzień'14

dzień 8/9 - Kratie / Siem Reap

22 grudzień 2014, 21:53| | Komentarze (0)

Z samego rana pojechałyśmy tuktukiem (12$ za podróż w obie strony) obejrzeć delfiny. Tuktuk jest jednostką słabo pływającą, więc w celu ewentualnego ujrzenia delfinów już na miejscu, w Kampi, 15km na północ od Kratie, trzeba się przesiąść w płaskodenną łódź.
Łodzi na miejscu jest kilkanaście. Stoją w specjalnie dla turystów przygotowanym miejscu i kosztują niemało - 9$ od osoby. Cena spada do 7$ gdy pasażerów jest więcej niż dwoje.

Droga przyjemność, ale delfiny wymierają, więc trzeba korzystać z okazji.

Słodkowodne delfiny w Kampie, choć objęte totalną ochroną i żyjące na odcinku rzeki objętym głównie totalnym zakazem połowów czegokolwiek - wymierają. Wcześniej ich liczbę zredukowały polowania i połowy innych ryb, a także wzmożony ruch na Mekongu. Teraz wymierają już chyba dla zasady.

Udało nam się ujrzeć 4 :) Pływały nabierając co pewien czas powietrza i wydając przy tym charakterystyczny dźwięk.
Te delfiny nie są jak ich pobratymcy z kreskówek, nie skaczą wesoło nad wodę i nie podpływają zbyt blisko łodzi, ale są :)

Środek dnia spędziłyśmy nic nie robiąc, leżąc na balkonie hostelu Balcony, pijąc owoce z mlekiem i wypoczywając. Po chłodzie Sen Monorom upał panujący w Kratie wydawał się nie do zniesienia.

Gdy już nieco zelżał poszłyśmy na spacer wzdłuż rzeki.

Kratie sprawia podobne wrażenie jak opuszczone ośrodki wypoczynkowe np. na Mazurach. Bulwar wydaje się odpicowany, ale gości nie było od 3 lat i wszystko już się sypie. Wyblakłe od słońca plakaty są już prawie nieczytelne, ale informują o przebrzmiałej chwale.

Tak wygląda Kratie. Te z postkolonialnych budynków, które zajmuje władza publiczna, są odmalowane, mają naprawione bramy wjazdowe, a na masztach powiewają flagi, ale farba już się łuszczy, a flagi już się strzępią. Pozostałe francuskie budynki powoli popadają w ruinę, tak jak i przedziwne, skończone lub zarzucone w połowie nowe budynki, z których nikt nie korzysta. Czasem tylko ich urodę od frontu ratuje przerośnięty ogród.

Kratie wydaje się być przygotowywane na najazd turystów: stąd bulwar nad rzeką (na odcinku 1km, potem jest klepisko i pretekst to pozbywania się wszelkich śmieci), nowy, przerośnięty i zupełnie nie pasujący do zabudowy Kratie wielopiętrowy hotel czy rząd latarni, których elektryka powoli wychodzi na zewnątrz, bo co ma robić z nudów.

Mimo to spacer był bardzo przyjemny i zrobiłyśmy sporo zdjęć.

Wracałyśmy przez targ, a to w Azji zawsze jest przygoda.
Na przykład sprzedawcy ryb: można u nich kupić całą rybę, rybę bez głowy, samą głowę albo ewentualnie wyłącznie wyselekcjonowane wnętrzności. Ryby są świeże, ale to, co człowieka zniechęca, to fakt, że leżą na tej metalowej tacy od rana bez lodu i wzbudzają zainteresowane wielu much.

Obfotografowałam stoiska, mam nadzieję, że coś z tych zdjęć wyjdzie. Liczę zwłaszcza na te ze stosami owoców.... mmmhhmm.

do Siem Reap (SR)

Wg informacji z naszego hostelu minibus do SR miał dotrzeć w 5 godzin. Miałyśmy dobrą passę punktualnych dojazdów, czas to przerwać.

Minibus przyjechał spóźniony - czekałyśmy na niego od 7:00. Potem zrobił kilka kółek po mieście celem zebrania odpowiedniej liczby pasażerów. Tak, zwiedzał ponownie raz odwiedzone miejsca.

Wreszcie miał komplet, wraz z dwoma mnichami na kanapie obok kierowcy i motorynką uwiązaną z tyłu.

Z Kratie wyjechaliśmy po 8:30.

