MFKiG 2017

Tegoroczny festiwal komiksu w Łodzi odbył się w połowie września, a nie na początku października, jak każe tradycja. Trwał też o dzień dłużej, bowiem rozpoczął się już w piątek, gdy ludzie pracy są w pracy. Prawdopodobnie oba te czynniki przyczyniły się do słabszej niż w ostatnich latach frekwencji. Nawet w sobotę nie było tłumów.

Plan obłowienia się na festiwalowych zniżkach częściowo nie wypalił: wielki nieobecny, sklep MV, zrobił w tym czasie bardzo konkurencyjną promocję. W efekcie większość poszukiwanych przeze mnie pozycji angielskojęzycznych kupiłam w MV po powrocie z Łodzi. Na samym festiwalu takich naprawdę konkurencyjnych cen trzeba było się naszukać: wystawcy skarżyli się, ze z racji bardzo wysokich cen najmu stoisk nie mogą zaoferować lepszych zniżek, bo im się festiwal nie zwróci.

Mimo to wróciłam ze stosikiem :) Zupełnie niespodziewanie sklep-komiksowy miał komplet „Scalped” w b. dobrej cenie. W niedzielę udało się też w końcu wynegocjować niższą cenę za „Providence”. No i kupiłam Obeliksa :)

MFKiG 2017 haul

Po autografy nie stałam, ale autorka Odmętów narysowała mi w nowym albumie kolejnego Odmęta, więc jestem zadowolona :)

Jeśli mam się skarżyć, to tylko na słabo przygotowanie zaplecze żywieniowe (3 stoliki na krzyż, wszystko pod gołym niebem, więc regularnie deszcz moczył wszystkich) i jakoś ramenu, na który poszliśmy w sobotę. Wszystkie były niesmaczne (a jedlim prawie wszystkie, które były w karcie) i zupełnie nie smakowały jak ramen. „ato ramen” polecam omijać dużym łukiem.

Nadrabianie Zaległości III #10 – trauma Złotego Tygodnia w Kioto

Plan Nadrabiania Zaległości III

Dawno nie skończyłam żadnej gry na PSP. W wiele grałam, ale albo w nich utknęłam (wyścigi samochodowe, gry muzyczne) albo zarzuciłam je z innych przyczyn („Dynasty Warriors: Strikeforce” …. jakoś nie uśmiecha mi się nabijanie poziomów celem wyrównania szans przy braku innych graczy). A potem odpaliłam „Kenka Bancho” i wsiąkłam. Gra jest idealna na krótkie sesje i niezależnie od odnoszonych sukcesów (lub ich braków) kończy się po upływie 7 wirtualnych dni.

W ciągu tych siedmiu dni kontrolowany przez gracza bohater może zwiedzać Kioto wraz ze swoją klasą … albo obić każdego spotkanego twardziela udowadniając, że jest największym Banchou w Japonii.

Podobno nie sposób podporządkować sobie innych łobuzów w ciągu jednego przejścia gry. Każda prefektura jest reprezentowana przez jedną szkołę, ale to nadal 46 klas to podbicia. Mnie udało się pobić 28 klas, więc nie jest źle.

Gra to bijatyka 3D: gracz przemierza trójwymiarowe dzielnice Kioto, poraża spojrzeniem potencjalnych oponentów, wdaje się z nimi w utarczkę słowną :P a następnie tłucze ich przy użyciu szeregu różnych ciosów, kombinacji i supermocy (zwanych tu „lokalnym specjałem”). Sterowanie nie jest idealne, pomaga system ustawiania celu na wybranej osobie. Ewentualne ubytki w paskach zdrowia czy wytrzymałości można na bieżąco uzupełniać klasycznymi przysmakami kuchni japońskiej.

Wraz z kolejnymi pokonanymi przeciwnikami rośnie też poziom bohatera: gracz może dowolnie podnosić jego statystyki. Polecam podnieść prędkość :) Bycie twardzielem obliguje też do odpowiedniego zachowania (walka przy użyciu broni obniża status twardziela, twardziel używa pięści!), stroju i fryzu. Na szczęście zarówno krawiec jak i fryzjer są na podorędziu i szybko można wyglądać jak postać na okładce gry :) +10 do lansu.

Jeśli ktoś lubi chodzone mordoklepki, to „Kenka Bancho: Badass Rumble”, choć niepozbawiona wad, zapewnia sporo bezmyślnej zabawy.

