poniedziałek
13
marzec'06

I nastały słoneczne dni.

13 marzec 2006, 19:13| | Komentarze (3)

Widok na Klosters z wjeżdzającej na górę kabinki.

Klosters from a lift up.

My w niej:

Blondi moi dad

A to już podczas przerwy na "jeden posiłek ciepły".
Dzień wcześniej, w ramach odprężającego nic nierobienia Blondi obwiesiła i otapetowało wszystko co mogła wszystkim co mogła. I jeszcze jej zostało.
Głównym szczęściarzem okazał się być telefon.

Blondi's cell after 'adjustements'
Blondi's hello kitty phone charm

Nastęnie klamra w moim bucie odmówiła daleszej współpracy i trza było szukać pomocy w serwisie. Pomocy nie znaleźlim, klamra nie była aż tak istotna, żeby się nie dało jeździćdalej (zresztą nigdy jej nie lubiłam), więc pojechaliśmy dalej...

Wczesniej ktoś Grubego uciął:

dad. half of.

I się cieszył.

yaaaaa! Blondi ^_^

Zjechaliśmy w dół do samotnego orczyka, który swą samotnością i łatwością biegnącej obok tracy nigdy nas wcześniej (jesteśmy tu już któryś raz) nie zachęcił do zjechania.

me & dad

Opłaciło się. Widzieliśmy starą stodołę ;), która okazała się być górną stacją starek kolejki na szczyt, dawno już nieczynnej, gdy plany rozbudowy wyciągów się zmieniły i ludzi z doliny, z której wychodziła kolejka, efektywniej jest dowozić pociągiem.
Ale sama kolejka stoi, a jednak z jej dwu kabin stoi srebrba i zaparkowana w stodole na szczycie.

Nastały słoneczne dni.

trwały link do tego wpisu

niedziela
12
marzec'06

leniuchują gdy ja pracuję ;d

12 marzec 2006, 23:59| | Komentarze (4)

I znów trafił się dzień pełen ugi i Białego, więc spokojnie pozostałam w piżamie :) Udało mi się doprowadzić nowego laptopa Grubego do stanu półżycia, czyli reanimacja zakończyła się sukcesem.

W połowie dnia przestało padać, ale że leniem jestem niezaprzeczalnie, to na pobliski orczyk wybrali się jedynie słabiej jeżdzący ;p. Nie mogę powiedzieć, żeby za długo ich nie było, ale parę zdjęc przywieźli.

Narty Blondi.
Klasyczne.
Codziennie zajmowały wysoką pozycję w konkursie "Kto w kabince na szczyt ma dziś najdłuże narty?". W drugim tygodniu naszego pobytu Blondi wypożyczyła fun-carvy i jej własne narty nie opuściły już więcej tej zimy piwnicy.
Niewdzięczna.

Blondi's skis

Gruby.
Coś tam sobie gmera.

dad

Blondi.

Blondi

I dużo barbarzyńskiego śniegu ;)
Ale porządek musi być.

LOTS of snow

trwały link do tego wpisu

czwartek
9
marzec'06

Klosters-Davos Centrum-Davos Dorf-Klosters

9 marzec 2006, 19:50| | Komentarze (3)

Cały dzień padał przebrzydły Biały i nic a nic nie było widać, zamiast na narty wybraliśmy się więc do leżącego 20km od Klosters Davos.

Stacja kolejowa w Klosters.

Klosters train station

Właściele skipasów i ludzie mieszkający w obszarze Davos-Klosters jeżdzą lokalnymi środkami komunikacji za darmo. Wygodne.

Tato, ja się pytam, gdzie jest moja Guest Karta? HĘ?

Davos

Davos.
Znane w świecie jako miejsce corocznego Szczytu Ekonomicznego, a w rodzinie jako miejsce z czekoladkami Schneider'a. To się nazywa różnica oczekiwań.

Pojechaliśmy do Davos Centrum i poszliśmy w kierunku Davos Dorf...

skiers in Davos Dorf
cars and car signs

Blondi:

First Day Together: Blondi

A to już Davos Dorf. Czekamy na pociąg.
Oni też.

Two men in Davos Dorf

Widoki z sunącego krętymi torami pociągu niesamowite. Nadal jednak nie wiemy, co Szwajcarzy uczynili z wagonami o szklanych dachach. Nie spotkaliśmy ani jednego.

Toblerone mountains
lots of snow, lots of space

Przystanek pośrodku niczego.

just a train station in a middle of nowhere ;)

A jednak się rozjaśniło i Biały przestał padać.

ski and sky

trwały link do tego wpisu

wtorek
7
marzec'06

Parus cristatus

7 marzec 2006, 23:28| | Komentarze (0)

Sikorka czubatka.