Nie jechaliśmy główną drogą, prowadzącą przez Kampong Cham a "skrótem" - lokalnymi drogami prowadzącymi bliżej Mekongu. W efekcie część skrótu nie miała jeszcze asfaltu, choć trzeba też uczciwie przyznać, że roboty drogowe w Kambodży trwają w najlepsze i pewnie już za kilka miesięcy asfalt się pojawi.
Na razie go brakowało, więc podskakiwaliśmy na co większych wykrotach.

Pasażerowie zmieniali się co postój - na miejsce wysiadających zaraz znajdował się chętny. Jedynymi, którzy z podróży zrezygnowali, choć wyraźnie było widać, że na nasz bus czekali (to było jeszcze w okolicy Kratie) była pewna liczna rodzina, która widząc ścisk panujący w busie nie uwierzyła w zapewnienia kierowcy, że wszyscy się zmieszczą.

Wierzę, że by się zmieścili, ale pewnie po 8 godzinach byłyby ofiary śmiertelne.

Tak właśnie. Podróż trwała 8 godzin. Tak zwane 5 z hakiem.

Na dodatek bus nie dowiózł nas do stacji autobusowej - kierowca nie opłacił się miejscowej policji, a mając samochód z innej prowincji nie wolno mu było wjechać do miasta. Jakiś kosmos.

Ani my, ani towarzysząca nam para Francuzów (poznanych przelotem w Sen Monorom - świat jest mały :)) nie byliśmy tym faktem zachwyceni. Pachniało szwindlem na kilometr, zwłaszcza że w tym samym momencie pojawiły się tuktuki i zaczęły nagabywać nas celem kontynuowania podróży do centrum SR.

Grrr.

W końcu pojechałyśmy jednym z tych tuktuków prosto do hostelu (3$), niech giną.

Hostel jest bardzo przyjemny, mamy przyjemny pokój na piętrze. Na dole jest restauracja (na razie najlepszy rybny amok!) i agencja turystyczna, ileś osób mówi naprawdę komunikatywnym angielskim, a wszyscy są bardzo mili. Odpoczniemy tu :)

image

Amok z ryby (po prawej) i amok z krewetkami (po prawej).

Żeby było śmieszniej, leży na tej samej ulicy co hostel, w którym mieszkałyśmy w SR 3 lata temu. Zajrzymy tam w wolnej chwili :)

Zarezerwowałysmy bilety do lokalnego cyrku na jutro i tuktuka na 3 dni. Możemy się też z nimi wybrać do Koh Ker, ale na szczęście nie musimy decyzji podejmować jeszcze dziś.

Siem Reap

Od opuszczenia lotniska w Abu Dhabi nie widziałam na raz tylu turystów, co wieczorem na ulicach SR. To jakiś koszmar, powtórka z Zakopanego albo Ustki.

Są wszędzie, noszą wielki aparaty i krótkie spodenki i pewnie ich Kambodża sprowadza się do granic SR. :/

Kambodża to wszystko, tylko nie SR! Nawet PP ma swój klimat (tu nie możemy się z M-chanem dogadać, jak PP lubię, ona niet). SR to jedno wielkie targowisko dla turystów. Wydaje się, że nie ma w SR nic z oryginalnego SR, wszystko przejęły usługi dla gaijinów.

Plusy SR to szansa nabycia jakiejś książki o Kambodży, ogólnie dostępne japońskie dobra i targ pełen potencjalnych prezentów. Konsumpcja w pełni.

Jutro pierwszy z trzech dni w Angkor Wat. Wg mojego planu zaczynamy od świątyń Roluos, położonych kilkanaście kilometrów na wschód od SR.

trwały link do tego wpisu

sobota
20
grudzień'14

dzień 7 - do Kratie

20 grudzień 2014, 22:06| | Komentarze (0)

Ruszamy po śniadaniu. Minibus ma nas zawieźć do położonego nad Mekongiem Kratie w 4-5 godzin.

W minibusie jest pięcioro obcokrajowców i drugie tyle tubylców. Potem pojawia się człowiek ze skuterem, oboje też chcą jechać do Kratie.
Niewielka rearanżacja pasażerów i skuter jest już wepchnięty pomiędzy 2 rzędy foteli. Ich wcześniejsi okupanci zostali przesiedleni na tył, a skuter "dla bezpieczeństwa" (chyba tylko po to, żeby nie wypadł przy otwieraniu drzwi) zostaje za przednie koło przywiązany linką do kolejnego fotela.

Jeżeli będziemy mieć wypadek, to nie mamy szans.

Pędzimy pod prąd pustą drogą, mijamy przysiółki i wądoły, wreszcie opuszczamy góry i wiatr - słońce wróciło i praży niemiłosiernie.