Pasek postępu:

Nadrabianie Zaległości III #9 – historia alternatywna

Plan Nadrabiania Zaległości III

Pomieszkuje u mnie pożyczone PS4, jest więc okazja na ukończenie nielicznych gier na PS4, które już zasiliły kolekcję :) Na pierwszy ogień poszła strzelanina w wiktoriańskich klimatach, „The Order: 1886”.

Gra jest piękna. Od animacji postaci do animacji sterowców, grafika naprawdę robi wrażenie. Jednocześnie to dobre wrażenie psują przedziwne niedoróbki, na przykład lustra, w których odbija się wyłącznie wyposażenie pokoju, ale już nigdy będące w pokoju postacie.

Sama gra jest sztampowa do bólu. To takie Gearsy, ale w innej scenografii i bez trybu wieloosobowego. W sumie szkoda, bo główny bohater, rycerz Galahad, rzadko kiedy przemierza Londyn w pojedynkę. Najczęściej towarzyszą mu inni Rycerze. Aż się prosi o tryb kooperacji. W „The Order” jest też naprawdę sporo QTE. Na szczęście gra zapisuje postęp wystarczająco często, by wielokrotne spóźnienie się z naciśnięciem przycisku stawało się irytujące.

Gra jest krótka (10-12 godzin), a historia to wyraźnie fragment większego planu. Mimo to grało się przyjemnie. W historii walki ludzkości z wilkołakami wilkołaki pojawiają się zaskakująco rzadko. Znacznie częściej Galahad kosi zastępy rewolucjonistów.

Rozumiem, że ktoś, kto kupił grę za 250 złotych na premierę i skończył ją w dwa wieczory, miał prawo czuć się rozczarowany. Poza kolekcją znajdziek gra nie oferuje żadnego powodu, by skończyć ją po raz kolejny.

Mnie, z racji scenografii i fabuły (oraz 40 złotych, które za nią zapłaciłam), gra się podobała. Podobno istnieje szansa na drugą część. Chętnie!

Pasek postępu:

Nadrabianie Zaległości III #8 – dwa smoki to o jednego za dużo

Plan Nadrabiania Zaległości III

Radość! Po dwóch naprawdę marnych tytułach (patrz Nadrabianie Zaległości #6 i #7) trafiła się gra wspaniała: grywalna, z wciągającą fabuła i świetną reżyserią.

Coś jak japoński film mafijny, tyle że interaktywny. „Yakuza 2” nie zawiodła.

Gra, uznawana za średnio długą, zajęła mi trochę ponad 40 godzin. Pewnie dlatego, że zrobiłam ponad 80% zadań pobocznych (darowałam sobie randki i grę w shogi: to pierwsze jest nudne, a do drugiego musiałabym zaprząc program komputerowy, nie znam zasad :)), zjadłam i wypiłam większość pozycji dostępnych w restauracjach i barach, zebrałam 99% kluczy.
Więc tak, można uznać, że się mocno wciągnęłam. Do tego stopnia, ze tylko siłą woli nie odpaliłam z marszu „Yakuza 3” (siła woli plus spakowane na dnie szafy PS3). Ale remake pierwszej części, „Yakuza Kiwami”, kupię na pewno.

Gra się niezestarzała, dzięki dodrukowi jej cena mocno spadła, więc nie ma co czekać na remake: nic tylko kupować i grać!

Pasek postępu:

Nadrabianie Zaległości III #7 – skończone nieskończenie

Plan Nadrabiania Zaległości III

Nie mam szczęścia ostatnio do gier: „Cooking Mama 2” była meh, na szczęście byla krótka. Legendarny „Xenogears” był fatalny i zdecydowanie niekrótki. Zapragnęłam niedocenianego, niedługiego jRPGa.
Padło na „Infinite Undiscovery”, swego czasu reklamowane przez Square Enix jako gra łamiąca granice. Na pewno złamała pasmo sukcesów samego Square Enix :)

Gra ma interesujący pomysł na fabułę – do planety przykuto księżyc, który teraz zbliża się do niej i grozi katastrofą. Armia Wyzwolenia niszczy kolejne łańcuchy by tej katastrofie zapobiec.
Jedynym człowiekiem mogącym fizycznie uszkodzić łańcuch jest przywódca Armii, Sigmund. Do końca gry nie dowiemy się, dlaczego tylko on (i, później, główny bohater), mogą niszczyć łańcuchy. Mogą i już. Są wybrani.