Stworzenia owe żyją sobie w Szwajcarii i napełniają brzuchy na koszt podatników, reakcjoniści podli.

Sikorka Czubatka

I jeszcze dom z niebieskim niebem.
Mieszkaliśmy w tej betonowej ścianie po lewej.

our apartement block

trwały link do tego wpisu

poniedziałek
6
marzec'06

Saitama-Tokio-Narita-Zurich-Klosters

6 marzec 2006, 20:07| | Komentarze (1)

Poleciałam do krainy łańcuchów toblerone, szalonych, czerwonych krów i bardzo miłych ludzi.
よこそ!スイス 

Z akademika w Sakura-ku musiałam wybyć kilkanaście minut po 5 rano, by złapać pierwszy autobus do Północnej Urawy. Normalnie jeździmy tam rowerami, ale ten manewr z (jak się potem okazało) 33-kilogramową walizką i 12 kg plecakiem mógłby nie przejść.

Saitama Univ Bus Stop 5 AM
Saitama Univ Bus Stop 5 AM 2

Autobus był oczywiście o czasie, 15 minut później wysiadałam wraz z dwudziestoma Japończykami i ich walizkami. Było ciasno :)

Z Północnej Urawy pojechałam pociągiem linii Keihin-Tohoku do Ueno, gdzie zapytany pracownik stacji pokazał mi kierunek do wyjścia ze stacji, które miało mnie zaprowadzić do stacji kolei Keisei. Teraz już wiem, że istnieje lepsze wyjście, jeśli ktoś ma zamiar się z JR przesiąść w Keisei: wyjście Shinobazu to najlepszy wybór. A to dlatego, że opuszczenie stacji JR Ueno wcześniejszym wyjściem prowadzi potem trasą ze schodami (w dół) i windą, która przed 7:30 rano jest nieczynna :]
Schodzenie z walizką w dół to męczarnia, na szczęście jakiś miły Japończyk zaoferował mi pomoc. Uff.

Wejście na stację Keisei znajduje się zaraz za słynnymi schodami do parku Ueno, więc ciężko nie trafić :)
1000 jenów i już byłam w pociągu na Narita. Miałam miejsce siedzące, bo Ueno to stacja końcowa, a większość pasażerów wsiada dopiero na następnej stacji, Nippori. Lucky me.

Podróż trwa 1,5 godziny, potem trza się jeszcze wznieść 3 czy 4 piętra wyżej i już się jest w hali głównej Drugiego Terminalu Międzynarodowego Lotniska Narita. Ustawiłam się grzecznie w kolejce do odprawy bagażu, którą obsługiwały jednocześnie SWISS i JAL. Bagaż przeszedł security check, choć musiałam wyjaśniać, że znajdująca się w środku zapalniczka to 新しいライター (atarashii raitou, nowa zapalniczka) i że jest pusta. Przeszło.

Problem pojawił się przy ważeniu bagażu. 33 kg.
Bosh.
Powiedziałam że się przepakuję, pani z obsługi wyglądała na uszczęśliwioną (wcześniej starała się delikatnie wyjaśnić, że wolno zabrać tylko 20 kg). Wypakowałam komiksy i inne papiery, poszłam, zważyłam, 27,6kg. Przeszło. Pani w okienku była bardzo szczęśliwa. Ja spocona i prawie równie zadowolona, choć miałam worek komiksów z którymi nie bardzo co miałam zrobić. Ech.
Zabrałam potwornie ciężki plecak (w środku cała elektronika, lektura, album dla rodziny ... sam album waży dobre 2 kg). Poszukałam poczty. Była.

Na Narita jest w pełni (jak się potem okazało) sprawna poczta. Hurra. Nie wiem czy mówią po angielsku, ale mówią po japońsku. Hurra.
Zapytałam czy mogę nadać paczkę do Europy. Mogę. A czy pan może zważyć moje książki i powiedzieć mi, ile będzie kosztowała najtańsza paczka. Może. Ważąc mówi, że najtańsza paczka będzie długo szła. Uśmiecham się i mówię że nic nie szkodzi, ale nie mam pudełka, czy mogę więc jakieś nabyć. No jasne że mogę. Wybieramy pudełko, pakuję całość i wypełniam kwitek. Całość trwa może 6 minut.
Szczęśliwa zarzucam na plecy podejrzanie lżejszy plecak i idę na śniadanie.
Dopiero dużo później uświadamiam sobie, że w paczce posłałam również moją samolotową lekturę, doczytany do połowy 東京ミカエル, którego zresztą drugiego tomu nadal mi brakuje. A na dodatek w środku była zakładka od M-chan, taka z gejszą i wstążeczką. Buuu.