Jedyny postój robimy w typowej przydrożnej knajpie: pełnej plastikowych stolików, psów, jedzenia niewiadomego pochodzenia. Ale wiatr nie wieje, a w toalecie jest czerpak i woda, jest więc jak spłukać toaletę.
Wspominałam, że Kambodża się zmienia? Zmienia się.

W Kratie jesteśmy o czasie. To jakaś nowa moda.

Zrzucamy rzeczy w hostelu (w jedynej łazience jest ciepła woda!!!), wypijamy regenerującą mieszankę owoców z mlekiem i można zwiedzać.

Delfiny zostawiamy na jutro. Dziś płyniemy promem na pobliską wyspę Koh Trong. Na miejscu można wynająć rowery i objechać całą wyspę dookoła.

Wysepka jest idylliczna, otoczona piaskiem (obecnie poziom wody w Mekongu jest b. niski) i palmami. W środku kryje ileś wat (świątyń) i połacie pól ryżowych.
Nic na świecie nie jest tak zielone jak pole ryżowe.

Rowery okazały się dosyć zużyte, ale koła reagowały na obracanie pedałów, hamować można stopami.

Ostatni prom z Koh Trong odpływa o 17:00, musiałyśmy więc tylko pilnować czasu i można się było rozkoszować przejażdżką.
Każdemu polecam. Jest tam zielono i bardzo spokojnie, mieszkańcy nadal używają pary wołów do młócenia ziarna, a drzewa chronią przez żarem.

:-)

Po powrocie na stały ląd zrobiłyśmy też rundkę po lokalnym targu. Kupiłyśmy owoców i niespiesznie ruszyłyśmy w kierunku kawiarni Sorya. Kawiarnię prowadzi Amerykanka, która organizuje też wyprawy kajakowe na delfiny.

Brzmiało to wystarczająco interesująco, a poza tym chciałyśmy się napić kawy.

Okazało się, że kajaki, owszem, są, ale w niedzielę Sorya jest zamknięta, więc najbliższe wiosłowanie planowane jest dopiero w poniedziałek, kiedy my planujemy być już w drodze do Siem Reap. No trudno.

Kawa była pyszna, z rozpędu zjadłyśmy tam też obiad... mmmmhhmm.

sunset on Mekong River, Kratie

Przysiadła się do nas angielska turystka: rozumiała potrzebę unikania tłumów i uwielbienie do Davida Attenborough. Przegadałyśmy ze 2 godziny :)
To jedna z radości takie podróżowania: przypadkiem poznajesz nowych ludzi, spędzasz z nimi jakiś czas, a potem każdy jedzie w swoją stronę.

I tyle.
Nadal jest ciepła woda, przez ścianę słuchać lokalne zawodzenie (muzykę popularną, dużo fletów), ale od czego są korki do uszu.

Jutro: delfiny!

trwały link do tego wpisu

piątek
19
grudzień'14

dzień 5/6 - Sen Monorom

19 grudzień 2014, 20:10| | Komentarze (0)

Pierwszy raz pojedziemy ekspresowym minivanem. Należy do szanowanej firmy przewozowej i ma dotrzeć do Sen Monorom w zaskakujące 5 godzin. Pięć godzin!

Będąc w Kambodży należy spodziewać się wielogodzinnych podróży, które przymusowo trwają dodatkowe 2 godziny dłużej.
W przypadku naszego minivana podobno te 5 godzin to najprawdziwsza prawda.
Zobaczymy.

Droga nr 76 do Sen Monorom jest całkiem nowa, ma szeroki asfalt i świeżo wymalowane pasy, a to zwiększa nasze szanse na osiągnięcie planowanego czasu.
Droga dojazdowa do samego PP jest obecnie gruntownie remontowana, ale to dosyć krótki odcinek.
Całe PP i na mniejszą skalę podobno cała Kambodża to jeden wielki plac budowy. W PP, tuż obok hałdy śmieci i kosztem części terenu zielonego budują ogromne centrum handlowe. Obok kolejnej hałdy powstają 2 biurowce z kategorii drapaczy chmur. Kilka budynków jest już gotowych, nie wiem, które są już otwarte.
To wszystko wokół panującego w PP bałaganu robi przedziwne wrażenie.

do Sen Monorom

Robert, nowy właściciel Nomads, zrobił nam kawę i śniadanie, bo wszyscy inni jeszcze spali. O dziwo udało nam się je zjeść w momencie, gdy podjechała nasza podwózka do miejsca zbiórki :)
Z reguły autobusy nie opuszczają miasta jeśli mają szansę na kilku dodatkowych pasażerów. Pro aktywnie, zamiast stać i na nich czekać, krążą po mieście i zbierają chętnych. Potrafią tak krążyć i 2 godziny, a to samo miejsce odwiedzić kilka razy. W efekcie wcześnie zabrani pasażerowie mają 2 godziny zwiedzania miasta gratis ;)

Nasz minivan na miejsce naszej zbiórki dotarł jedynie odrobinę spóźniony i o dziwo nie kontynuował zbierania pasażerów, mimo wolnych miejsc. Profeska i cywilizacja.