W trakcie pojawia się też wątek Niebłogosławionych – ludzi urodzonych w słabym momencie a w efekcie niemogących korzystać z lokalnej odmiany magii.

I tyle.

Główny bohater jest unikającym walki flecistą, co nie przeszkadza mu stać się największym wymiataczem w drużynie. Jest Niebłogosławionym, ale to w sumie lepiej, nie zużywa punktów magii tak szybko jak użytkownicy magii :)

Walka jest w czasie rzeczywistym – nie istnieje żadna możliwość zatrzymania akcji celem wyleczenia drużyny – trzeba się męczyć na żywo. Drużynie nie można wydawać szczegółowych poleceń, a jedynie wyznaczać taktykę drużyny, np. „Oszczędzajcie punkty magii” i jojczyć o leczenie wciskając klawisz Y.

Gra, poza kilkoma bossami, nie jest trudna, a życie można sobie dodatkowo ułatwić wytwarzając lepszy ekwipunek. System wytwarzania można wykorzystać do zostania milionerem i kupieniem wszystkiego, co oferują sklepy. Trzeba jednak poświęcić na to masę czasu: wg mnie połowę z 55 godzin włożonych w grę spędziłam dziergając przedmioty.

W kwestii łamania granic „Infinite Undiscovery” może się poszczycić bezsensownym tytułem.

Poza tym gra jest przewidywana do bólu.

Jasne, pewne rozwiązania są pionierskie, ale to nie znaczy, że dobre. Główny bohater, muzyk Capell, ma flet. Na flecie może wygrywać melodie mające wpływ na drużynę. Poza melodią odkrywającą ukryte i melodią blokującą wpływ księżyca żadna nie jest przydatna. Szybciej jest po prostu sieknąć mieczem. Zmarnowana okazja.

W żadnej grze nie spotkałam się z tak niewygodnym system konwersowania z drużyną: w każdym mieście (poza miastami można tylko walczyć) postacie są rozproszone po całej mapie. Mapy miast są spore (wiele ekranów), drużyna w szczytowym momencie liczy prawie 20 osób, a dodatkowo niektóre postacie potrafią w trakcie gry zmienić miejsce swego bytowania.

Gra jest średniaczkiem i nie dajcie sobie wmówić nic innego.
Jej jedyny plus to że jest krótka, jeśli nie robi się dodatkowych zadań i nie spędza 20 godzin na wytwarzaniu zupy rybnej.

Pasek postępu:

Nadrabianie Zaległości III #6 – nie każda legendarna gra to arcydzieło

Plan Nadrabiania Zaległości III

„Xenogears” uchodzi za jedno z najważniejszych RPG z pierwszego Playstation. W czasie swej premiery gra robiła wrażenie: chwalono się animowanymi wstawkami filmowymi, pilotażem wielkich robotów, fabułą wykraczającą poza utarte schematy.

Nastolatki, które były głównymi odbiorcami ówczesnych gier na PSX, były zachwycone. Nie drażniło ich koślawe tłumaczenie czyniące część dialogów całkowicie pozbawionymi sensu. Nie nudził system walki, który od pierwszej do ostatniej walki nie ulega zmianie. Nie przeszkadzała fabuła, która pod płaszczykiem rozmachu kryła bełkot.

Grę skończyłam, ale pod koniec było już naprawdę ciężko. Przewijałam metry tekstu bez żadnego znaczenia, mordowałam kolejnych przeciwników (kwadrat, kwadrat, kwadrat, trójkąt) i liczyłam rozdziały do końca. Teraz grę sprzedam w cholerę.

Skończyłam tonę RPGów: były mądrzejsze, były głupsze, były niegrywalne. Ale dawno, żeby nie powiedzieć nigdy, nie trafił mi się taki klops jak „Xenogears”. Brrrr.

Nauczka na przyszłość: do takich cudów sprzed dwóch generacji trzeba podchodzić bardzo ostrożnie.

Pasek postępu:

Nadrabianie Zaległości III #5 – więcej krzyżówek obrazkowych

Plan Nadrabiania Zaległości III

Kocham Picrossy. Mogę je rozwiązywać godzinami. Na moim Game Boyu trochę krócej, bo z racji jego nieergonomicznego kształtu po dłuższej posiadówce drętwieją mi ręce :(. Z tego powodu od zeszłego roku rozważam zainwestowanie w zmodyfikowany oryginalny model GBA… To tak na marginesie.