No zdarza się.

Śniadanie było potwornie drogie, ale cóż było robić.

Przepchałam się przez odprawę paszportową, a potem przebyłam długie kilometry ruchomych chodników, by dotrzeć do mojego gate'a na krańcu świata. Miałam jeszcze około godziny, więc niespiesznie przeglądałam skarby pobliskiego sklepu z pamiątkami, gdy nagle słyszę znajomy głos. "Aśka?".

KOJN!

O ja nie mogę.
Najpierw wpadłam na niego w noc noworoczną, w potwornie zatłoczonym Roppongi. A teraz trafiam na niego na Narita, które do ułomków nie należy.
Kojn wracał już na dobre do Polski i wydawał się z tego faktu potwornie zadowolony ^_^.
Jego lot był jeszcze bardziej opóźniony niż mój. Dostała mi się więc historyjka o kojnowej próbie przemycenia do kraju gaijin karty, którą to próbę udaremniała zawsze skuteczna japońska służba celna. Hehe.
Usłyszałam też jęk zachwytu nad Suica (zwaną swojsko "sójką"), kartą magnetyczną zastępującą bilety w kolejach JR. Trza będzie sobie taką nabyć :-).
Kojn poszedł pilnować swojego samolotu, a nas w końcu wpuszczono na pokład.

A w samolocie moje miejsce przy korytarzu okazało się być wielce luksusowym miejscem zaraz za biznes klasą, miałam więc sporo więcej miejsca na nogi i możliwość ich oparcia o ścianę. Super.
Za sąsiadkę dostałam Japonkę w moim wieku, która jednak usnęła 3 sekundy po zajęciu miejsca, jak większość pozostałych pasażerów zresztą.
Taxi trwało wieki (45 minut), a lądujący na moim oczach samolot FedExu uderzył o coś na pasie i w rezultacie nasz start przedłużył się o kolejne minuty, gdy na pas posłano służby techniczne. Kolejka za nami wynosiła już 6 samolotów :]

I polecielim.
Podróż jak podróż. Zdjęć nie robiłam, bo byłą zajęta konwersowaniem z moją sąsiadką, która, co dziwne jak ja Japonkę, nie była nic a nic nieśmiała :) Obejrzałyśmy masę filmów, poczynając od Nany, którą wreszcie mogłam obejrzeć z angielskimi napisami :).

Oka nie zmrużyłam, ale za to utwierdziłam się w przekonaniu że Harry Potter jest tak głupi, jak mi się zdawało. Film był straszny, aktorstwo ŻADNE, scenariusz dziurawy i NIC w tym filmie nie było. Książka nie-pedagogiczna, językowo uboga, firmy żenujące i już wiadomo, dlaczego to takie popularne ^_^
Huehuehue.

Nie zmogłam filmu o Zorro mimo przyciągającej wzrok żony Zorra, bo film był o Zorro, a nie o jego żonie i dlatego nie był zbyt interesujący.
Do Zurychu dolecielim gdzieś przy początkach piątego filmy filmu. To się nazywa bad timing.

Pozbieranie siebie i bagaży zajęło mi minutę i na czele garstki innych pasażerów (reszta poszła do transferu) udałam się do wyjścia. Rodzina była za szybą i robiła miny, zdjęcia i miny.

I tyle. Pojechalim do Klosters przez jakiś zupełnie Inny Świat, gdzie ludzie są biali i wysocy. Gdzie można publicznie wyczyścić nos i z dużą szansą zrozumienia zagadać po angielsku. Gdzie nikt się nie gapi, za to bardzo głośno rozmawia czy to z sąsiadem czy przez telefon. Gdzie telefony komórkowe są malutkie i jakieś takie szare.

Rozdałam prezenty, dostałam prezenty i padłam.
Zasypiałam z myślą, że wszystko fajnie, ale ja chcę natychmiast spowrotem do Japonii ...

Tego dnia więcej zdjęć nie zrobiłam. Na lotnisku zdjęcia pstrykała Blondi, ale na miejscu rodzinę ogarnął dobrze znany z Gwiazdki szał odpakowywania prezentów (u nas to DŁUGI proces, bo niektórzy mają słowotok ;p) i już nikt nie miał głowy do zdjęć.

trwały link do tego wpisu