Potem równie profesjonalnie dodał gazu i już rzadko schodził poniżej 90 km/h (mówimy o ruchliwych kambodżańskich jednopasmówkach!). Cywilizacja dawała o sobie znać, gdy mijając znak "30 km/h" zwalniał do 70km/h. Wypas.

Do tej pory nie rozumiem, dlaczego na krętych górskich drogach pędził 90km/h przeciwnym pasem mimo, że nasz był PUSTY. Może to życzenie śmieci...

O dziwo skończyło się bez wypadku, widoki po drodze, zwłaszcza dżungla, były wspaniałe, a na koniec dotarliśmy do Sen Monorom w 5 godzin. Zgodnie z planem. Kosmos.

Sen Monorom

Jeszcze w latach 60-tych dotarcie do Sen Monorom wymagało podróży z PP do Wietnamu, a dopiero stamtąd przebijania się do Sen Monorom. Całość zajmowała 1 miesiąc. Nic dziwnego więc, że przez lata jedynymi mieszkańcami prowincji były lokalne plemiona, a nie Khmerzy. Ci osiedlili się tu dopiero wtedy, gdy rząd w PP, już po upadku Czerwonych Khmerów, chciał większej kontroli nad prowincją. Khmerzy zostali tu wysłani w roli straszaka na wypadek, gdyby Wietnam zapragnął odzyskać ten fragment terenu.

Khmerzy stanowią 20% mieszkańców prowincji Mondulkiri, żyją wyłącznie w takich przysiółkach jal Sen Monorom. W okolicach Sen Monorom i w lesie mieszka wyłącznie lud Bunong. Radzi sobie znacznie gorzej niż Khmerzy, a najszybszy zarobek znajduje przy wycince swoich lasów. Za jedno drzewo mogą dostać nawet 1000$. To kusząca oferta do czasu, gdy jest co wycinać.
W najbliższym sąsiedztwie Sen Monorom dżungli już nie ma: wycięto ją i zmieniono w pola uprawne. Obecne rolnicze hity to drzewa kauczukowe, maniok i papryka.

W Sen Monorom wieje. Kramy nie wystarczały, musiałyśmy wyciągnąć bluzy. Zzzzzimno.

Przemaszerowałyśmy przez całe miasteczko do Tree Lodge, gdzie miałyśmy zarezerwowany hostel.

Tree Lodge to dom na palach w którym zamieszkuje prowadząca hostel rodzina. W ciągu dnia ich powierzchnia mieszkalna jest zamieniana w restaurację dla gości. Ta, w połączeniu ze sporym tarasem (jaki widok!), tworzy b. przyjazne wrażenie. Jest też WiFi :)
Domki dla gości to albo drewniane bungalowy z własnymi łazienkami albo proste trójkątne chaty z materacami i moskitierami. Optowałyśmy za bungalowem. Zzzzimno.

Po wysłuchaniu opowieści tych, którzy właśnie z 2-dniowej wyprawy do dżungli wrócili spakowałyśmy WSZYSTKIE ciepłe ciuchy, które przywiozłyśmy z PL. WSZYSTKIE, łącznie z polarem i kurtką. Tylko rękawiczki zostawiłam.

spacerem przez dżunglę

Do wioski Bunong, z której mieliśmy rozpocząć wędrówkę z przewodnikiem podwieziono nas samochodem. Początek był łatwy, bo wokół wioski dżunglę wycięto w pień robiąc miejsce na uprawy i pastwiska.
Przez dłuższy czas głównym pytaniem było "Gdzie jest dżungla?".
Była.

Dżungla do taki las, w którym fauna chcę cie zjeść, a flora jej pomaga. Dlatego trzeba mocno uważać i patrzeć pod nogi.

Okolica eksploduje życiem, ale zupełnie nic nie widać. Pod nogami leży gruba warstwa tego, co spadło z góry, wokół są ściany rattanu (ten jest dosyć uciążliwy, bo jego pnącza są mocno czepliwe i ciężko się z niego wyplątać bez pomocy) i paproci, a niebo przesłania dach liści. Słychać ptaki i małpy, ale zupełnie nic nie widać.

Tak czy siak trzeba mocno uważać, gdzie się stąpa: łatwo się potknąć albo podciąć źle przydepniętym pnączem. Po drodze każdy zaliczył jakąś wywrotkę. Ja spektakularnie stanęłam na kawałku bambusa po czym zjechałam kilka metrów po zboczu, z którego schodziliśmy w ramach "pójdziemy skrótem, ścieżkę w bambusach wyrobię maczetą".

Zgodnie twierdzimy że po drodze przynajmniej raz się zgubiliśmy i w efekcie zrobiliśmy więcej kilometrów niż zakładane 20. A przynajmniej nasze mięśnie tak twierdzą.

Przerwę i obiad mieliśmy pod wodospadem :) Po drodze widzieliśmy jeszcze kilka, kto chciał, mógł nawet pójść popływać.

Do miejsca noclegu,drewnianej wiaty o bambusowym dachu, dotarliśmy dosyć późno, na minuty przez grupowym wyzionięciem ducha. Wiało.

Kolacja była super, zjadłam całą suszoną rybę (głowę porzuciłam, wnętrzności już mi wystarczyły - głowy zjadł Krem, nasz przewodnik twierdząc, że to jego ulubiona część ryby :))

Potem zaczęło się rozpijanie lokalnego ryżowego wina, które mocą i smakiem przypomina tanie shochuu i tak samo podle wchodzi na zimno.
Wino miało pomóc w przetrwaniu nocy w hamakach podwieszonych w rzeczonej wiacie.
Nie pomogło, działało tylko 5 minut.

W nocy było ZIMNO. Cała wiata trzęsła się przy każdym odrobinę silniejszym podmuchu, a wiało naprawdę nieźle. Udało mi się przetrwać tylko dlatego, że miałam na sobie WSZYSTKO.

Niektórzy nie zmrużyli oka.
Byle do rana...

jutro nadeszło, będą słonie

Przeżylim. Rano pogoda się poprawiła, można się było odwinąć ze wszystkich ciepłych warstw i nawet wciągnąć kostium kąpielowy :) Może się przydać.

Na śniadanie, chyba dlatego, że byliśmy grzeczni , dostaliśmy naleśniki z bananami i nutellą :) :) :) I tę wspaniałą lokalną kawę.
Po takiej nocy to było śniadanie mistrzów.

Potem zeszliśmy ponownie nad rzekę celem upolowania słoni i nakarmienia ich wszystkimi bananami, które w tym celu nam rozdano.

Przy okazji okazało się też, że można zgubić słonia. Na szczęście niedługo potem sam się odnalazł.

Słonie, które mieszkają w dżungli projektu Mondulkiri, to słonie udomowione. Zostały odkupione albo wynajęte od właścicieli by resztę emerytury mogły spędzić na wolności jako szczęśliwe, najedzone słonie. Oba mają powyżej 50 lat, ale przy pomyślnych warunkach i dobrze odżywione mogę żyć ponad setkę.

Oddaliśmy im wszystkie banany. Próbowaliśmy stawiać opór, ale słonie mają b. czuły węch i tak długo przeszukują człowieka trąbą z prawa i lewa, aż je w końcu dorwą :)

Po południu była okazja umycia słonia, z której skorzystałyśmy, choć prąd był dosyć mocny, woda dosyć zimna, a słoń dosyć duży. No i komary mnie dopadły w stopę :( Mentalnie już mam malarię.

Do Sen Monorom zabrano nas pickupem. takim 4 osobowym pickupem z naczepą. Ledwo się zmieściliśmy, co niektórzy byli już bliscy wypadnięcia (droga była b. stroma i b. nierówna, a kierowca powoził z khmerską fantazją), ale dotarliśmy. Fajnie było.

Zdecydowanie warto :)

pachnę słoniem

W Siem Reap zrobimy pranie, bo wszystko jest utytłane obowiązkową czerwoną gliną i pachnie słoniami ;P

Stwierdziłam, że ja również wymagam prysznica, więc porzuciłam towarzystwo (właśnie rozkminiano, które z naszych puszek piwa wygrały nam kolejne puszki piwa - teraz jest tu jakaś promocja kapslowa :P).

Łazienka jest dosyć spartańska, ale woda jest. Zimna bo zimna, ale gorzej niż w nocy w dżungli na pewno nie będzie.
Gdy już się dokładnie namydliłam światło zgasło. Hmmmm. Po chwili znów się zapaliło ... zaczęłam rozważać umycie włosów. Wtedy zgasło kompletnie.

Damn, co jeśli pompa wody też jest na prąd?!

Nie była. Po ciemku (ciemności totalne, nic nie widać) udało mi się zmyć z siebie mydło i wtedy po omacku poszłam szukać ręcznika i latarki. Ech.... Trochę to trwało, ale na koniec byłam czysta i mam nową historyjkę to opowiadania.

Światło wróciło niecałą godzinę później.

Jutro jedziemy do Kratie, a dziś się wyśpię w cieple.

[Zdjęcia nie mają ochoty się załadować, Internet ma siestę, zupełnie jak ja. Będą później. Słonie też. :)]

trwały link do tego wpisu

środa
17
grudzień'14

dzień 4 - do Sen Monorom

17 grudzień 2014, 18:17| | Komentarze (1)

Znowu wczesna pobudka, tym razem o 6:15. A to miał być WYPOCZYNEK.

Załapałyśmy się na prysznic (zimny, ciepła woda chyba wyemigrowała z Indochin), śniadanie z kawą i dłuższe oczekiwanie na losowym skrzyżowaniu, z którego miał nas odłowić nasz ekspresowy minivan. Sukces.

Opóźnienie nadrobiliśmy już na przedmieściach Phnom Penh i kierowca rzadko już zdejmował nogę z gazu.

Samo PP jest odmienione: gdzie się nie odwrócić trwa budowa. Najczęściej eleganckich galerii i biur. Pewnie nie powinno mnie to dziwić w PP, gdzie już trzy lata temu każdy samochód był najnowszym modelem Toyoty, BWM, Lexusa lub sporadycznie Mercedesem, też nowiutkim i błyszczącym. W kraju, w którym średnia pensja to 30$ jest to dosyć szokujące.
Na dodatek samochodów jest tu znacznie więcej niż w Sajgonie. W efekcie trudniej też przejść przez ulicę.

A wracając do minivana...

Rzadko kiedy jechaliśmy poniżej 90 km/h, zdecydowanie za szybko jak na natężenie ruchu panujące na drodze. Trzeba jednak przyznać, że kambodżańskie drogi uległy znacznej poprawie: asfalt na drodze do Kampong Cham jest nowy, wystarczająco szeroki, by 2 samochody mogły się minąć bez konieczności zjeżdżania na pobocze i bez spychania z drogi skuterów. Nawet pasy są wyraźne i dwukolorowe. Postęp.

Podróż szła sprawnie, do Sre Khtum po prostu pędziliśmy kolejnymi odnogami drogi nr 6. Gdy już większość pasażerów wysiadła dotarliśmy w góry. Pagórki takie. Droga kręciła się jak spirala, a nasz kierowca pokonywał łuki z limitem 30km/h zwalniając do 70 i mknąc po górę pod prąd.
O dziwo, przeżyliśmy.

W Sen Monorom (czyta się Sen Monrom) byłyśmy po 13:00 czy zdecydowanie o czasie.
Sen Monrom to rozwleczona na sporym obszarze wiocha. Ma jednak bank, bankomat i kilka hosteli.

Sen Monorom przywitał nas także pochmurnym niebem i bardzo silnym wiatrem. Po drodze do hostelu musiałyśmy założyć bluzy! Skandal.

Teraz wiatr jest jeszcze mocniejszy, a słynny kambodżański czerwony pył mam już chyba wszędzie.

Ale to nic. Okolica jest piękna, choć wietrzna. Zjadłyśmy, pogadałyśmy ze spotkanymi gaijinami (w Sen Monorom są turyści - ale albo są w dżungli, albo pochowani przed wiatrem w restauracjach), a jutro ruszamy na 2 dni do dżungli. Grupa, która dziś wróciła, jest zachwycona, choć wszyscy twierdzą, że zmarzli. Zabieramy dodatkowe ciuchy. te zimowe, na powrót do Polski :)

Masakra takie wczasy w tropikach.

(ale internet tu także jest :) 3G jest bodajże w całej Kambodży, LTE na razie tylko w kilku miejscach, ale to mniej więcej jak w PL. Heh.)

trwały link do tego wpisu

wtorek
16
grudzień'14

dzień 3 - Phnom Penh

16 grudzień 2014, 19:15| | Komentarze (0)

Od 15 jesteśmy w PP. Autobus z Sajgonu jechał 7h. Papierologia na granicy trochę trwała, ale i tak poszło znacznie szybciej niż 3 lata temu na rzece. W końcu to największe przejście graniczne z Wietnamem.

Więcej będzie później, bom zmęczona, a jutro znowu wczesna pobudka.

Spóźnione zdjęcia:

W autobusie pustki:

on a way to Phnom Penh, Cambodia

W Sajgonie, w oczekiwaniu na odjazd.

on a way to Phnom Penh, Cambodia

Prom? Nikt nie wspominał o promie.

on a way to Phnom Penh, Cambodia

Zasłużony obiad: smażone owoce morza z warzywami i ryż.

on a way to Phnom Penh, Cambodia

W PP jest pochmurno i wietrzno, ale nadal bardzo gorąco.

Deptak wzdłuż Tonle Sap:

on a way to Phnom Penh, Cambodia

Słońce zachodzi tu podejrzanie szybko.

on a way to Phnom Penh, Cambodia

trwały link do tego wpisu

poniedziałek
15
grudzień'14

dzień 2 - uzupełnienie

15 grudzień 2014, 21:01| | Komentarze (2)

that's how you write your blog from now on!

Od dziś tylko w takich warunkach można aktualizować pożywkę.
Pot Pocariego można ewentualnie zastąpić piwem Tiger.

Howgh!

trwały link do tego wpisu

poniedziałek
15
grudzień'14

dzień 2 - Sajgon (aka HSMC)

15 grudzień 2014, 20:35| | Komentarze (0)

Marudziłam, że nie mogę spać, więc w nagrodę ocknęłam się po 11 i to tylko dlatego, że M-chan zapaliła światło (nasz pokój klasycznie nie ma okien).

Żyjemy, zaspałyśmy na śniadanie, ale to nic.

Śniadanie upolowałyśmy w okolicy i zawierało nieziemską, lokalną kawę. Po sąsiedzku jeden z klientów kawiarni korzystał właśnie z usług wędrownego masażysty. Usługa zawierała nawet stawianie baniek.

Vietnamese coffee is one of a kind

Saigon: a view from a cafe

Wymieniłyśmy 50$ na dongi umilając sobie czekanie pogawędką z przypadkowo poznanym profesorem z RPA :). W końcu miałyśmy za co kupić bilety autobusowe do Phnom Penh (aka PP) na jutro, a przy okazji dowiedziałyśmy się, że kambodżańska wiza kosztuje już 35$!
W 2011 ta sama przyjemność była o 15$ tańsza.

Autobus Sorya jedzie do PP 6 godzin, rusza spod agencji o 8 rano. Planujemy nie zaspać tym razem i zjeść śniadanie w hostelu.

Saigon: iced white coffee  (mhhmm)

Obowiązki spełnione, czas się przejść: przewędrowałyśmy uliczkami w kierunku opery i pomnika wujka Ho. Pomnik jest przykryty brezentem, a cała trasa od rausza do budynku opery praktycznie niedostępna: Sajgon kopie sobie kolej miejską. Nie zakopuje jej, kopie miejsce na torowisko - pociąg miejscami ma być podziemny.

Brak wujka Ho nas nie powstrzymał, przewędrowałyśmy do katedry Notre Dame i budynku poczty (ta też jest w remoncie, na dodatek elewacja jest przemalowywana na kolor słoneczników x_X).

Po drodze zupełnie przypadkiem weszłyśmy do kawiarni, w której podawali nieziemksą lokalną kawę w postaci mrożonej, a dla M-chana napój z maccha.

Maccha nie była jedynym japońskim akcentem w Sajgonie. Wczoraj w kombini były onigiri (zjadłyśmy, a co! W końcu to jest urlop) i japońskie słodycze. Dziś miałyśmy być dopiero świadkami postępu choroby ;)

W 2011 nie udało nam się dotrzeć nad przecinająca miasto rzekę Sajgon, więc dziś naprawiłyśmy ten błąd. Jest dosyć parno, logicznie założyłyśmy, ze nad rzeką będzie trochę chłodniej. Było, ale tylko trochę.

Saigon: floating restaurant on Saigon River

Big Foot :P

Odsapnęłyśmy na ławeczce z widokiem na rzekę, restaurację-rybę, ławicę czerwonych rybek i ławicę śmieci, a potem ruszyłyśmy wzdłuż rzeki.

Nadrzeczny park przechodzi w zbiór bonsai (nie wiem, o co cho, ale mają kilkanaście metrów kwadratowych pełnych drzewek w donicach. Może to lokalny magazyn?

Potem Sajgon zmienia się w plac budowy, a port cywilny w coś o znacznie większym tonażu za płotem z drutu kolaczastego. Znak, że czas odwrócić się od rzeki.

Znalazłyśmy restaruację Osaka, w której, wg Internetu, podają nalepszy ramen w mieście. Pyszny był, menu było po japońsku i obsługa też włada tym językiem. :)

Saigon: ajitama ramen

W okolicy podobnych japońskich restauracji jest znacznie więcej: jest yakiniku, iles restauracji z sushi, podają gyoza, tonkatsu, mieli nawet izakaya.
I sklep z japońskim jedzeniem. Był Pot Pocariego (potem okazało się, że jest też w niektórych kombini i dobrze gasi pragnienie), Carpis, małe dorapany, masa sosów, alko i makaronu instant. Mmmhmmm. Już wiem, co będę robić 8 stycznia w Sajgonie ^_^

Teraz już zalegamy w hostelowym lobby. Rano mamy autobus, więc odezwę się już z PP.

trwały link do tego wpisu

poniedziałek
15
grudzień'14

dzień 1

15 grudzień 2014, 0:53| | Komentarze (1)

Jesteśmy w Sajgonie. Nie mogę spać, choć już po północy :(
Na dodatek aplikacja flickr ma jakiś kryzys i nie chce załadowa zdjęć, stąd ich obecny zupełny brak.

Dotarcie tu obejmowało wdrapanie się na 3 piętro, a 3 loty (do Belgradu, do Abu Dhabi i wreszcie do HCMC) oraz poprzedzający wypad do Sochaczewa.

Co jest w Sochaczewie, spytacie? Odpowiadam: nic. Nadażyła się jednak okazja odłowienia na tamtejszym dworcu M-chana, z czego skorzystaliśmy. M-chan od sobotniego poranka podróżowała Polskimi Kolejami i jej pociąg wyczyniał po drodze niestworzone rzeczy, by na koniec przed Skierniewicami pojechać tyłem do Łodzi. Dla tych, którzy są słabsi z geografii województwa mazowieckiego: Łódź jest w przeciwnym kierunku niż Warszawa.
Koniec końców M-chan ewakuowała się w Sochaczewie i udało nam się nie spóźnić na samolot.

W nagrodę każdy z naszych trzech samolotów wyleciał z mniejszym lub większym opóźnieniem, by następnie z jeszcze większym poślizgiem dolecieć na miejsce.

Abu Dhabi sim city like

Abu Dhabi z samolotu wygląda jak Sim City.

W Abu Dhabi (wielki plac budowy na pustyni) sytuacja była już krytyczna: schodki podstawiono, gdy do następnego odlotu miałyśmy 30 minut. Boarding oczywiście już trwał.

Lotnisko ogromne, w trakcie kolejna kontrola i dzikie tłumy, zero wsparcia dla biednego transferu, pozostawał wyraz obłędu na twarzy i sprint.
Udało się, ale potem 10 minut łapałam oddech.

Z plusów: na wszystkich trzech lotach dobrze karmili, a bogactwo VOD w ostatnim samolocie pozwolił na obejrzenie m.in. wywiadu z Davidem Attenborough i najnowszego filmu z Helen (Mirren). :-)
Film nie powalał, ale Helen i tak wspaniała.

HSMC Airport

Odbiór bagażu.

ordered airport pickup? good luck!

Ci wszyscy ludzie to kierowcy czekający na pasażerów, którzy zamówili odbiór z lotniska. Po wyjściu z budynku człowieka wita szpaler ludzi z kartkami. Powodzenia w szukaniu właściwej.

I tak udało się dotrzeć do Miasta Ho Chi Minha. Jest parno i ciepło, są palmy, skutery i neony. Jest nawet onigiri i zielona herbata z mlekiem.
Tylko sen nie przychodzi.

Jutro: cały dzień Sajgon.

trwały link do tego wpisu

sobota
13
grudzień'14

kierunek: Kampuchea

13 grudzień 2014, 11:40| | Komentarze (0)

Lecim. Przez Belgrad i Abu Dhabi do Sajgonu.

Odezwę się po drugiej stronie. Wesołych.

trwały link do tego wpisu

wtorek
2
grudzień'14

wietnamska wiza: got!

2 grudzień 2014, 12:05| | Komentarze (0)

Vietnamese visa: got!

Można odfajkować kolejną rzecz z listy KoniecznieZrobićPrzedWyjazdem.

Wiza jest wielokrotna, ale poza Sajgonem nie mamy większych wietnamskich planów. Nie tym razem.

trwały link do tego wpisu