W wieloletniej karierze krzyżówkowicza wykończyłam już „Mario’s Picross” na Game Boya i dwie części Picrossa na NDS. WYKOŃCZYŁAM. Jak nic z 1000 krzyżówek ułożyłam. Ale to nic, kiedy zawsze można ułożyć kolejną setkę lub dwie.

Pech chciał, że w mojej kopii „Picross 2” padła bateria i o żadnych postępach nie było mowy. Na szczęście na allegro można kupić gotowe bateryjki z listkami, które nawet ja potrafię przylutować. Można grać!

Różnice z pierwszą częścią Picrossa na GameBoya to brak imienia Mario w tytule (ale już nie w samej grze), trudniejsze krzyżówki i dodatek przerywników w formie picrossów tworzących przysłowia. To ostatnie wielce mnie irytuje, bo a) nie lubię krzyżówek z krótki limitem czasowym b) nie znam większości japońskich przysłów. Na szczęście przysłowia są fundowane tylko co trzy poziomy, więc jako przerywnik co 30 krzyżówek dają się przetrwać.

Po skończeniu klasycznych krzyżówek, podczas których każdy błąd jest karany utratą czasu, odblokowuje się tryb Wario gdzie gracz nie jest informowany o popełnionych błędach, a jedynie o poprawnym rozwiązaniu krzyżówki. To kolejna setka obrazków do rozwiązania: godziny zabawy.
Polecam każdemu :)

Pasek postępu:

Nadrabianie Zaległości III #4 – hordy nie mają szans

Plan Nadrabiania Zaległości III

W ramach „Games with Gold”, programu darmowych gier dla subskrybentów Xbox Live, wszyscy dostalim „Warriors Orochi 3 Ultimate”. To taka krzyżówka serii „Dynasty Warriors” z „Warriors Orochi” (obie serie dzielą ten sam silnik i polegają z grubsza na tym samym :)). Część 3 (to były dwie wcześniejsze?!) i od razu wersja Ostateczna, czyli, z grubsza biorąc, zawierająca większość tego, za co nabywcy gry w wersji Nieostatecznej musieli wcześniej dodatkowo zapłacić. Cwane bardzo.

Gra to typowe „Dynasty Warriors”, tj. biegniesz i siekasz setki wrogów. Wielce relaksujące.

Jako miks dwóch znanych serii gra zawiera ogromną listę postaci z obu serii, z których gracz zaczyna z …. trzema :> Kolejnych wojowników trzeba odblokować: z reguły po prostu kończąc kolejną z wielu misji. Gra ma fabułę i zakończenie (takie TRUE zakończenie), ale że nie śledziłam, to nie streszczę. Dobrzy wygrali.

Z dodatkowych trybów gry wybija się „Gauntlet” czyli pozbawiona fabuły, za to uzupełniona o dosyć wysoki poziom trudności siekanka z nagrodami. Jest też lokalna wersja mordobicia w postaci trybu Duel: pojedynki przy użyciu 3 wybranych postaci i 4 wybranych kart można toczyć przeciw komputerowi albo innemu łosiowi.

Całość może nie brzmi powalająco i zdecydowanie nie dostanie tytułu gry roku, ale potwornie mnie wciągnęła. 120 godzin samo się nie nabiło…. Debatuję, czy mam siłę i czas na trzykrotne ponowne ukończenie trybu Gauntlet, bo osiągnięcie za to jest….. Wiem, trochę to smutne :D

Gra była darmowa, ale zabawy zapewniła więcej niż niejedna zakupiona z własnej kieszeni. A teraz jeszcze mają dać „Ryse: Rise of Rome”. Hyhy.

Pasek postępu:

Nadrabianie Zaległości III #3 – do garów!

Plan Nadrabiania Zaległości III

Skończyłam drugą część „Cooking Mama”. Meh.
Nadal brak możliwości przełączenia sterowania dla leworęcznych, więc przy niektórych czynnościach człowiek sam sobie zasłania. Dodali jakieś bonusy do odblokowania, tak jakby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach chciał przemeblować kuchnie, przebrać mamę i zasiąść do gotowania ponownie.
Głupcy.

Powtarzalne czynności nie byłyby tak nużące, gdyby przepisy lepiej wymieszano. Niestety, pod koniec głównie się miesza, kroi i kręci kulki. Aaaaa.

Karierę w kuchni uznaję za zakończoną.

Pasek postępu: